Strajk, masakra, rozkazy i bezkarność. Nikt nie został ukarany
14 grudnia 1970 roku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina wybuchł strajk. Bezpośrednim zapalnikiem były ogłoszone kilka dni wcześniej podwyżki cen artykułów pierwszej potrzeby, przede wszystkim żywności. Protest w Gdańsku uruchomił lawinę strajków i manifestacji ulicznych, które objęły większość Wybrzeża i szybko przybrały formę robotniczego buntu. Komunistyczne państwo odpowiedziało w jedyny sposób, który miało przećwiczony do perfekcji: siłą.
To nie była „awantura chuliganów”, jak powtarzała propaganda PRL. To był krzyk społeczeństwa, któremu kazano płacić więcej, żyć gorzej i jeszcze dziękować za „ludową władzę”. A gdy ludzie wyszli na ulice — władza wysłała przeciw nim wojsko.
Podwyżki cen: decyzja zapadła wcześniej, gotowość siłowa też
12 grudnia 1970 r. I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka w przemówieniu radiowo-telewizyjnym poinformował Polaków o zmianach cen. Podwyżki miały objąć 45 grup towarów, głównie spożywczych. Najbardziej uderzały w tych, którzy już żyli na granicy biedy.
W tle widać coś jeszcze: to nie był spontaniczny „błąd” rządu, tylko plan, do którego przygotowywano się z wyprzedzeniem. Decyzję o podwyżce cen podjęto 30 listopada 1970 r. na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR. Od 8 grudnia w MON i MSW trwały przygotowania pod hasłem „ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego”, a 11 grudnia jednostki MSW postawiono w stan pełnej gotowości.
12 grudnia wieczorem radio podało informacje o podwyżkach cen żywności, średnio ok. 23% (m.in. mąka ok. 17%, ryby ok. 16%, dżemy i powidła ok. 36%). 13 grudnia komunikaty o podwyżkach przyniosła prasa. Społeczeństwo zareagowało natychmiast: wiece, narady, wściekłość. Żądano cofnięcia podwyżek, naprawy systemu płac (zwłaszcza premii) oraz odsunięcia od władzy tych, którzy firmowali decyzję — wymieniano m.in. Gomułkę, Cyrankiewicza i Kociołka.
14 grudnia: Stocznia Gdańska staje, miasto wychodzi na ulice
W poniedziałek 14 grudnia robotnicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina odmówili pracy. Około godziny 10:00 rozpoczął się wiec, w którym uczestniczyły tysiące ludzi domagających się zniesienia podwyżek i zmian personalnych. Wielotysięczny tłum ruszył też pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, domagając się rozmów.
Negocjacje nie ruszyły. Zaczęły się pierwsze starcia z Milicją Obywatelską. Po południu i wieczorem w manifestacjach w centrum Gdańska brały udział już tysiące osób. Do akcji wchodziły większe oddziały MO i wojska — używano gazu łzawiącego, petard i pałek.
Politechnika i studenci
Tego dnia stoczniowcy próbowali też rozmawiać na Politechnice Gdańskiej. Doszło do szarpaniny na schodach Gmachu Głównego. Planowany wiec na dziedzińcu uczelni ostatecznie się nie odbył, a zebrani ruszyli pochodem do Gdańska. W okolicach wiaduktu Błędnik doszło do pierwszych ostrych starć z MO. W wiecach na placu przed dworcem i budynkiem KW PZPR uczestniczyli również studenci PG i Akademii Medycznej.
15 grudnia: strajk powszechny i decyzja w Warszawie — można strzelać
We wtorek 15 grudnia ogłoszono strajk powszechny. Do protestu dołączały kolejne zakłady w Gdańsku, robotnicy gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej oraz pracownicy elbląskiego Zamechu. Powołano komitet strajkowy; pojawiają się w nim m.in. nazwiska Zbigniewa Jarosza, Jerzego Górskiego, Stanisława Oziębły, Ryszarda Podhajskiego, Kazimierza Szołocha, Lecha Wałęsy i Zofii Zejser.
