DZIELENIE PRASOWEGO TORTU

Uważacie, że dziennikarstwo jest wolnym zawodem …

Dziennikarstwo to zawód, w którym pierwszą kwalifikacją

jest dyspozycyjność i posłuszeństwo”

Ryszard Wojna (polityk PRL, publicysta „Trybuny Ludu”)


10 września 1998 roku ówczesny premier Jerzy Buzek powołał nowy skład Komisji Likwidacyjnej RSW „Prasa”. Jej przewodniczącym został Krzysztof Czabański i była to ostatnia Komisja Likwidacyjna RSW „Prasa” -zamykająca ostatecznie wieloletni proces. Pierwszą komisję powołano 6 kwietnia 1990 r., na jej czele stanął Jerzy Drygalski, a w jej składzie znaleźli się także Kazimierz Strzyczkowski, Andrzej Grajewski, Jan Bijak, Alfred Klein, Krzysztof Koziełł-Poklewski, Maciej Szumowski i mało znany redaktor „Gazety Gdańskiej” Donald Tusk.

Styczeń roku 2000.

W redakcji jedynego komunistycznego tygodnika, który zwycięsko przeżył „obalenie komunizmu” i nadal był najpoczytniejszym czasopismem III RP, wybuchła panika.

Komisja Likwidacyjna RSW „Książka-Prasa-Ruch” właśnie ujawniła protokół z posiedzenia ostatniego komunistycznego Zarządu RSW, które na siedem dni przed uchwaleniem ustawy o likwidacji koncernu podjęło decyzję o usamodzielnieniu się „Polityki”.

Nie tylko przekazano prawa do tytułu nowemu Wydawnictwu „Polityka”, ale zadbano o papier i środki na płace, a nawet umorzono długi i postanowiono udzielić kredytu.

Redaktor Baczyński pisze w pośpiechu artykuł, w którym tłumaczy, że nikt nic o tym nie wie i żąda od Komisji pokazania decyzji Zarządu RSW dotyczącej „Polityki”.

Tymczasem wystarczyło rozejrzeć się wkoło i zapytać kolegów obecnych podczas rozpatrywania wniosku w roku 1990 ówczesnego redaktora naczelnego Bijaka oraz Podemskiego i Stefanka, którzy w owym posiedzeniu zarządu RSW uczestniczyli jako zaproszeni goście redakcji.

Obecny kształt rynku prasowego jest niemal w całości wynikiem prac Komisji Likwidacyjnej RSW „Prasa-Książka-Ruch”. Przez dziewięć lat działania, do września 1999 r., skład Komisji się zmieniał, jednak najpoważniejsze decyzje podjęła w swym pierwotnym składzie. Pierwszym przewodniczącym Komisji został Jerzy Drygalski, a w jej skład weszli Kazimierz Strzyczkowski, Andrzej Grajewski, Jan Bijak, Alfred Klein, Krzysztof Koziełł-Poklewski, Maciej Szumowski i prawie nikomu wówczas nieznany młody liberał Donald Tusk. Komisja miała za zadanie zlikwidować istniejący od 1947 roku komunistyczny koncern prasowy i doprowadzić do przekształceń własnościowych istniejących tytułów prasowych. Jaki był skutek tej prywatyzacji można się było przekonać dopiero po pewnym czasie, a fatalny przebieg prac komisji i efekty jej działania totalnie skrytykowała Najwyższa Izba Kontroli, o czym można się przekonać czytając protokół kontroli NIK z lipca 1992 roku. Na zakończenie swych prac Komisja Likwidacyjna już w składzie z 1997 roku wydała Raport z likwidacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa-Książka-Ruch”.

Komunistyczny koncern prasowy

Pierwszym koncernem działającym na rzecz komunistycznej władzy była Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”. Decyzję o założeniu wydawnictwa podjął Bolesław Bierut 18 września 1944 roku. W październiku na Walnym Zgromadzeniu członków–założycieli spółdzielni wybrano Radę Nadzorczą. Weszli do niej m.in. Bierut, oficjalnie przewodniczący KRN, Edward Osóbka-Morawski, przewodniczący PKWN, Stefan Matuszewski, minister informacji i propagandy PKWN i inni komuniści oraz ich agenci i poputczicy. Prezesem zarządu został Jerzy Borejsza (wł. Beniamin Goldberg).

„Czytelnik” szybko odniósł sukces, wydawał 11 dzienników, 13 tygodników i 5 miesięczników oraz setki książek – przeważnie klasyki literatury pięknej – zakładał biblioteki itp. Do spółdzielni przystąpiło 100 tys. członków. Borejsza w zawoalowany sposób, pod pozorem przekazywania treści demokratycznych i upowszechniania kultury polskiej, miał za zadanie pozyskiwanie inteligencji dla systemu sowieckiego i władzy ludowej. Gdy jednak pierwszy okres dyktatury sowieckiej dobiegł końca i elastyczna polityka kulturalna stała się niepotrzebna wobec utrwalenia się władzy komunistycznej w Polsce i stalinizacji ustroju, zmieniono taktykę. W październiku 1947 roku Sekretariat KC PPR podjął uchwałę nr 52, oskarżającą Borejszę o odchylenia od linii partii: sprzyjanie „wojującemu katolicyzmowi” i „wzrostowi niekontrolowanej inicjatywy prywatnej”. W rzeczywistości chodziło też o bardzo mocną pozycję Borejszy i to nie tylko na rynku wydawniczym – skupienie tylu tytułów w jednej spółdzielni wydawniczej sprawiło, że „Czytelnik” stał się faktycznym monopolistą. Rok później, w październiku 1948, Borejszę odwołano, a później spółdzielnię podzielono.

Pół roku przed opisanym zwrotem – 25 kwietnia 1947 roku – uchwałą Sekretariatu KC PPR (pierwszym sekretarzem był wówczas Władysław Gomułka) powołano Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą „Prasa”, która w całości była kontrolowana przez PPR. Do Spółdzielni należało indywidualnie 49 funkcjonariuszy najwyższych władz komunistycznych. W Radzie Nadzorczej znaleźli się wyłącznie komuniści – członkowie władz PPR, w tym wielu przedwojennych członków KPP: Jakub Berman, w Politbiurze odpowiedzialny za bezpiekę, Roman Zambrowski, Aleksander Zawadzki, odpowiedzialny za pracę politruków w wojsku, Zenon Kliszko, współpracownik Gomułki, Stefan Jędrychowski, Franciszek Mazur i Jerzy Albrecht, sekretarze KC, Aleksander Kowalski, członek Grupy Inicjatywnej PPR i przewodniczący ZWM, Leon Kasman, kierownik wydziału organizacyjnego PPR, Leon Bielski, prezes Zarządu Generalnego RSW i jednocześnie naczelnik Urzędu Informacji i Propagandy, Ferdynand Chaber i inni.

Już w maju 1947 roku RSW „Prasa” przejęła 6 spółdzielni wydawniczych z terenu Warszawy, Łodzi i Katowic. Czasopisma wydawane przez RSW „Prasę” były wyłącznie pismami politycznymi. Jednocześnie z wchłonięciem w grudniu 1948 roku Polskiej Partii Socjalistycznej przez PPR i utworzeniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, której I sekretarzem został Bolesław Bierut, prowadzono zglajszachtowanie rynku wydawniczego. Organ PPS „Robotnika” połączono z dziennikiem PPR „Głos Ludu” i utworzono „Trybunę Ludu”, najważniejszą gazetę partyjną.

Komunistyczną Spółdzielnię Wydawniczą „Książka” połączono z PPS-owską „Wiedzą” i tak powstało Wydawnictwo „KiW”.

RSW wzmocniła swoją pozycję w 1951 roku, kiedy to włączono do niej cały pion prasowy „Czytelnika”. W 1953 roku RSW wchłonęła z kolei spółdzielnię SD „Nowa Epoka”, a w 1961 roku przejęła czasopisma Ligi Kobiet. Od tego momentu Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza kontrolowała wszystkie tytuły prasowe poza tymi, które wydawało Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Demokratyczne, wydawnictwa wojskowe i religijne. Dodatkowo RSW dysponowała czterema agencjami–przybudówkami: Polską Agencją Interpress, Centralną Agencją Fotograficzną, Młodzieżową Agencją Wydawniczą i Krajową Agencją Wydawniczą.

