W historii PRL są chwile, gdy cały misternie budowany gmach władzy zaczyna drżeć od jednego, niespodziewanego ciosu. Dla komunistycznej ekipy rządzącej Polską w latach 50. takim ciosem nie była nota dyplomatyczna Zachodu ani protest w jakimś zakładzie pracy. Tym ciosem okazał się głos człowieka, który jeszcze chwilę wcześniej był jednym z filarów systemu terroru.
5 grudnia 1953 roku na Zachód uciekł Józef Światło – bandyta z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego,
„Jestem Józef Światło. Do niedawna podpułkownik UB, wicedyrektor X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie” – usłyszeli Polacy na falach Radia Wolna Europa pod koniec 1954 roku. Tymi słowami nie tylko się przedstawił. On wystawił akt oskarżenia całemu obozowi władzy.
Nie mówił „zapomniany działacz”. Mówił wysoki oficer resortu, który wiedział wszystko o wszystkich. I postanowił tę wiedzę upublicznić.
Od ideowego komunisty do człowieka, który „znał wszystkie teczki”
Zacznijmy od niewygodnej prawdy: Józef Światło nie był niewinną ofiarą systemu. Był jego świadomym współtwórcą. Urodzony jako Izaak Fleischfarb, przed wojną angażował się w ruch komunistyczny – działał w przybudówce młodzieżowej Komunistycznej Partii Polski. Po klęsce 1939 roku nie szukał drogi na Zachód. Wybrał kierunek przeciwny – na tereny zajęte przez Armię Czerwoną. „Idę tam, gdzie jest moje miejsce” – miał powiedzieć matce. Trudno o bardziej symboliczne zdanie.
Przeszedł przez realia sowieckiego obozu pracy, później trafił do armii „kościuszkowskiej” jako politruk. W komunistycznym aparacie politycznym odnalazł się znakomicie. Po 1944 roku zaczął błyskawiczny marsz w górę po szczeblach bezpieczeństwa. System nagradzał ludzi takich jak on: lojalnych wobec Moskwy, pozbawionych złudzeń, że w polityce istnieje coś takiego jak świętość ludzkiego życia.
Światło budował swoją pozycję dzięki kontaktom z Sowietami – m.in. z Iwanem Sierowem, jednym z najważniejszych nadzorców stalinowskiego aparatu. Obejmował kolejne funkcje w wojewódzkich urzędach bezpieczeństwa w Warszawie, Olsztynie, Krakowie, by ostatecznie wylądować na szczytach: jako zastępca Anatola Fejgina w budzącym grozę X Departamencie MBP – specjalnej strukturze do tropienia „wroga wewnętrznego” w samej partii.
Jeśli istniało miejsce, w którym gromadzono najbardziej poufne informacje o elitach PRL, to był właśnie ten departament. I to na biurko Światły spływały – jak stwierdziła później komisja – wszystkie poważniejsze dokumenty śledcze, agenturalne, archiwalne.
Mówiąc brutalnie: miał w ręku haki na wszystkich.
Nie był przy tym „technicznym urzędnikiem”. Był funkcjonariuszem czynu. brał udział w organizowaniu transportu Wincentego Witosa do Warszawy, gdy komuniści próbowali „legalizować” swoją władzę obecnością autentycznych przywódców ludowych. Dorzucał swoje trzy grosze przy fałszowaniu referendum i wyborów do Sejmu Ustawodawczego, a później uczestniczył w głośnych aresztowaniach: generała Mariana Spychalskiego, byłego sekretarza generalnego PPR Władysława Gomułki, marszałka Michała Roli-Żymierskiego.
Był też obecny przy uderzeniu w Kościół: przy sprawie biskupa Czesława Kaczmarka, przy aresztowaniu prymasa Stefana Wyszyńskiego. To nie był człowiek z marginesu aparatu represji. To był jego rdzeń.
Berlin – miasto, w którym zniknął nie tylko człowiek, ale i spokój władzy
Grudzień 1953 roku. Berlin – miasto podzielone, ale jeszcze nie odgrodzone murem. Zachód i Wschód wciąż łączy sieć metra, jakby zimna wojna nie dotarła pod ziemię. Światło i Fejgin lądują w strefie sowieckiej. Oficjalnie – wizyta służbowa. Nieoficjalnie – misja, której w normalnym państwie wstydzono by się nazwać po imieniu.
Cel: „rozwiązanie problemu” Wandy Brońskiej, komunistki, która uciekła na Zachód i zaczęła współpracę z Radiem Wolna Europa. Dla reżimu – zdrajczyni, której obecność po drugiej stronie frontu była jak drzazga pod paznokciem.
Po rozmowach z enerdowskimi towarzyszami wieczorem wychodzą z hotelu. Metro, szybkie zakupy, drobne przyjemności w mieście, które mimo gruzów żyje zachodnim rytmem. Wchodzą do podziemi, przejeżdżają kilka stacji. Wysiadają. Fejgin idzie do kiosku po papierosy i drobną kombinację z wymianą waluty. Wraca i… świat się zmienił.
Światła nie ma.
Nie ma go na rogu, nie ma go pod kioskiem, nie ma w metrze. Znika jak kamień wrzucony w wodę. Bez śladu.
Dla zwykłego turysty – kryminał.
Dla komunistycznego państwa – katastrofa.
Władza w Warszawie tłumaczy zniknięcie porwaniem, morderstwem, spiskiem imperializmu. W rzeczywistości stanie się coś dużo gorszego: Światło nie ginie. Światło zaczyna mówić.
