„Bartek” – bohater z NSZ, ofiara UB

Kapitan Henryk Antoni Flame vel Flamme, znany później jako „Grot” i „Bartek”, urodził się 15 stycznia 1918 r. we Frysztacie. Był synem Emeryka i Marii z domu Piwowar. Wkrótce po jego narodzinach rodzinne miasto najpierw przejęła administracja polska, potem – w wyniku konfliktu polsko-czechosłowackiego – Czesi. W drugiej połowie 1920 r. rodzina przeniosła się do Czechowic (dziś Czechowice-Dziedzice).

Uczył się najpierw w szkole powszechnej, później w miejscowym gimnazjum, a następnie w Szkole Przemysłowej w Bielsku, zdobywając zawód ślusarza – mechanika samolotów. Odbywał praktykę w fabryce Karola Ochsnera w Bielsku, zaliczył też kurs przygotowujący do zawodu maszynisty.

Jako nastolatek działał w Orlętach Związku Strzeleckiego, szkolił się m.in. jako instruktor narciarstwa. W 1936 r. zgłosił się ochotniczo do wojska. Otrzymał przydział do 2 Pułku Lotniczego w Krakowie, pod koniec tego roku złożył przysięgę i trafił do 22 Eskadry. Po kursie mechanika samolotowego skierowano go na szkolenie pilotażu do eskadry treningowej 2 Pułku Lotniczego. Po jego ukończeniu awansował na starszego szeregowca.

W sierpniu 1937 r. został wysłany do Wyższej Szkoły Pilotażu w Grudziądzu, gdzie przygotowywano go do służby jako pilota myśliwskiego. Kurs ukończył w listopadzie 1938 r. i wrócił do 2 Pułku Lotniczego, otrzymując przydział do 123 Eskadry Myśliwskiej. Wówczas awansował na kaprala. Tuż przed wojną ukończył jeszcze kurs specjalizacji myśliwskiej.


Wrzesień 1939 – pilot nad płonącą Warszawą

W kampanii 1939 r. Henryk Flame, jako pilot 123 Eskadry Myśliwskiej przydzielonej do Brygady Pościgowej, brał udział w obronie nieba nad Warszawą.

1 września, w czasie walk nad Legionowem, jego samolot został ostrzelany, gdy próbował osłaniać dowódcę. Zmuszony do lądowania, utracił maszynę – od tego momentu, wobec braków sprzętowych, pozostawał w dyspozycji dowództwa obrony stolicy.

Z 6 na 7 września eskadrę wycofano z Warszawy na lotniska pod Lublinem, do Bełżyc, następnie w okolice Łucka, Młynowa, by 12 września znów wrócić w rejon Lublina. Loty patrolowe wykonywano już na samolotach z Dęblina. Tego dnia Flame z powodu braku paliwa musiał lądować w miejscowości Łuszczów.

Dalsze losy z września 1939 r. nie są w pełni udokumentowane. Według części relacji po 17 września miał zostać zestrzelony przez Sowietów w rejonie Stanisławowa, a następnie – organizując z rozproszonych żołnierzy konwój z paliwem lotniczym – przebić się z nimi na Węgry. Najbardziej prawdopodobne jest jednak, że dołączył do utworzonego przez mjr. Stefana Janusa konwoju z paliwem, który 19 września przekroczył granicę węgierską.


Internowanie, Stalag i powrót na Śląsk

Na Węgrzech Flame został internowany, najpierw w Budapeszcie, potem – od 24 września – w obozie w Nagykáta. Już w listopadzie 1939 r. uciekł. Ukrywał się u węgierskiego gospodarza, jednak został wydany władzom niemieckim i trafił do Stalagu XVII A Kaisersteinbruch na terenie wcielonej do Rzeszy Austrii.

W drugiej połowie 1940 r., dzięki staraniom rodziny i pochodzeniu z Zaolzia oraz niemiecko brzmiącemu nazwisku (w dokumentach figurował jako Flamme), został ze Stalagu zwolniony. Wiosną 1940 r. wrócił do Czechowic.

Podjął pracę maszynisty na kolei. W czerwcu 1940 r. ożenił się z Józefą Głupi, z którą miał dwie córki. Po zarządzeniu Heinricha Himmlera z marca 1941 r. o volksliście w Prowincji Górnośląskiej Flame został wpisany do III grupy narodowościowej volksdeutschów. Równolegle związał się z konspiracją – prawdopodobnie już wtedy utrzymywał kontakty z ZWZ-AK. Założył organizację HAK (Harcerska Armia Krajowa), podporządkowaną AK, zajmującą się wywiadem i sabotażem.