Gdy elita komunistyczna tworzyła RSW „Prasę”, przewidziano, iż istnieje także możliwość przyjmowania osób prawnych. W 1958 roku zmieniono statut i teraz członkami spółdzielni były: PZPR, organizacje polityczne i społeczne oraz przedsiębiorstwa, nie wykluczono jednak jeszcze osób fizycznych. Doszło do tego dopiero w 1972 roku. Odtąd do RSW należała wyłącznie PZPR i inne organizacje popierające jej program. Dopiero jednak ustawa spółdzielcza z 1982 roku dopuściła członkostwo organizacji politycznych, nieposiadających osobowości prawnej, a do tej kategorii należała partia komunistyczna.

RSW sprzedawała codziennie miliony egzemplarzy gazet, a dochód z nich zasilał kasę PZPR. Ta sytuacja nie zmieniła się po „odwilży” w 1956 r. – wpływy z RSW były bardzo ważną częścią partyjnego budżetu. W roku 1973 połączono RSW „Prasa” z Wydawnictwem „Książka i Wiedza” oraz z Przedsiębiorstwem Upowszechniania Prasy i Książki „Ruch”. W ten sposób w początkowej fazie gierkowskiej propagandy sukcesu powstał koncern RSW „Prasa-Książka-Ruch”. Lata 1973–1980 były najlepszym okresem dla koncernu – polityka Edwarda Gierka znalazła odzwierciedlenie w gazetach, w których publikowano nie tylko wystąpienia pierwszego sekretarza i sprawozdania z kolejnych plenów PZPR. W „lżejszych” gazetach można było znaleźć zakazane za czasów Gomułki nowinki z Zachodu i kolorowe zdjęcia zza „żelaznej” granicy. Gazety świetnie się sprzedawały, a ogromne wpływy zasilały partyjną kasę. Krach nastąpił w okresie pierwszej „Solidarności” – sytuacja koncernu, który praktycznie należał do PZPR, stała się fatalna. Od 1983 roku RSW „Prasa-Książka-Ruch” przynosiła straty – były okresy, gdy wstrzymywano druk niektórych czasopism, mimo olbrzymich dotacji z budżetu. W sierpniu 1989 r., z powodu braku papieru, przez dwa tygodnie nie ukazywały się m.in. „Przyjaciółka”, „Przekrój”, „Film”, „ITD” i „Przyjaźń”, pismo Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Mimo to w 1989 roku RSW wydawała jeszcze 244 tytuły prasowe, w tym 219 własnych, co stanowiło 90 proc. jednorazowego nakładu dzienników i 42 proc. jednorazowego nakładu czasopism, kolportowała prawie 100 proc. prasy i zatrudniała 100 tys. pracowników. Zysk za ostatni rok wyniósł 163,6 mld starych złotych, ale w połowie został osiągnięty dzięki zwolnieniom podatkowym i ulgom przyznanym przez ministerstwo finansów. Jeszcze 22 marca 1990 roku, a więc w dniu uchwalenia ustawy o likwidacji RSW, Rada Nadzorcza podjęła decyzję o wypłaceniu SDRP 46,5 mld starych złotych z nieweryfikowanej nadwyżki bilansowej za rok 1989. Dywidendy wypłacane przez koncern partii komunistycznej były podstawowym źródłem dochodu obok dotacji budżetowych i składek.

W RSW „praktycznie wszystkie stanowiska kierownicze objęte były ścisłą nomenklaturą, a taktyczne decyzje nie były podejmowane przez statutowe organy RSW, tylko przez Wydział Prasy KC PZPR i jego terenowe odpowiedniki”. Dziennikarze RSW tak utożsamiali się z władzą, że na zjeździe SDP w październiku 1980 roku, a więc już po strajkach sierpniowych, żądali „pragmatyki emerytalnej na wzór wojska i milicji, gdyż stanowią front ideologiczny”.

Pierwsze próby przejęcia

Pierwsze próby prywatyzacji nomenklaturowej RSW podjęto już w 1988 roku. Polegały one na zakładaniu spółek, do których będzie można przepompować kapitał i sprywatyzować je. W sumie RSW wniosła wkłady do 22 spółek przed 31 sierpnia 1989 roku i do 4 po tej dacie.

Pierwszą spółką powołaną przy pomocy pieniędzy RSW „Prasa-Książka-Ruch” była słynna Transakcja, założona 18 maja 1988 roku i zarejestrowana 26 lipca, a więc między dwoma falami strajków. RSW była udziałowcem większościowym (100 mln zł), a Akademia Nauk Społecznych przy KC PZPR mniejszościowym (50 mln zł). Faktycznie spółka powstała wyłącznie kosztem RSW, ponieważ KC poleciło jej przekazać Akademii owe 50 mln na pokrycie wkładu w Transakcji. Do końca roku Transakcja powołała 60 spółek-córek, w tym Muzę, Transrad, Transpol, Transbiel, Topexim. Na mocy decyzji KC w grudniu spółka otrzymywała od RSW 1 mld zł, a w kwietniu 1989 roku 2,1 mld starych złotych. Transakcja tak dofinansowana przez RSW sprzedała 24 listopada KC PZPR 99 udziałów jedynie za 99 mln starych złotych. Jeszcze 15 lutego 1990 roku RSW przekazała Transakcji 3,9 mld, a do 31 marca 5 mld starych złotych.

Transakcja handlowała alkoholem sprowadzanym z ZSRS, a także meblami, dywanami i sprzętem RTV oraz reeksportowała do Sowietów komputery sprowadzane z Dalekiego Wschodu. Towar sprzedawano za pośrednictwem państwowych i spółdzielczych sieci handlowych oferujących „Transakcji” preferencyjne warunki. Transakcja była „niekonwencjonalnym rozwiązaniem”, stawianym za wzór komitetom wojewódzkim, które stawały się współudziałowcami firm-córek. Prezesem zarządu Transakcji został Wiktor Pitus, który rok później wszedł także do rady nadzorczej założonego wówczas BiG Banku. W radzie nadzorczej Transakcji znaleźli się ludzie, którzy mieli po demontażu komunizmu zająć kluczowe pozycje w aparacie władzy: Wiesław Huszcza, Marek Siwiec i Jerzy Szmajdziński.

Wiesław Huszcza był ostatnim skarbnikiem PZPR i pierwszym skarbnikiem SDRP, wchodził w skład władz prawie wszystkich spółek tworzonych przez partię komunistyczną w okresie przełomu 1988–1990. Huszcza był synem ppłk. Jana Huszczy, który pracował na WAT, podobnie jak jego młodszy brat Zbigniew. Wiesław miał jednak większe aspiracje i powoływał się na „bliskie powiązania z elitą władzy. Często też podkreślał swoje rzekome powiązania z gen. dywizji Zygmuntem Huszczą”, absolwentem szkoły w Riazaniu (1943) i tzw. Woroszyłowki w Moskwie (1950).

Wiesław Huszcza po ukończeniu AWF (1972–1978) pracował w Centralnym Ośrodku Sportu, jednak jego prawdziwym powołaniem była praca na bramce w klubach studenckich. Został nawet nieoficjalnym „królem bramkarzy” i stąd zapewne przydomek „Generał”. W 1976 roku został zwolniony z klubu „Stodoła”, gdyż zarzucano mu wpuszczanie na imprezy osób bez biletów i „pobieranie opłat do własnej kieszeni, w tym również od obywateli państw zachodnich w walucie obcej”. Następnie Huszcza był bramkarzem w klubach „Stolica” i „Nimfa”. Kandydaci na bramkarzy „musieli najpierw wyrazić zgodę na opodatkowanie własnych dochodów na rzecz W. Huszczy”.

Od 1981 roku zaczęła się jego błyskawiczna kariera w ZSMP, dzięki kontaktom z Jerzym Jaskiernią (KO „Prym”, „Prymus”), przewodniczącym ZSMP w latach 1981–1984. W tym czasie Huszcza awansował od stanowiska przewodniczącego Zarządu Dzielnicowego Warszawa-Śródmieście do członka Zarządu Głównego ZSMP (1985). I w tym momencie Departament III zablokował wyjazd Huszczy do Moskwy na studia do Akademii Dyplomatycznej z powodu jego „biznesowej przedsiębiorczości”. Wtedy Huszcza poświęcił się rozwijaniu swoich naturalnych zdolności w partyjnym biznesie, tym bardziej że miał już pewne doświadczenie w działalności handlowej. W 1974 roku został przyłapany na próbie przemytu do Austrii skórek lisich.