„Za kulisami bezpieki i partii” – czyli kiedy funkcjonariusz włącza reflektor
To, co następuje później, jest jednym z najciekawszych paradoksów zimnej wojny. Oto człowiek, który przez lata nadzorował podsłuchy, aresztowania, wymuszanie zeznań, nagle siada po drugiej stronie mikrofonu i zaczyna opowiadać o mechanizmach systemu, który sam współtworzył.
Jesienią 1954 roku, po miesiącach przesłuchań w USA, Światło staje przed mikrofonami Radia Wolna Europa i innych zachodnich rozgłośni. Na konferencjach prasowych i w serii audycji wyjaśnia, jak naprawdę funkcjonuje PRL. Nie jako zawiedziony idealista, ale jako człowiek, który był przy tym wszystkim w pierwszym rzędzie.
Formułuje oskarżenie miażdżące: Polska Ludowa jest w istocie rządzona przez agenturę Kremla, która traktuje aparat bezpieczeństwa jak własną prywatną policję. Partia, która nazywa się robotniczą, w praktyce jest kastą żyjącą w luksusie, oddaloną od zwykłych ludzi o lata świetlne.
Padają konkretne nazwiska, konkretne sytuacje, szczegóły procesów politycznych, opis fałszowania referendum, wyborów, konstruowania aktów oskarżenia. W audycjach pojawiają się też fragmenty, które trafiają w wyobraźnię przeciętnego słuchacza – obrazy żon partyjnych dygnitarzy chodzących w futrach i eleganckiej bieliźnie, gdy robotnikowi po kartkach zostaje w portfelu pustka.
To są opowieści z pierwszej ręki. Nic dziwnego, że dla władz PRL brzmią jak zdrada doskonała. W komunikacie PAP Światło zostaje natychmiast nazwany „prowokatorem i agentem wywiadu amerykańskiego”. Problem w tym, że to nie mechanizm tej rzekomej „prowokacji” boli najbardziej. Boli fakt, że za dużo się zgadza.
Do Polaków docierają nie tylko audycje, ale i dziesiątki, setki tysięcy broszur wydawanych na Zachodzie i przerzucanych przez „żelazną kurtynę”. Głos Światły przestaje być jedynie głosem w eterze. Staje się materiałem, który krąży z rąk do rąk, który się cytuje, przepisuje, przytacza szeptem w kolejkach, na imieninach, w kolejce po mięso.
Czy to Światło przyspieszył koniec stalinowskiego terroru?
Tu dochodzimy do zasadniczego pytania: na ile to, co zrobił Światło, rzeczywiście zmieniło bieg historii? A na ile było tylko katalizatorem procesów, które i tak by się wydarzyły po śmierci Stalina?
Bez wątpienia, sytuacja w całym bloku wschodnim po marcu 1953 roku była inna. Śmierć „wodza narodów”, upadek i rozstrzelanie Ławrientija Berii w ZSRR wywołały turbulencje także w satelickich aparatach bezpieczeństwa. System zaczął szukać dla siebie miększej, bardziej „cywilizowanej” formy – przynajmniej w deklaracjach.
Jednak w Polsce ucieczka Światły i jego publiczne wypowiedzi zadziałały jak uderzenie młotem – nagłe, głośne, nie do zignorowania. Władza straciła monopol na narrację o samej sobie. Jej sekrety – dotąd pilnie strzeżone – zostały wyniesione na zewnątrz przez człowieka, któremu do niedawna wszystko powierzano.
Reakcja była natychmiastowa:
– redukcje kadr MBP,
– „samokrytyki” funkcjonariuszy,
– zakazy tortur w oficjalnych instrukcjach,
– wreszcie: likwidacja X Departamentu, odsunięcie najważniejszych ludzi bezpieki od stanowisk i rozwiązanie samego ministerstwa w grudniu 1954 roku.
Czy zrobiono to z troski o praworządność? Oczywiście, że nie.
Zrobiono to ze strachu. Przed tym, co jeszcze może powiedzieć człowiek, którego nie udało się zatrzymać w Berlinie.
Atmosfera w aparacie bezpieczeństwa stała się nerwowa. W wewnętrznych raportach notowano rosnący niepokój, funkcjonariusze szeptem powtarzali „rewelacje z radia”. Tajni współpracownicy pytali, czy Światło znał ich nazwiska i czy wkrótce nie usłyszą ich w audycjach.
Można więc powiedzieć tak:
– śmierć Stalina otworzyła drogę do pewnego złagodzenia systemu,
– ucieczka Światły przyspieszyła procesy, których władza jeszcze nie chciała przyznać ani sobie, ani społeczeństwu.
Dla Polaków był to sygnał: „oni też się boją”.
Kat, świadek, zdrajca, źródło
Światło był cynikiem, który zorientował się, że w systemie zaczyna się czystka i wolał wykonać ruch uprzedzający – zanim sam stanie się ofiarą.
Jego życiorys jest obciążony zbrodnią. Uczestniczył w budowie reżimu, w którym tortury, zastraszanie i morderstwa polityczne były codziennym narzędziem. Korzystał z pozycji, przywilejów, możliwości, jakie dawała rola „człowieka od czarnej roboty”.
To, co mówił, nie było teoretyczną analizą. Było opisem z wnętrza maszyny.
Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
Twoje wsparcie jest bezcenne!
buycoffee.to/dorota-kania