Do lasu – narodziny „Grota”

Jesienią 1943 r. otrzymał powołanie do Wehrmachtu. Groziła mu nie tylko służba w armii niemieckiej, ale też dekonspiracja i aresztowanie. Flame zdecydował się uciec do lasu. Tuż przed ucieczką przeprowadził samotnie brawurową akcję sabotażową: doprowadził do zderzenia lokomotywy z obrotnicą kolejową w Czechowicach, paraliżując miejscowy ruch kolejowy na kilka dni.

W górach dołączył do oddziału partyzanckiego AK „Barania Góra” pchor. Mariana Barthela de Weydenthala „Urbana”. Po śmierci „Urbana” oddział rozpadł się na dwie grupy; Flame, posługujący się już pseudonimem „Grot”, objął dowództwo jednej z nich.

Jesienią 1944 r. oddział „Grota” podporządkował się Narodowym Siłom Zbrojnym. 28 października 1944 r. w Czechowicach Henryk Flame złożył przysięgę na członka NSZ.


Druga konspiracja – „Bartek” na czele największego zgrupowania

12 lutego 1945 r. do Czechowic wkroczyła Armia Czerwona. Flame, kierując się rozkazami dowództwa NSZ, ujawnił się i wraz ze swoim oddziałem oddał się do dyspozycji „władzy ludowej”, zachowując jednak struktury konspiracyjne. Wbrew protestom lokalnych komunistów objął stanowisko komendanta komisariatu MO.

Obsadził komisariat i podległe mu jednostki swoimi ludźmi, skupiał wokół siebie osoby wrogie komunistom, gromadził broń i przygotowywał się do nieuchronnej konfrontacji z nową władzą.

Na przełomie kwietnia i maja 1945 r., znów zagrożony aresztowaniem, ponownie uciekł z ludźmi do lasu. Od tej chwili używał pseudonimu „Bartek”. Na nowo odtworzył oddziały partyzanckie VII Okręgu Śląsko-Cieszyńskiego NSZ i rozpoczął tzw. drugą konspirację. W czasie spotkania z por. Jerzym Wojciechowskim został mianowany porucznikiem NSZ.

Od maja 1945 do lutego 1947 r. stał na czele największego zgrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim i Podbeskidziu. W szczytowym momencie liczyło ono ponad 300 dobrze uzbrojonych i umundurowanych żołnierzy.

Zgrupowanie przeprowadziło około 340 akcji zbrojnych, w tym ok. 200 ekspropriacyjnych. Rozbito 12 posterunków MO, 5 placówek UBP i 3 placówki WP. W wyniku tych działań zginęło 59 osób: 22 cywilów, 11 członków PPR, 11 milicjantów, 4 funkcjonariuszy UB, 6 żołnierzy LWP, 3 żołnierzy czechosłowackich, 1 członek ZMW i 1 żołnierz sowiecki.

Najgłośniejszą akcją „Bartka” było zajęcie 3 maja 1946 r. Wisły. Oddział wkroczył do uzdrowiska w pełnym umundurowaniu i uzbrojeniu, rozbroił komunistów i zorganizował defiladę z okazji święta Konstytucji 3 maja. W realiach państwa „władzy ludowej” był to gest wręcz niewyobrażalny.


Operacja „Lawina” – zdrada, prowokacja, masakra

Rozbicie zgrupowania „Bartka” stało się priorytetem komunistycznych służb. Na potrzeby tej operacji UB sięgnęło po jedno z najbrutalniejszych narzędzi – prowokację. Całość akcji przeciwko oddziałowi Flamego przeszła do historii jako operacja „Lawina”.

Zdrada „Łamigłowy” i narodziny agenta „RR”

Jej początkiem była zdrada Kazimierza Zaborskiego „Łamigłowy”, komendanta VII Śląskiego Okręgu NSZ, któremu organizacyjnie i operacyjnie podlegał Flame. Funkcjonariusze PUBP w Będzinie wpadli na jego trop, aresztowali go wraz z dwiema córkami.