Na wniosek z 25 stycznia 1986 roku, skierowany do Biura „C” MSW o sprawdzenie Huszczy w związku z planowanymi studiami w ZSRS, w odpowiedzi z 27 stycznia SB stwierdziła: „proszę porozumieć się z Wydz. II Dep. I MSW do nr 82764”. Wydział II Departamentu I zajmował się działaniami wywiadowczymi przeciwko Stanom Zjednoczonym.

Marek Siwiec, późniejszy szef BBN (1997–2004), należał obok Andrzeja Gduli i Marka Ungiera do najbliższych ludzi prezydenta Kwaśniewskiego. Według dokumentów IPN Siwiec został w roku 1986, kiedy był redaktorem naczelnym dwutygodnika „Student”, zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa w Krakowie jako tajny współpracownik „Jerzy”. Wyrejestrowano go dopiero w roku 1990. Później Siwiec był m.in. prezesem spółki ART-B Press powiązanej z Bogusławem Bagsikiem i Andrzejem Gąsiorowskim. Gdy obaj oszuści uciekli z kraju, przejął ich udziały i stał się likwidatorem spółki. W BBN Siwiec na swojego zastępcę powołał oficera wywiadu wojskowego PRL, a w III RP żołnierza WSI, Marka Dukaczewskiego.

Na marginesie warto zauważyć, iż Ungier ukończył w 1977 roku kurs WSW w stopniu majora, Gdula był zastępcą gen. Kiszczaka, a następnie kierownikiem Wydziału Administracyjnego (w 1986 przemianowany na polityczno-prawny), któremu podlegała bezpieka, wojsko, prokuratura, sądy i sport (1986–1990).

Jerzy Szmajdziński był wówczas przewodniczącym Zarządu Głównego ZSMP (1984–1989), a później w rządzie Leszka Millera został ministrem obrony (2001–2005). W roku 2002 kontaktował się z Walerym Topałowem, byłym szefem Komsomołu i – według źródeł WSI – emerytowanym „pracownikiem radzieckich służb specjalnych, prawdopodobnie GRU”. Topałow był gościem na 50. urodzinach Szmajdzińskiego i rozmawiał z nim „w cztery oczy”.

Było więc to jednorodne środowisko młodej nomenklatury, powiązane z Centrum.

Trzy miesiące po Transakcji, 17 sierpnia 1988 roku, założono spółkę „Orbita” z 50 proc. udziałem kapitału sowieckiego reprezentowanego przez firmę Sovexportkniga. „Orbita” była znana z drukowania komiksów.

3 sierpnia 1989 RSW, jako udziałowiec większościowy, założyła spółkę PolOlimp z Polskim Komitetem Olimpijskim reprezentowanym przez Kwaśniewskiego i Totalizatorem Sportowym. PKOl nigdy jednak nie wpłacił swego udziału. Nie przeszkodziło to, że szefem spółki został Wojciech Jędrzejewski, szef Komitetu Wyborczego Kwaśniewskiego w wyborach do Senatu w 1989 r. Kilka lat po bankructwie spółki Jędrzejewski został wiceszefem Rady Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie bez barier”.

Kapitał RSW stanowił 100 proc. w 5 spółkach. Najwygodniejsze do wyprowadzania funduszy były jednak spółki z udziałem osób fizycznych. We Wrocławiu RSW powołała spółkę informatyczną Promet-Soft z udziałowcem mniejszościowym Zenonem Michalakiem, późniejszym posłem KLD.

W kwietniu 1989 roku utworzono spółkę Con-Lex z udziałem 3 osób fizycznych, a w listopadzie spółkę Pozgraf w Poznaniu z 97 osobami fizycznymi. W Rzeszowie RSW założyła spółkę konfekcyjną LesKon z Maciejem Czernowem. We wszystkich wymienionych RSW miała udziały większościowe.

Sławomir Tabkowski, szef Wydziału Propagandy KC i były redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej” (1983–1987) oraz oddziału KAW w Krakowie (1974–1983), przygotował plan przejęcia koncernu, który Politbiuro zaakceptowało 17 października 1989 roku. Pierwszym krokiem było mianowanie Tabkowskiego już 4 listopada prezesem, jak się miało okazać – ostatnim, Zarządu i Rady Nadzorczej RSW „Prasa–Książka–Ruch”. Plan przewidywał utrzymanie koncernu, który nadal zasilałby finansowo partię komunistyczną. Mieczysław Wilczek już wtedy proponował podzielić RSW i przekazać tytuły prasowe spółdzielniom dziennikarzy. W ten sposób właścicielami prasy stałyby się zespoły ukształtowane w okresie stanu wojennego.

15 grudnia, prawie trzy miesiące po powstaniu rządu wielkiej koalicji premiera Mazowieckiego, Zarząd RSW podjął decyzję o utworzeniu nowych spółek i wyprowadzeniu do nich kapitału. W Warszawie na Starym Mieście działalność gastronomiczną i hotelarską miała podjąć spółka z udziałem kapitału zagranicznego. Młodzieżową Agencję Wydawniczą miano przekształcić w spółkę akcyjną oraz utworzyć MPiK. Tydzień później Rada Nadzorcza RSW postanowiła tworzyć spółki, które przejęłyby aktywa koncernu, a 28 grudnia Zarząd podjął decyzję o utworzeniu pod kierownictwem Jerzego Urbana agencji informacyjnej, która konkurowałaby z rządową PAP.

Jednym z podmiotów, który miał zapewnić komunistom kontrolę nad RSW po restrukturyzacji, była Fundacja Wschód–Zachód. Powstała ona na mocy decyzji z dnia 27 grudnia ministra współpracy gospodarczej z zagranicą, którym był wówczas Marcin Święcicki, były sekretarz KC PZPR i późniejszy działacz Unii Demokratycznej i Unii Wolności, a od 2011 roku poseł PO. Decyzję podpisał jednak Marek Dąbrowski, działając w imieniu Święcickiego i ministra finansów Leszka Balcerowicza. Jak się później okazało, ministerstwo nie otrzymało żadnych sprawozdań dotyczących działalności Fundacji.

Marek Dąbrowski został I zastępcą Balcerowicza w rządzie Mazowieckiego, a później był działaczem i posłem Unii Demokratycznej oraz przewodniczącym Rady Przekształceń Własnościowych. Już w listopadzie 1991 roku wszedł w skład grupy ekonomistów pracujących nad planem transformacji w Rosji, m.in. razem z Jeffreyem Sachsem doradzał premierowi Gajdarowi, a później pomagał wielu rządom postsowieckim.

Fundacja miała prowadzić działalność gospodarczą, głównie rozwijając współpracę ze Związkiem Sowieckim, by realizować cele partii polskiej lewicy, które wskażą fundatorzy. Zgodnie ze statutem w skład Rady Fundacji weszli fundatorzy, którymi byli: Mieczysław Wilczek, Włodzimierz Natorf i Wojciech Pietrusiński oraz osoby delegowane przez Biuro Polityczne KC PZPR, którymi okazali się Aleksander Kwaśniewski i Wiesław Huszcza.

Wilczek, były minister przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego, był wówczas pełnomocnikiem KC ds. działalności gospodarczej. 26 listopada z-ca naczelnika Wydziału III Departamentu I MSW, a więc jednostki wywiadu zajmującej się działalnością przeciwko NATO i instytucjom rządowym Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Belgii oraz Watykanu, zapytał Zarząd II Sztabu Generalnego, czyli wywiad wojskowy, o Wilczka, wpisując jako powód: „przed rejestracją”. Wywiad wojskowy odpowiedział 1 grudnia, iż Wilczek w ich kartotece nie figuruje. Na karcie dopisano: „Otrzymaną kartę E-14 na wymienioną na odwrocie osobę [tj. Wilczka] włączono do kartoteki dnia 23 maja 1970 roku”.

Włodzimierz Natorf po szkole średniej został kierownikiem wydziału ZMP w Łodzi i po roku skierowano go na studia w Związku Sowieckim. Po ukończeniu Uniwersytetu Leningradzkiego (1950–1959) pracował w MSZ; dwukrotnie był wysłany do agend ONZ: najpierw był ambasadorem w Stałym Przedstawicielstwie PRL w Nowym Jorku (1959–1965), a następnie przedstawicielem przy Biurze Europejskim ONZ w Genewie (1969–1973). Kiedy działacz młodzieżowy przygotowywał się w Sowietach do kariery w MSZ, „w latach 1952–1960 mieszkanie [jego ojca] było wykorzystywane przez Służbę Bezpieczeństwa jako L[okal] K[ontaktowy]”.

Natorf ożenił się w Leningradzie, a jego małżonka znalazła pracę w Redakcji Kontroli Audycji na Zagranicę Polskiego Radia.

Po powrocie ze Szwajcarii Natorf został dyrektorem Departamentu MSZ ds. stosunków ze ZSRS (1977–1981) i po krótkim kierowaniu Wydziałem Zagranicznym KC (1981–1982, 1985), w kluczowym okresie pieriestrojki, został ambasadorem PRL w Moskwie (1986–1990).

Departament I, zapytany przez MSZ o sprawdzenie danych dotyczących Natorfa, odpowiedział, że wymieniony „figuruje w kartotece Biura ‘C’ MSW. Mat. Wydz. II Biura ‘C’ dot. 42554/II oraz wg infor. Wydz. VIII Dep. I. 9 grudnia 1976”.

Osoby zaangażowane w Fundację Wschód–Zachód miały więc powiązania ze służbami i moskiewskim Centrum.

PZPR przekazała 100 mln starych zł Fundacji Wschód–Zachód za pośrednictwem Agencji Gospodarczej Sp. z o.o. zarejestrowanej w grudniu przez Leszka Millera i Mieczysława Wilczka. Właścicielem Agencji było KC PZPR, a od maja SDRP.

Wiosną 1990 roku, kiedy RSW była już zagrożona nacjonalizacją, jej Zarząd zaproponował spółdzielni „Czytelnik” przejęcie 7 kamienic o bardzo dużej wartości, 17 tytułów prasowych i drukarni przy Marszałkowskiej w Warszawie. W ten sposób chciano wyprowadzić majątek. Rozmów już nie sfinalizowano, ale Komisja Likwidacyjna oddała później „Czytelnikowi” nieruchomości formalnie w zamian za rezygnację ze zwrotu tytułów prasowych.

Na ostatnim zjeździe partii komunistycznej Tabkowski wypowiedział się za uwłaszczeniem redakcji i wydawnictw w formie akcjonariatu pracowniczego i za przejęciem przez pracowników jako udziałowców większościowych poszczególnych tytułów i wydawnictw. Był to więc wariant propozycji Wilczka – dziennikarze stanu wojennego staliby się udziałowcami większościowymi. 13 lutego 1990 roku Rada Nadzorcza RSW zaakceptowała propozycje Tabkowskiego.

Generalna próba przejęcia nastąpiła na Walnym Zebraniu Spółdzielni w dniu 16 marca 1990 roku, kiedy dokonano zmian właścicielskich. Najpierw przyjęto rezygnację ZHP i skreślono z listy członków PZPR oraz wpisano do spółdzielni SDRP i wspomnianą już Fundację Wschód–Zachód. Nieistniejąca już PZPR, która posiadała 95,2 proc. udziałów, bezprawnie przekazała SDRP – 51 proc. i Fundacji – 10 proc. udziałów, zaś pozostałe 34,2 proc. rozdzieliła tak, że Liga Kobiet miała teraz 12 proc., Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, Zrzeszenie Studentów Polskich i Związek Młodzieży Wiejskiej po 9 proc. każdy. Premier Mazowiecki wiedział, iż majątek przekazany SDRP przez PZPR na ostatnim zjeździe obejmował także udziały w RSW i nie podjął żadnych działań.

Kiedy w 1992 roku Fundacją Wschód–Zachód zainteresował się likwidator mienia byłej PZPR i zwrócił się w dniu 17 lipca do Ministerstwa Współpracy Gospodarczej z Zagranicą o przekazanie danych na temat jej działalności gospodarczej, w odpowiedzi został poinformowany, że nie można mu udostępnić materiałów, takich jak sprawozdania Fundacji, ponieważ ministerstwo żadnych nie otrzymało.

15 marca, gdy sejmowa Komisja Kultury i Środków Przekazu obradowała nad losem RSW, zebrał się zarząd koncernu i dokonał próby uwłaszczenia kilku kluczowych redakcji: „Polityki”, „Forum”, „Słowa Ludu”, „Głosu Pomorza” i „Dziennika Lubelskiego”. Wymienione redakcje złożyły wnioski o utworzenie wydawnictw. Ponadto „Wieczór Wybrzeża” chciał przekształcić się w spółkę.

Zarząd zaaprobował wniosek redakcji „Polityki” o wydzielenie z Wydawnictwa Współczesnego i utworzenie Wydawnictwa „Polityka”, a ponadto postanowił pokryć ze środków RSW deficyt tygodnika powstały do 31 marca 1990 roku oraz udzielić pożyczki w wysokości 1 mld starych złotych na pokrycie wydatków związanych z początkowym okresem wydawania tygodnika „Polityka”, a także zobowiązał Wydawnictwo Współczesne m.in. do wydzielenia 43 ton papieru oraz funduszu bazowego na uzgodnioną liczbę etatów. „Polityka” miała więc wystartować w samodzielności z pozycji uprzywilejowanych.

Według Jerzego Baczyńskiego, decyzja z 15 marca nigdy do redakcji „Polityki” nie dotarła, a redakcja o żadnym wniosku nic nie wiedziała. Niewiedza Baczyńskiego jest o tyle zaskakująca, że w posiedzeniu Zarządu uczestniczyli trzej zaproszeni członkowie kierownictwa „Polityki”: redaktor naczelny Jan Bijak, Jerzy Podemski i Krzysztof Stefanek.

Na wspomnianym posiedzeniu Zarząd RSW „wyraził zgodę na wydzielenie z Wydawnictwa Współczesnego i utworzenie Wydawnictwa ‘Forum’ w oparciu o zespół tygodnika” oraz zdecydował się pokryć deficyt i udzielić pożyczki. Pomyślano też o funduszu płac jak w wypadku „Polityki”.

Zarząd zatwierdził także wniosek „Słowa Ludu” i Akt Założycielski Wydawnictwa „Głos Pomorza”, podjął uchwałę o powołaniu Lubelskiego Wydawnictwa Prasowego dla redakcji „Dziennika Lubelskiego” oraz zgodził się na przekształcenie redakcji „Wieczoru Wybrzeża” na spółkę z o.o. W miejsce likwidowanej „Trybuny Ludu” powołano Wydawnictwo „Edytor 90”. Widzimy więc, że starano się w ostatniej chwili dokonać skoku na majątek koncernu.

Komisja Mazowieckiego

23 stycznia 1990 r., na 6 dni przed „wyprowadzeniem sztandaru” PZPR, swoją działalność rozpoczęła Komisja Rządowa do spraw ustalenia stanu prawnego majątku partii politycznych i organizacji młodzieżowych oraz odzyskania mienia państwowego. W jej skład weszli: Jacek Ambroziak jako przewodniczący oraz członkowie Aleksander Hall, Jerzy Ciemieniewski i Marek Dąbrowski, ówczesny I wiceminister finansów. Ten sam, który 27 grudnia 1989 roku podpisał się pod Decyzją nr 18 powołującą Fundację Wschód–Zachód. Prawdziwą przyczyną powołania Komisji przez Mazowieckiego było dążenie do zapobieżenia nacjonalizacji majątku PZPR i partii koncesjonowanych, co mogłoby prowadzić do rozpadu wielkiej koalicji. Dlatego na prośbę premiera poseł Komitetu Obywatelskiego Jan Łopuszański wycofał swój projekt ustawy o przejęciu na skarb państwa całego majątku partii politycznych PRL.

Komisja Ambroziaka pracowała do 30 marca, w tym odbyła jedno spotkanie z przedstawicielami RSW. 17 marca Hall zaproponował RSW jedną drukarnię, jeden dziennik ogólnopolski, jeden tygodnik i miesięcznik, kilka dzienników terenowych i jedno wydawnictwo. Pozostały majątek RSW miał zostać znacjonalizowany. Brak zgody w ciągu doby oznaczałby likwidację spółdzielni.

Następnego dnia, po naradzie z kierownictwem SDRP, Zarząd RSW zaproponował „zaporowe” warunki: m.in. oddanie 19 z 44 gazet, 7 z 30 tygodników i 34 z 86 innych periodyków (m.in. dwutygodników). Według wstępnych szacunków SdRP utrzymałaby 40 proc. posiadanego majątku.

Gra na zwłokę nie powiodła się i 19 marca rząd skierował do Sejmu swój projekt ustawy o likwidacji komunistycznego koncernu. Mało kto wie, że oprócz rządowego projektu w Sejmie powstał poselski projekt likwidacji RSW.