Zaborski, by ratować siebie i bliskich, podjął współpracę z UB jako agent „RR”. Z czasem jednak jego rola wykraczała daleko poza wymuszoną współpracę – stał się gorliwym narzędziem bezpieki. Szukał kontaktu z podziemiem, zachęcał do konspiracji tylko po to, by potem wydawać ludzi swoim mocodawcom. O wartości tego agenta świadczy fakt, że sprawą „Łamigłowy” od razu zainteresowali się funkcjonariusze z Warszawy.

Na ich czele stanął Henryk Wendrowski – były żołnierz AK, który w nowej roli wystąpił jako rzekomy oficer sztabu NSZ. Początkowo przedstawiał się jako kpt. „Kos”, potem jako „Lawina”. U boku „Łamigłowy” rozpracowywał struktury NSZ, doprowadzając do „wielkiej wsypy”, która dotknęła nie tylko VII Okręg, ale i inne rejony kraju. Raporty NKWD przesyłane do Moskwy odnotowywały zasługi agenta „RR”. ( Video nt działalności Wendrowskiego – na dole tekstu)

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności fala aresztowań z Katowic nie dotknęła zgrupowania Flamego w rejonie Bielska, Cieszyna i Żywca. Kontakty ze sztabem w Katowicach utrzymywał Jerzy Wojciechowski „Om”, który wyjechał za granicę, a gdy wrócił, został 6 stycznia 1946 r. natychmiast aresztowany – za późno jednak, by schwytać „Bartka” i jego żołnierzy.

Oddziały NSZ na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie rozwijały się dynamicznie, ale już bez realnej łączności z rozbitym sztabem. Flame nie wiedział ani o zdradzie „Łamigłowy”, ani o jego współpracy z UB.

„Lawina” schodzi w góry

Na początku 1946 r. Zaborski wrócił na Górny Śląsk jako agent. Miał dwa zadania: tropić ślady podziemia narodowego i tworzyć – na polecenie UB – nową fikcyjną organizację, później nazwaną Śląskimi Siłami Zbrojnymi. Namawiał ludzi o poglądach narodowych do działalności konspiracyjnej, po czym trafiali oni przed sądy, często na wieloletnie więzienie, a nawet śmierć (jak ks. Rudolf Marszałek).

Zgrupowanie „Bartka” rosło w siłę, oparte na sieci lokalnych patroli. Partyzanci byli u siebie, mieli wsparcie ludności, byli ostrzegani przed obławami. Siły UB, KBW i MO nie były w stanie ich zaskoczyć. W połowie 1946 r. miejscowi działacze PPR raportowali w górę, że nocą, a bywało iż i w dzień, realna władza w terenie należy do NSZ.

W tej sytuacji bezpieka sięgnęła po Wendrowskiego. Aby dotrzeć do „Bartka”, wykorzystano dawnych współpracowników NSZ. UB odnalazło Franciszka Wąsa „Warmińskiego”, oficera sztabu VII Okręgu, który nie został objęty wcześniejszą „wsypą” i to on niegdyś odbierał przysięgę od Flamego.

1 lipca 1946 r. w Gliwicach spotkał się z nim „Lawina”, podający się za oficera sztabu NSZ z Katowic. Dysponował pełnomocnictwami „Łamigłowy”, a prawdopodobnie wspomniał też jakiś szczegół ze wspólnej działalności Zaborskiego i Wąsa, co uwiarygodniło jego legendę. W efekcie „Warmiński” ujawnił nazwiska osób z południa województwa śląskiego, które mogły doprowadzić do „Bartka”: Karola Krybelta „Karola” oraz Jana Kwiczalę „Emila”, łącznika sztabu Zgrupowania.

12 lipca 1946 r. „Lawina” dotarł do „Emila”. Partyzanci z Beskidów od dawna czekali na kontakt ze sztabem. Zgrupowanie było zbyt liczne jak na teren działania, rosła presja ze strony aparatu bezpieczeństwa, a Flame nie chciał uchodzić za „bandytę bez dowództwa”. Teraz zjawiał się człowiek z „centrali”, który jakoby miał plan przerzucenia części oddziału na Zachód.

Kusząca oferta: „na Ziemie Odzyskane”

Wendrowski realizował konkretny scenariusz: skoro trudno zniszczyć partyzantów na ich terenie, trzeba ich wywabić. Narodził się plan rzekomego przerzutu w rejon Jeleniej Góry. Tam oddziały miały walczyć z „dywersantami niemieckimi”, a w praktyce zostać rozbrojone i zlikwidowane.