„Kilka dni wcześniej w Sejmie pojawił się radykalny projekt likwidacji RSW opracowany przez 20 posłów z SD i OKP, który – jak się dowiaduje ‘Gazeta’ – był konsultowany z SDP (Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – red.)” – czytamy w artykule „Koniec RSW”. Nacjonalizacji komunistycznego koncernu chciała „Solidarność”, ale nie mogła narzucić swego stanowiska rządowi i posłom.

21 marca sejmowe komisje Kultury i Środków Przekazu oraz Ustawodawcza rozpatrywały oba projekty. Różnice między nimi sprowadzały się do dwóch punktów: rząd nie zgadzał się na rozwiązanie spółek utworzonych z udziałem majątku RSW po 31 sierpnia 1989 roku. Chciał też, by SDRP uczestniczyła w podziale majątku RSW i wprowadzał komisję zamiast jednoosobowego likwidatora w osobie ministra finansów. W wyniku dyskusji następnego dnia przedstawiono Sejmowi projekt kompromisowy, który został uchwalony.

W czasie sejmowych obrad poseł Michnik stwierdził: „Gdyby rzeczywiście w wyniku postanowień Komisji Likwidacyjnej miało się okazać, że dla tego głosu (‘Trybuny’ i ‘Żołnierza Wolności’), dla tych idei w polskim życiu publicznym by miało zabraknąć miejsca, to najpierw na początku oferuję łamy ‘Gazety Wyborczej’…”. Poseł Michnik niepotrzebnie się zamartwiał – miejsca „dla tych idei” nigdy nie zabrakło.

Komisja Likwidacyjna

Ustawa z 22 marca o likwidacji RSW przewidywała trzy rozwiązania: nieodpłatne przekazanie wydawnictw spółdzielniom dziennikarskim, o ile zostały założone przez co najmniej połowę pracowników, sprzedaż w drodze przetargu lub przekazanie na rzecz skarbu państwa. Wniosek o przekazanie spółdzielnie miały składać do 6 lipca, a wysokość wkładu na członka powinna była wynosić trzy średnie pensje. Później wprowadzono wymóg wykazania się wiarygodnym źródłem finansowania działalności wydawniczej. Warunków przekazania nikt jednak nie sprawdzał i zadowalano się deklaracją. Ustawa nie przewidywała tworzenia nowych tytułów i udzielenia im na starcie pomocy, co przekreśliło szanse prasy podziemnej na rzeczywistą legalizację, natomiast otworzyło możliwości przed zespołami dziennikarskimi stanu wojennego zakonserwowania rynku prasy. Przewodniczący Komisji Likwidacyjnej Jerzy Drygalski zdawał sobie sprawę z tego stanu rzeczy. Za osiągnięcie uważano fakt, iż nie przyjęto żądania SDRP, by przekazanie tytułów spółdzielniom dziennikarskim było obowiązkowe.

Spółki utworzone przez RSW podzielono według cezury czasowej; powstałe po 31 sierpnia 1989 roku miały ulec likwidacji, zaś wkłady we wcześniejszych przeznaczono do sprzedaży.

Decyzja o likwidacji RSW „Prasa-Książka-Ruch” spotkała się z gwałtowną reakcją ówczesnych władz koncernu medialnego.

„Komisja rządowa do spraw majątku partii politycznych uległa neobolszewickim naciskom i dążyła jedynie do stworzenia uproszczonego trybu legitymizacji działań będących w praktyce odwetem politycznym, lekceważeniem praw i zamachem na własność” – mówił dziennikarzom Sławomir Tabkowski.

Jego zdaniem likwidacja przedsiębiorstwa spowoduje masowe zwolnienia i przyczyni się do upadku wielu pism. Jako przykład wskazał… „Politykę” i „Trybunę”, które „są deficytowe i RSW je dofinansowuje”.

Chcąc jeszcze ratować RSW dla postkomunistów, 27 marca Walne Zgromadzenie wybrało nową Radę Nadzorczą. Jej przewodniczącym został Wiesław Huszcza, a jego zastępcami Marek Siwiec (w dokumentach IPN zarejestrowany jako TW „Adam”) i Jan Bijak, redaktor naczelny „Polityki” (w dokumentach IPN zarejestrowany jako kontakt służbowy II, a później III Departamentu MSW). Rada wybrała nowy Zarząd w starym składzie z przewodniczącym Tabkowskim.

6 kwietnia premier Mazowiecki powołał Komisję Likwidacyjną RSW Prasa Książka Ruch. Szefem Komisji został Jerzy Drygalski, a w jej składzie znaleźli się: Kazimierz Strzyczkowski, Alfred Klein, Krzysztof Koziełł-Poklewski, Maciej Szumowski, Andrzej Grajewski, Jan Bijak i prawie nikomu wówczas nieznany młody liberał Donald Tusk.

W publikacjach prasowych członkowie Komisji jawili się jako naukowcy i bezpartyjni fachowcy, prawda wyglądała jednak zupełnie inaczej.

Jerzy Drygalski, zanim został przewodniczącym Komisji, był działaczem Wojewódzkiego Komitetu Obywatelskiego w Łodzi, zaprzyjaźniony z działaczami KLD, w tym z Januszem Lewandowskim. Kandydaturę Drygalskiego zaproponował Waldemar Kuczyński, ówczesny szef doradców Mazowieckiego i sekretarz stanu w URM.

Kazimierz Strzyczkowski był przed 1990 r. prominentnym działaczem PZPR – był grupowym partyjnym w Instytucie Nauk Prawno-Administracyjnych.

Alfred Klein,

Krzysztof Koziełł-Poklewski,

Maciej Szumowski – w okresie „Solidarności” redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej”, ówczesnego organu KW PZPR. Po 13 grudnia zerwał z partią i związał się z „Solidarnością”.

Andrzej Grajewski był konsultantem WSI ps. „Muzyk”, zwłaszcza aktywnym w latach 1992–1993 i od 1995.

Jan Bijak, redaktor naczelny „Polityki”, jako członek Komisji Likwidacyjnej był jej pełnomocnikiem ds. Wydawnictwa „Polityka”. Tygodnik miał więc pełne zabezpieczenie swoich interesów i nie dziwi, że Komisja umorzyła „Polityce” wszystkie należności i udzieliła kredytu.

Ustawa z 22 marca stwierdzała, że z dniem powołania Komisji Likwidacyjnej „ulegają rozwiązaniu statutowe organy Spółdzielni oraz wygasają udzielone przez nie pełnomocnictwa”. W ten sposób przestał istnieć wybrany 27 marca Zarząd i Rada Nadzorcza RSW, której Bijak był wiceprzewodniczącym. Jak sam tłumaczy: „Mazowiecki chciał mieć kogoś w Komisji, co by poszerzało, powiedzmy sobie w duchu okrągłostołowym, skład tej Komisji o ludzi, których trudno było uznać, że są z nowego nadania”.

Komisja powołała swoich etatowych pełnomocników w terenie, np. pełnomocnikiem ds. Gdańskiego Wydawnictwa Prasowego był etatowy prezes Zarządu Spółdzielni Usług Wysokościowych w Gdańsku.

W lipcu 1990 roku posłowie ziemi łódzkiej: Bogdan Łukaszewicz (Polskie Stronnictwo Ludowe), Bogdan Osiński (Stronnictwo Demokratyczne), Andrzej Kern (OKP) i jego partyjny kolega Stefan Niesiołowski wystąpili o odwołanie przewodniczącego Komisji Likwidacyjnej Jerzego Drygalskiego. Zarzucili mu, że jest udziałowcem spółki akcyjnej „Edytor”, która w tym czasie chciała nabyć część łódzkich gazet należących do RSW, w tym najbardziej poczytny „Dziennik Łódzki”. I chociaż Jerzy Drygalski twierdził, że jest w porządku, ponieważ 14 kwietnia, gdy już był przewodniczącym Komisji, przekazał swoje udziały w „Edytorze” innemu udziałowcowi, to posłowie nadal mieli wątpliwości.

Jerzy Drygalski kierował Komisją siedem miesięcy – do 20 listopada 1990 roku, kiedy to Tadeusz Mazowiecki mianował go podsekretarzem stanu w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych. Miejsce przewodniczącego Komisji zajął Kazimierz Strzyczkowski, do tej pory szef doradców prawnych.

Od momentu podania do publicznej wiadomości składu Komisji Likwidacyjnej RSW „Prasa-Książka-Ruch” konserwatywni posłowie mieli zastrzeżenia do jej składu, co szczególnie było widoczne 27 lipca 1991 roku, podczas dyskusji w sejmie po złożeniu sprawozdania przez przewodniczącego Kazimierza Strzyczkowskiego.

– Dlaczego w komisji likwidacyjnej są ludzie reprezentujący środowisko czołowych działaczy komunistycznych? Mam na myśli takie osoby jak red. Bijak czy red. Szumowski? W takiej komisji nie powinni zasiadać ludzie, którzy nigdy nie walczyli w obronie prześladowanej w Polsce wolnej prasy – mówił w sejmie w lipcu 1991 roku Marek Jurek, poseł OKP–ZChN, podczas debaty nad sprawozdaniem Komisji Likwidacyjnej RSW „Prasa-Książka-Ruch”.

Komunistycznych dziennikarzy wziął w obronę Jan Lityński, wówczas poseł Unii Demokratycznej, który zaatakował Marka Jurka, nazywając jego poglądy – nie wiadomo dlaczego – „starociami komunistycznymi”.

Podział łupów

W październiku Komisja Likwidacyjna przyjęła plan zagospodarowania majątku. Pion kolportażu przekazano – oprócz jednej jednostki – skarbowi państwa. W ten sposób utrzymano monopol na tym rynku i w praktyce zablokowano jego pluralizację, gdy zakładanie firm kolportażowych od zera wymagało wielkich nakładów.

Komisja Likwidacyjna RSW „Prasa-Książka-Ruch” była jednym z najpotężniejszych instrumentów ówczesnej władzy. Przez cztery miesiące działalności – do 20 sierpnia 1990 roku – Komisja wymieniła w sumie ponad stu dyrektorów wydawnictw i redaktorów naczelnych. Głównym kryterium zmian miało być usunięcie funkcjonariuszy aparatu propagandy PZPR, którzy jednak bez problemu wrócili po prywatyzacji, gdy poszczególne tytuły zostały sprzedane – tym razem nie jako propagandziści, ale jako „fachowcy”. Komisja Likwidacyjna RSW w pierwszym składzie (zmienił się on na początku 1992, już po objęciu przez Jana Olszewskiego funkcji premiera) podjęła kluczowe decyzje, które całkowicie zmieniły rynek medialny.

Do 30 kwietnia 1992 Komisja zdecydowała o losach 178 tytułów prasowych: 89 sprzedała, 70 przekazała 60 spółdzielniom dziennikarskim, a 4 Skarbowi Państwa, np. „Literaturę na świecie”. „Żagle” przejęło Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, a 14 tytułów, których nikt nie chciał kupić, przekazano ostatecznie na skarb państwa, podobnie postąpiono z Krajową Agencją Wydawniczą. CAF przekazano PAP. Nieodpłatnie przekazano spółdzielniom pracy kilka innych jednostek, np. fabrykę mebli czy Biuro Wycinków Prasowych „Glob”. W sumie 71 spółdzielni pracy przejęło jednostki RSW lub ich części. Jednocześnie odrzucono wnioski 65 spółdzielni, w tym 55 dziennikarskich; 30 z powodu braku wiarygodnego źródła finansowania działalności wydawniczej.

19 spółdzielni dziennikarskich otrzymało prawa do tytułu i majątek ruchomy, czyli wyposażenie redakcji, zaś pozostałe jedynie prawo do tytułu. Nie przekazano środków obrotowych, więc spółdzielnie nie miały za co prowadzić działalności wydawniczej. Z 15 spółdzielni, które uzyskały w 1991 roku pożyczki od Komisji, zwróciły je tylko trzy. Pouczający jest dalszy los spółdzielni dziennikarskich, które w większości okazały się fikcyjnymi.

7 czerwca 1990 został zarejestrowany statut spółdzielni pracy „Polityka”, która następnie złożyła wniosek o przekazanie jej praw do tytułu. 11 stycznia 1991 roku Komisja Likwidacyjna zawarła ze spółdzielnią umowę o przekazaniu tygodnika.

Ze znanych tytułów, oprócz „Polityki”, bez warunku wykazania się wiarygodnymi źródłami finansowania przekazano spółdzielniom np. „Kobietę i Życie”, „Życie Literackie” i „Literaturę”. Pod tym warunkiem spółdzielnie otrzymały „Forum”, „Szpilki”, „Wiedzę i Życie”, „Przekrój”.

W styczniu 1991 roku tygodnik „Wprost” przekazano Spółdzielni Pracy „Wprost” pod warunkiem wykazania się wiarygodnymi źródłami finansowania działalności wydawniczej, tym bardziej że tygodnik miał 2,6 mld starych złotych długu.

We „Wprost” powstała spółdzielnia pracy, a jednocześnie Marek Król, od lutego 1989 roku redaktor naczelny tygodnika, a od lipca do stycznia 1990 roku sekretarz KC nadzorujący prasę, założył Agencję Reklamowo-Wydawniczą. Król był prezesem i głównym udziałowcem ARW, Piotr Gabryel, z-ca redaktora naczelnego, został wiceprezesem, żona Marka Króla Paulina – dyrektorem marketingu, a syn Amadeusz – wiceprezesem i dyrektorem generalnym wydawnictwa. Nie wiemy, w jakim momencie udziałowcem mniejszościowym ARW stał się Lech Kruszona, wiceprezes Rok Corporation.

21 lutego 1991 roku Spółdzielnia Pracy „Wprost”, reprezentowana przez Króla i Gabryela, podpisała ze spółką Rok Corporation umowę, w myśl której spółka brała na siebie koszty działalności wydawniczej, a zyski dzielono po połowie między spółdzielnię i spółkę. Tydzień później, 28 lutego, Król i Kruszona zawarli umowę z ARW, reprezentowaną przez Kruszonę, w myśl której już całość zysków przypadała ARW, koszty pokrywała więc nadal Rok Corporation.

Rok Corporation finansowała wydawanie tygodnika do 1993 roku, kiedy obowiązek ten przejęła ARW. Z tego powodu powstał spór o roszczenie finansowe Rok Corporation wobec ARW w wysokości ok. 4 mln zł. Skutkiem było tymczasowe aresztowanie Marka Króla. Po przeniesieniu redakcji tygodnika do Warszawy Król spłacił mniejszościowego udziałowca Lecha Kruszonę, który kontynuuje własną działalność wydawniczą w Poznaniu.

Komisja Likwidacyjna złożyła pozew, gdyż okazało się, że spółdzielnia dziennikarska de facto nie powstała, a chodziło jedynie o przejęcie tygodnika. Spółdzielnia była wydmuszką i powinien nastąpić zwrot tytułu. Wydawca „Wprost” złożył kasację od wyroku orzekającego, że przekazanie tytułu spółdzielni było niezgodne z prawem, i podjął negocjacje, w wyniku których zapłacił Komisji Likwidacyjnej 1 mln dolarów.

W 1996 roku w tygodniku „Nie” Jerzego Urbana zarzucono Królowi, że był tajnym współpracownikiem SB o ps. „Rycerz”. Spór sądowy trwał siedem lat i wreszcie 13 czerwca 2013 roku Sąd Okręgowy w Warszawie oczyścił Marka Króla z zarzutu współpracy ze służbami bezpieczeństwa w okresie PRL-u, podważając wiarygodność świadka Witolda N. – byłego oficera SB, na którego powołał się tygodnik „NIE”.

Tymczasem IPN, na wniosek Króla, przeprowadził kwerendę archiwalną. W jej wyniku w 2007 roku znaleziono w kartotece odtworzeniowej Biura „C” MSW zapis następującej treści: „Król Marek, s. Kazimierza, ur. 24.02.1953 r. Tajny współpracownik ‘Adam’, Wydz. III WUSW Poznań, nr rejestracyjny 36374, w zag[adnieniu] konflikty społeczne. Współpraca dobra. Wyeliminowany 1.08.89 z powodu wyboru na posła Sejmu PRL. Mat. złożono i sfilmowano. Arch[iwum] Wydz. ‘C’ WUSW Poznań nr 38529/1R Ar mat. 2000, mikrofilm 2010.”

Wydział III na poziomie województwa zajmował się ściganiem opozycji i podlegał Departamentowi III MSW.