Oferta była pozornie logiczna: Beskidy stawały się coraz ciaśniejsze, przybywało żołnierzy KBW, obławy były coraz lepiej zorganizowane. Ziemie Odzyskane, bliskość granicy, możliwość ewentualnej ucieczki na Zachód – to wszystko brzmiało wiarygodnie także dlatego, że już w 1945 r. prawdziwe struktury NSZ rozważały wysyłanie niewielkich grup partyzantów w różne rejony kraju.

7 sierpnia 1946 r. wieczorem „Lawina” dotarł do sztabu „Bartka” na stokach Baraniej Góry. Przedstawił się jako reprezentant sztabu NSZ i kategorycznie zażądał wykonania rozkazów z „centrali”: przeniesienia oddziałów na Zachód. Wstępne plany zakładały przerzut 180 partyzantów, szczegóły miano ustalić do 20 sierpnia.

UB opracowało tzw. plan likwidacji „B”. Zamierzano wysłać cztery transporty, łącznie ok. 140 ludzi. Broń maszynowa miała jechać osobno, partyzanci mogli mieć przy sobie jedynie pistolety. Na tzw. „punkcie opolskim” mieli być przyjmowani przez „żołnierzy NSZ”, w istocie funkcjonariuszy UB, ugoszczeni kolacją i alkoholem, po czym rozbrojeni i – według pierwotnej wersji – postawieni przed sądem.

Flame zamierzał jechać ostatnim transportem, ale „Lawina” przekonał go, że najpierw musi udać się do Gliwic na rzekomą operację nogi. 31 sierpnia 1946 r. przekazał dowództwo Józefowi Kołodziejowi „Wichurze” i z „Emilem” wyjechał do Gliwic. Nadzór nad transportem powierzono kolejnemu „oficerowi NSZ”, w rzeczywistości ubekowi Czesławowi Krupowiesowi, występującemu jako „Korzeń”.


Ostrzeżenie „Sztubaka”, którego nikt nie posłuchał

Niewiele brakowało, by prowokacja się załamała. Do Antoniego Bieguna „Sztubaka”, dowódcy oddziału operującego na Żywiecczyźnie, dotarły ostrzeżenia o możliwej infiltracji zgrupowania przez agentów UB. Wszystko zbiegało się w czasie z pojawieniem się „Lawiny”.

Według badaczy sygnał mógł pochodzić z krakowskiego WiN lub – co bardziej prawdopodobne – od oddziału Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”. Jego ludzie już wcześniej zetknęli się w Gliwicach z „Lawiną” i kilku z nich zostało potem aresztowanych. Doświadczony „Wołyniak” nie dał się wciągnąć w podobną „przeprowadzkę na Zachód”.

Biegun ostrzegał, próbował nawet aresztować „Lawinę”, ale bez skutku. Ostatecznie zakazał swoim ludziom udziału w przerzucie. Ci, którzy rozkaz uszanowali, przeżyli. Ci, którzy zignorowali, zapłacili najwyższą cenę.


Trzy transporty na śmierć

Pierwszy transport – Grudzieniec

W pierwszym transporcie znalazło się ok. 40 partyzantów – głównie wartownicy sztabu pod dowództwem Władysława Niesytki „Felka” oraz część grupy „Orła Białego” Tadeusza Obtułowicza „Juhasa”. Zbiórkę prowadził „Wichura”.

5 września 1946 r. ciężarówki przyjechały po ludzi, ale w pobliżu rozległy się strzały i wyjazd przełożono na kolejny dzień. Ostatecznie partyzantów przewieziono w okolice majątku Scharfenberg (Grudzieniec), niedaleko Malerzowic Wielkich na Śląsku Opolskim. Tam powitał ich „oddział NSZ”, faktycznie funkcjonariusze UB.

Zakwaterowano ich w zrujnowanym pałacu, podano kolację i alkohol naszpikowany środkiem nasennym. Nad ranem strażnika zastrzelono, do środka wrzucono granaty, a tych, którzy przeżyli, wyprowadzano nad wcześniej wykopany dół, rozbierano i zabijano strzałem w tył głowy.

Opis tej rzezi znamy m.in. z późniejszych zeznań funkcjonariusza UB Fryderyka Zielińskiego, który twierdził, że „mokrej roboty” dokonywali Sowieci, a UB pełniło rolę pomocniczą. Czy tak było naprawdę – pozostaje kwestią dyskusji, ale skala bestialstwa nie ulega wątpliwości.

Część partyzantów próbowała się bronić – rannych zostało kilku funkcjonariuszy. Jan Cieślar zdołał przebić się przez kordon i został zastrzelony dopiero w Łambinowicach. Andrzej Bujok „Jędrek” ukrył się na strychu, po kilku dniach wymknął się i wrócił pieszo w rodzinne strony. Kiedy dotarł, by ostrzec „Bartka”, nie uwierzono mu; uznano go za prowokatora i przez pewien czas przetrzymywano w bunkrze na stokach Baraniej Góry jako rzekomego zdrajcę.

Po likwidacji pierwszego transportu na lotnisko w Starym Grodkowie przyleciał samolot z Warszawy z kierownictwem MBP na czele ze Stanisławem Radkiewiczem. Szef resortu przyjechał obejrzeć skutki operacji.

Drugi transport – eksplozja w Starym Grodkowie

Drugi transport, liczący około 30 ludzi, wyjechał między 10 a 15 września. Tym razem UB postanowiło nie ryzykować walk wewnątrz budynku.

Na lotnisku wojskowym w Starym Grodkowie, na rozległym, odludnym terenie, przygotowano drewniany barak. Pod jego podłogą założono kilka ładunków wybuchowych połączonych w jeden system detonacji.

Partyzantów wprowadzono do środka – najpewniej nocą, gdy spali. Barak został wysadzony w powietrze. Nikt nie miał szans przeżyć. Rozerwane ciała wrzucono do przygotowanego wcześniej rowu oraz leja po bombie.

Trzeci transport – „polana śmierci” koło Barutu

Ostatni, trzeci transport wyruszył w drugiej połowie września 1946 r., licząc także około 30 „leśnych”. Ciężarówki widziano 25 września w okolicy leśniczówki „Hubertus” koło wsi Barut.

Scenariusz był podobny: zaminowany budynek, prawdopodobnie kolejny barak lub stodoła, nocny wybuch, dobijanie rannych strzałami. Przez kilka dni teren był otoczony przez UB i MO, a według relacji – również osoby mówiące po rosyjsku.

To miejsce, nazywane dziś „polaną śmierci” w pobliżu Barutu, „uroczyskiem Hubertus” lub „Śląskim Katyniem”, stało się symbolem mordu na żołnierzach „Bartka”.


Amnestia, ujawnienie i zabójstwo „Bartka”

Po utracie znacznej części ludzi zgrupowanie zaczęło tracić inicjatywę. UB, KBW i MO coraz skuteczniej rozbijały kolejne patrole. W listopadzie 1946 r. w procesie 32 podkomendnych Flamego w Katowicach zapadło sześć wyroków śmierci, jeden dożywocia i 21 wyroków więzienia od 6 do 15 lat.

W tej sytuacji Flame zdecydował, że przy najbliższej „amnestii” ujawni siebie i resztę oddziału. Okazją stała się ogłoszona 22 lutego 1947 r. ustawa amnestyjna. Sam „Bartek” wraz z najbliższym otoczeniem ujawnił się 11 marca 1947 r. w Cieszynie. Złożył broń i wrócił do rodzinnego domu w Czechowicach.

Dla komunistów neutralizacja zgrupowania „Bartka” i jego ujawnienie były sukcesem propagandowym. Jesienią 1947 r. Flame wraz z Anną Szwedą („Annuszka”), swoją współpracownicą z okresu drugiej konspiracji, udał się w okolice Barutu. Tam prawdopodobnie poznał przynajmniej część prawdy o losie swoich podkomendnych.

1 grudnia 1947 r. w gospodzie w Zabrzegu koło Czechowic „Bartek” został zastrzelony przez miejscowego milicjanta Rudolfa Dadaka. Śledztwo nigdy nie ustaliło – a raczej nigdy nie ujawniło – rzeczywistych inspiratorów zamachu.

Historyk Tomasz Greniuch wysunął przypuszczenie, że zbrodnię mogli inspirować Władysław i Antoni Pająk – referenci UB, a zarazem przedwojenni znajomi Flamego, obawiający się, że ujawni niewygodne fakty z ich przeszłości. Jan Kantyka natomiast utrzymywał, że Dadak działał samodzielnie, pod wpływem szoku i prywatnej zemsty za śmierć brata, który miał zginąć w jednej z leśnych potyczek.