Marek Król opublikował tę informację we „Wprost” i jednocześnie oświadczył: „Stanowczo jednak zaprzeczam, aby moje relacje ze Służbą Bezpieczeństwa miały charakter tajnej współpracy. Spotkania odbywały się w siedzibie ‘Wprost’, a ja – będąc wówczas zastępcą redaktora naczelnego – zostałem do nich ‘oddelegowany’.”

Komisja przekazywała tytuły dziennikarskim spółdzielniom pracy, chociaż „miała rozeznanie, że w wielu przypadkach rzeczywistym kontynuatorem działalności wydawniczej będzie nie spółdzielnia, lecz spółka z udziałem spółdzielni”.

Spółdzielnie pracy nie dysponowały kapitałem, co zmuszało je do zawierania umów z inwestorami – spółek, którym przekazywały prawa do tytułu. W 20 wypadkach Komisja Likwidacyjna zmusiła spółdzielnie do takich umów, żądając przedstawienia wiarygodnych źródeł finansowania działalności wydawniczej.

Spółdzielnie pozbawione pomocy były w wielu wypadkach już na starcie tworami fikcyjnymi, a ich prawa przejmowały spółki. Spółdzielnie, którym przekazano tytuły prasowe, nie działały, zajmowały się tylko zarządzaniem spółką albo działalnością reklamową, bądź wydzierżawiały tytuł w zamian za zatrudnienie członków w spółce czy prowadziły sprzedaż w dwóch kioskach. Bardzo często spółdzielnia przekazywała spółce prawo do tytułu np. za zlecanie składu i korekty, czyli gwarancje zatrudnienia.

Jak stwierdziła kontrola NIK, do wiosny 1992 roku 13 spośród 30 skontrolowanych z 60 spółdzielni dziennikarskich przeniosło już prawo do tytułu na spółki. W rezultacie powstał wtórny obrót tytułami prasowymi.

Gazety PRL w rękach „zachodnich kapitalistów”

Część dawnych tytułów trafiło w ręce kapitału zagranicznego, często w procesie obrotu wtórnego, gdyż przy wyprzedaży majątku RSW Komisja Likwidacyjna wspierała przede wszystkim polskich inwestorów. Zjawisko to miało miejsce również w przypadku spółdzielni dziennikarskich, które w wyniku słabych wyników finansowych były po jakimś czasie prywatyzowane.

Klasycznym przykładem był los „Słowa Polskiego”. Spółdzielnia dziennikarska miała 4 udziały na 12 w spółce zarejestrowanej przed przekazaniem spółdzielni przez Komisję praw do tytułu. Po jego uzyskaniu przeniesiono prawo do tytułu na spółkę, a ta z kolei zawarła spółkę z Orklą. W ten sposób w pierwszym etapie prawo do tytułu przechodziło na spółkę, która następnie wchodziła w spółkę z koncernem zagranicznym i ten ostatecznie przejmował pismo.

Prostszy sposób polegał na tym, że inwestorzy po uzyskaniu prawa do tytułu szybko sprzedawali go zagranicznym nabywcom, głównie norweskiej Orkli i francuskiemu Hersantowi, a ci z kolei odsprzedawali prasę lokalną koncernom niemieckim. W rezultacie polska prasa terenowa, np. prasa śląska, znalazła się w rękach głównie koncernów niemieckich, czemu Komisja Likwidacyjna chciała zapobiec i odrzucała oferty niemieckie.

W lutym 1991 roku Komisja Likwidacyjna postanowiła sprzedać „Sztandar Młodych” za 12 mld starych złotych Fundacji Edukacji Ekonomicznej, Fundacji Kultury Polskiej i „Polskim Nagraniom”. Decyzję tę poparła „Solidarność” i zespół redakcyjny. Tymczasem w kwietniu tytuł sprzedano spółce „SM-Media”, która po kilku miesiącach odsprzedała 39 proc. udziałów kapitałowi austriackiemu. W początku 1994 roku „Sztandar Młodych” kupiła spółka „Fibak–Marquard Press” i JMG Ost Presse Jörga Marquarda. Nastąpiła wówczas zmiana tytułu na „Sztandar” i odejście od formuły pisma młodzieżowego. W 1997 roku „Sztandar” przestał się ukazywać.

Sprzedaż tytułów prasowych

Ze znanych tytułów sprzedano m.in. „Gazetę Współczesną”, „Dziennik Bałtycki”, „Głos Wybrzeża”, „Nowiny”, „Film”, „Ekran”, „Życie Warszawy”, „Express Wieczorny”. Do listopada 1991 roku Komisja sprzedała w trybie przetargu 71 tytułów – w tym te najważniejsze i najbardziej cenne, a poza przetargiem 6 pism.

Według Najwyższej Izby Kontroli wiele tytułów zostało sprzedanych po zaniżonych cenach. „Gdyby wyłącznym kryterium wyboru oferty była najwyższa cena, to wpływy ze sprzedaży w tych przetargach byłyby wyższe o 72 miliardy (starych) złotych, tj. około 55 procent w stosunku do uzyskanych” – napisali kontrolerzy NIK w sprawozdaniu pokontrolnym RSW „Prasa – Książka – Ruch”.

Najwięcej kontrowersji wzbudzał fakt, że Komisja Likwidacyjna podejmowała samodzielnie decyzje o sprzedaży tytułów, wśród których znalazły się najpopularniejsze pisma m.in. „Życie Warszawy”, ówczesny potentat na rynku ogłoszeń prasowych, które przejęła „Gazeta Wyborcza”, i „Express Wieczorny”. Można się o tym przekonać, czytając archiwalne numery „Gazety Wyborczej”, która sporo miejsca poświęciła tym dziennikom, relacjonując na bieżąco prace Komisji Likwidacyjnej.

Za rządów Mazowieckiego najbardziej dochodowym pismem było wielonakładowe – w weekendy 700 tys. egzemplarzy – „Życie Warszawy”. Jego roczny dochód w 1989 roku to blisko 10 miliardów złotych.

W pierwszej połowie 1990 roku o przejęcie „Życia Warszawy” starały się trzy podmioty, w których pojawiały się te same osoby: Oficyna Wydawnicza „Życie Warszawy”, spółka założona przez Artura Howzana, redaktora naczelnego „ŻW” (1989–1990), „Dom Pracy” oraz spółdzielnia „Życie Warszawy”. Po sprawdzeniu okazało się, że Oficyna Wydawnicza „Życie Warszawy” została zarejestrowana jako spółka z 25-procentowym udziałem RSW „Prasa – Książka – Ruch”, a ponieważ powstała prawdopodobnie po 31 sierpnia 1989 roku, podlegała likwidacji. Nie doszło jednak do niej, gdyż koncern nie wpłacił swego wkładu. Była to więc spóźniona próba przejęcia dziennika przez nomenklaturę RSW. Ostatecznie Howzan został zwolniony z funkcji redaktora naczelnego, a na jego miejsce Komisja mianowała Kazimierza Wóycickiego (1990–1993), a Tomaszowi Wołkowi powierzyła stanowisko z-cy redaktora naczelnego i wystawiła tytuł na sprzedaż.

Dziennik sprzedano za 40 miliardów starych złotych spółce Życie-Press, utworzonej przez 5 udziałowców: włoską firmę STEI Nicola Grausa – 400 udziałów, spółdzielnię wydawniczą Czytelnik – 160, Wielkopolski Bank Kredytowy – 150, spółkę Varsovia-Press – własność Kazimierza Wóycickiego i jego zastępcy Tomasza Wołka – 90, Lexecom sp. z o.o. – 40 oraz 45 osób fizycznych – 160. Oficjalnego poparcia spółce Życie-Press udzieliła Unia Demokratyczna. Na zakup tytułu Życie-Press zaciągnęła pożyczkę w WBK. W maju 1993 roku Nicola Grauso odkupił udziały WBK, a następnie od kilku innych współwłaścicieli i na początku 1994 roku dysponował już 800 z 1000 udziałów.

Grauso, będący również właścicielem Polonii 1, próbował stworzyć szeroki koncern medialny, którego jedną z perełek miało być właśnie „Życie Warszawy”. Kiedy jednak plany medialne Grauso załamały się, po odmowie udzielenia mu koncesji na ogólnopolską telewizję, przestał finansować dziennik i wiosną 1996 roku sprzedał „Życie Warszawy” Zbigniewowi Jakubasowi, biznesmenowi bliskiemu SLD. Zanim doszło do sprzedaży dziennika, Grauso zwolnił Tomasza Wołka, co spowodowało odejście grupy dziennikarzy m.in. Bronisława Wildsteina, solidaryzujących się z usuniętym redaktorem naczelnym. Wkrótce utworzyli oni „Życie” – zwane Życiem z kropką – którym pokierował Wołek.