Według Kantyki zabójca został skazany na wieloletnie więzienie. Nowsze badania wskazują jednak, że Dadaka uznano za niepoczytalnego, w lutym 1948 r. skierowano do zakładu psychiatrycznego w Branicach, skąd wyszedł już w kwietniu. Śledztwo szybko umorzono, a Dadak wrócił do służby w MO.

Henryk Flame spoczął na cmentarzu miejskim w Czechowicach-Dziedzicach.


IPN szuka ofiar „Lawiny” – Stary Grodków i „Śląski Katyń”

Dzięki wieloletnim badaniom historyków Instytutu Pamięci Narodowej znamy dziś kulisy operacji „Lawina”. W 2020 r. w „Biuletynie IPN” opublikowano obszerny tekst Dariusza Węgrzyna opisujący zdradę „Łamigłowy”, działalność agenta „RR”, rolę Wendrowskiego „Lawiny” i przebieg masakry trzech transportów żołnierzy „Bartka”.

Równolegle IPN prowadzi prace ekshumacyjne w miejscach, gdzie – według ustaleń – zamordowano i zakopano partyzantów. Samodzielny Wydział Poszukiwań IPN pod kierunkiem prof. Krzysztofa Szwagrzyka rozpoczął w Starym Grodkowie badania na terenie dawnego lotniska wojskowego.

Pierwsze szczątki natrafiono 17 marca. Wkrótce odkryto rów o długości około 7 metrów i szerokości 70–80 cm, wypełniony kośćmi ludzkimi. Odnaleziono m.in. 18 czaszek, a łącznie – szczątki co najmniej 20 osób, najpewniej żołnierzy oddziału „Bartka”. Badacze podkreślają, że faktyczna liczba ofiar w tym miejscu może być znacznie większa.

Oprócz szczątków wykopano orzełki z czapek wojskowych, ryngrafy, amunicję, klamry, sprzączki, fragmenty pasów, a także rzeczy osobiste: obrączkę, pierścionek z inicjałami „JW” lub „WJ”, papierośnicę z fragmentem polskiej gazety. Te przedmioty, po konserwacji, mogą pomóc w identyfikacji ofiar.

Mechanizm obrażeń na kościach – rozerwania, zwęglenia, ślady po kulach – odpowiada działaniu potężnych ładunków wybuchowych i dobijaniu postrzałami. W pracach uczestniczyli prokuratorzy Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, archeolodzy, saperzy oraz specjaliści z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu.

Stary Grodków nie jest jedynym miejscem kaźni. Według IPN około 60 ludzi „Bartka” zamordowano w rejonie Barutu, resztę – właśnie koło Starego Grodkowa. Łącznie w trzech transportach we wrześniu 1946 r. zamordowano ok. 90, a według innych szacunków nawet 160–200 żołnierzy NSZ.


Dziedzictwo „Bartka”

Oddział Henryka Flamego był największym antykomunistycznym ugrupowaniem na Górnym Śląsku i w Beskidach. Liczył kilkuset żołnierzy i podobną liczbę współpracowników. Walczył, przeprowadzał brawurowe akcje, jak zajęcie Wisły 3 maja 1946 r., i przez długi czas skutecznie paraliżował działania komunistycznego aparatu.

Operacja „Lawina” – sumą zdrady „Łamigłowy”, cynicznej gry „Lawiny” i bezwzględności UB – złamała ten opór jednym, potwornym ciosem. „Polana śmierci” koło Barutu i masowe groby w Starym Grodkowie stały się symbolem losu żołnierzy, którzy wyruszyli „na Zachód”, a zginęli w mrokach komunistycznej prowokacji.

Reszta zgrupowania ujawniła się w czasie amnestii 1947 r., licząc, że państwo dotrzyma własnych obietnic. Zabójstwo „Bartka” kilka miesięcy później pokazało, jak złudna była ta nadzieja. Dopiero prace IPN, prowadzone dziesięciolecia po zbrodni, przywracają dziś imiona i twarze ludziom, których komuniści chcieli wymazać z pamięci.

Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.

Twoje wsparcie jest bezcenne!

buycoffee.to/dorota-kania

https://patronite.pl/dorota.kania