W grudniu 1999 roku Jakubas pozbył się „Życia Warszawy” na rzecz przyjaciela Marka Ungiera, Michała Sołowowa, a ten w roku 2007 odsprzedał tytuł Presspublice, wydawcy „Rzeczpospolitej”. W 2011 roku dziennik ostatecznie przestał się ukazywać.

W wypadku sprzedaży „Expressu Wieczornego” Komisja wybrała ofertę związanej z PC Fundacji Prasowej „Solidarność”, wynoszącą 16 mld starych złotych, a odrzuciła ofertę dziennikarskiej Spółdzielni Pracy „Express Wieczorny” wspartej przez Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe. Wtedy jednak za zgodą Komisji i Drygalskiego, należące do RSW Warszawskie Wydawnictwo Prasowe zawarło ze Spółdzielnią Pracy „Express Wieczorny” ugodę w sprawie wydawania nowego „Expressu”. Według niej koszty pokrywało Wydawnictwo, a Spółdzielnia zrzekła się na jego rzecz zysków. W ciągu dwóch miesięcy straty RSW wyniosły ponad 0,5 mld starych złotych i 1 marca 1991 roku wydawanie dziennika przejęła Spółdzielnia. Później „Express” zmienił nazwę na „Express Poranny” i ostatecznie na jego bazie powstał „Super Express”. „Express Wieczorny” natomiast stał się w połowie 1993 roku własnością kapitału zagranicznego: pakiet większościowy nabył szwajcarski koncern JMG Ost Presse Jörga Marquarda, a mniejszościowy Wojciech Fibak, zamieszkały wówczas w Monte Carlo.

Komisja sprzedała „Trybunę” spółce Ad Novum, której współwłaścicielem był Marek Siwiec, a przewodniczącym rady nadzorczej Aleksander Kwaśniewski. Nadal jednak Komisja finansowała wydawanie „Trybuny”, ale pieniądze ze sprzedaży wpływały do nowego właściciela, czyli Ad Novum. Dopiero gdy wybuchł skandal, spółka miała uregulować długi.

Co ciekawe, po nieudanych eksperymentach „partyjnych”, zarówno „Sztandar Młodych”, jak i „Express Wieczorny” stały się własnością spółki JMG Ost Presse szwajcarskiego magnata prasowego Jörga Marquarda, z którym współpracowały również przedsiębiorstwa należące do Wojciecha Fibaka.

Wszystkie trzy omówione „stare” tytuły, będące ważnymi elementami systemu prasowego PRL, po perturbacjach lat 90. zostały zamknięte: „Sztandar Młodych” w roku 1997, „Express Wieczorny” w 1999, wydawanie „Trybuny” zawieszono w 2009.

Na marginesie warto wspomnieć, że „Rzeczpospolita”, jako organ rządowy, nie należała do RSW, nie podlegała więc ustawie z 22 marca 1990 roku. W celu jej wydawania powołano w 1991 roku spółkę z o.o. „Presspublica”, w której 51 proc. udziałów miał dotychczasowy wydawca – Państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnicze „Rzeczpospolita”, zaś 49 proc. sprzedano Robertowi Hersantowi za 19 mld starych złotych. W roku 1996 francuski koncern wycofał się i odsprzedał swoje udziały norweskiej Orkli, która z kolei sprzedała swoje udziały w 2006 roku angielskiej firmie Mecom Poland (Grupa Mecom). W lipcu 2011 roku pod naciskiem rządu Mecom sprzedał udziały spółce Gremi Media Grzegorza Hajdarowicza. W październiku z kolei rząd sprzedał swoje udziały także Gremi Media.

Inne składniki

Udziałów RSW w spółkach nie sprzedano w drodze przetargu, jak stwierdzała ustawa, gdyż jednocześnie przyjęto zasady kodeksu handlowego, a ten dawał wspólnikom prawo pierwokupu. Likwidacja i wycofanie się ze spółek oznaczała „ostateczną utratę środków finansowych wyprowadzonych z RSW”, ale plusem ustawy było uniemożliwienie zakładania nowych spółek i dalszego wyprowadzania kapitału.

Do 30 kwietnia 1992 roku Komisja sprzedała 11 zakładów w pionie poligraficznym. Do najbardziej skandalicznych należała sprawa przejęcia Zakładów Prasowo-Fotopoligraficznych w Gdańsku i Prasowych Zakładów Graficznych w Krakowie przez Polsko-Amerykańskie Towarzystwo Prasowe kontrolowane przez Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości. Nie dość, że zaniżono cenę nieruchomości, to jeszcze umowa sprzedaży precyzowała, iż 84,5 proc. ceny zostanie zapłacona za 10 lat, czyli w roku 2001. W ten sposób nabywca uzyskał w praktyce zakłady za darmo, gdyż mógł spłacić należności z dochodów.

Zachodni przedsiębiorcy przejęli także należące do RSW niezwykle cenne nieruchomości. Było to możliwe na skutek decyzji podejmowanych przez członka KLD Jacka Dębskiego, późniejszego ministra sportu (1997–2000), który w październiku 1991 r., jako prezes „Ruchu”, został współzałożycielem spółki EMPIK.

Dębski na stanowisko prezesa „Ruchu” został mianowany przez Jerzego Drygalskiego (obydwaj pochodzili z Łodzi). „Ruch” stał się samodzielnym przedsiębiorstwem po decyzji Komisji Likwidacyjnej o wydzieleniu działu kolportażu i przekazaniu go z całym majątkiem do Skarbu Państwa.

Jacek Dębski zadecydował, że „Ruch”, w zamian za 40 procent udziałów, wniósł aportem do spółki EMPIK Klub Międzynarodowej Prasy i Książki i 10 nieruchomości, które mieściły się w centrum największych polskich miast. Większość udziałów – 60 procent – objęła zarejestrowana w Szwajcarii firma Kaufring, która należała do izraelskiego biznesmena Yarona Brucknera, bliskiego znajomego późniejszego prezydenta Kwaśniewskiego i Marka Siwca. Udziały Kaufringu miały być opłacone gotówką: 1,17 miliona nowych złotych. Jednak prawnicy Brucknera zakwestionowali wycenę aportu RSW „Prasa – Książka – Ruch” i do całkowitej zapłaty nie doszło (zabrakło 400 tys.). Najwyższa Izba Kontroli, która kontrolowała RSW „Prasa – Książka – Ruch”, skierowała zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do warszawskiej prokuratury, która umorzyła postępowanie ze względu na znikomą społeczną szkodliwość czynu. W czerwcu 1992 r. rada nadzorcza „Ruchu” odwołała Jacka Dębskiego z funkcji prezesa spółki i członka zarządu. „Przedsiębiorstwo było w fatalnym stanie, zawierano skrajnie niekorzystne umowy, dlatego ówczesny prezes został odwołany” – wspomina Krzysztof Wyszkowski. Legendarny działacz opozycji był wówczas członkiem rady nadzorczej RSW „Prasa – Książka – Ruch”. Inni członkowie rady dodają, że Dębski zajmował się gównie gra w piłkę ze swoim partyjnym szefem Donaldem Tuskiem. Jacek Dębski, zastrzelony 11 kwietnia 2001 roku przez Tadeusza Maziuka (ps. „Sasza”) na polecenie swego kuzyna Jeremiasza Barańskiego (ps. „Baranina”), w dokumentach IPN widnieje zarejestrowany jako TW „Adam”. Wiemy tylko, że rejestracja nastąpiła w drugiej połowie lat 80., w czasie gdy Dębski był studentem wydziału polonistyki Uniwersytetu Łódzkiego i został kolporterem wydawnictw niezależnych. Polityczna droga Dębskiego prowadziła od NZS, przez Ruch Młodej Polski, Narodowe Odrodzenie Polski, UPR, do KLD, Koalicji Konserwatywnej w AWS i skończyła się na Ruchu Społecznym AWS. Historia Komisji Likwidacyjnej pokazuje, że od samego początku III RP nie było żadnych liczących się sił po stronie opozycji, które chciałyby lub potrafiły złamać monopol prasowy byłych dziennikarzy frontu ideologicznego i redakcji ukształtowanych w stanie wojennym przez kontrolerów ze Służby Bezpieczeństwa.

Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
Twoje wsparcie jest bezcenne!

https://patronite.pl/dorota.kania