Gdy demonstranci ruszyli pod KW PZPR, władze postanowiły nie dopuścić tłumu pod budynek. Użyto pałek i gazu, co tylko dolało benzyny do ognia. Walki uliczne narastały, a późnym wieczorem doszło do podpalenia gmachu KW PZPR w Gdańsku. Ogłoszono strajk okupacyjny. Wojsko i milicja blokowały porty oraz stocznie.
Najważniejsza decyzja zapada w Warszawie
Od rana w Warszawie obradował najwyższy sztab kryzysowy pod przewodnictwem Gomułki. Zapadła decyzja, która przesądziła o dramacie: zezwolono na użycie broni. Na Wybrzeże ściągano jednostki pancerne i zmotoryzowane.
Według oficjalnych komunikatów w starciach zginęło 6 osób, a około 300 zostało rannych. Płonęły i były niszczone m.in. budynki KW PZPR, Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych, NOT oraz Dworzec Główny. Wprowadzono też godzinę milicyjną od 18:00 do 6:00.
Gdynia: postulaty, obietnice i nocne aresztowania
W Gdyni spisano zestaw głównych postulatów i przekazano je władzom miejskim. Dotyczyły m.in. podwyższenia płac, minimalnego wynagrodzenia (zwłaszcza dla najsłabiej zarabiających kobiet), ograniczenia rozpiętości zarobków oraz zmian w świadczeniach chorobowych. W zamian żądano rozejścia się demonstrantów. Nocą jednak aresztowano członków komitetu strajkowego.
Noc 15/16 grudnia: blokada i okrążenie
W nocy z 15 na 16 grudnia wojsko obsadziło kluczowe punkty w Gdańsku i zablokowało stocznię oraz port. W Gdyni zatrzymano komitet strajkowy mimo wcześniejszych rozmów z władzami miejskimi. Miasta zaczęły wyglądać jak teren operacji wojskowej, nie jak „przywracanie ładu”.
16 grudnia: strzały w Gdańsku
Przez cały dzień 16 grudnia trwały demonstracje w Gdańsku. Stocznia była zablokowana. Gdy robotnicy próbowali wyjść na ulice, wojsko otworzyło ogień. Padają relacje o zabitych i rannych.
W Szczecinie telewizja określała wydarzenia mianem „chuligaństwa”. Propaganda miała przykryć rzeczywistość: robotnicy domagali się chleba i godności, a władza odpowiadała przemocą.
Czarny czwartek 17 grudnia: masakra w Gdyni
17 grudnia 1970 r. doszło do tragedii, która na zawsze pozostanie symbolem Grudnia ’70. Dzień wcześniej wicepremier Stanisław Kociołek w telewizji wzywał ludzi do powrotu do pracy. Rankiem, około 6:00, gdy robotnicy szli z dworca w stronę stoczni, wojsko otworzyło ogień.
Padli zabici i ranni. Starcia trwały do wieczora. Do demonstrantów strzelano z ziemi i — według relacji — także z powietrza. Zatrzymanych traktowano brutalnie; pobicia i upokorzenia były częścią „porządku”, który przywracano.
W centrum Gdyni uformował się pochód z biało-czerwonymi flagami. Na drzwiach niesiono ciało zabitego młodego mężczyzny — Zbyszka Godlewskiego — za nim szły flagi splamione krwią. Pochód dotarł pod urząd miejski przy ul. Świętojańskiej, gdzie doszło do kolejnych starć. Na ulicach Słupska i Elbląga trwały demonstracje.
Szczecin płonie: tłum, strzały i broń maszynowa
W Szczecinie do protestu dołączyli pracownicy Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. W centrum, przed budynkiem KW PZPR, zebrał się ogromny tłum. Gdy nie doszło do rozmów, demonstranci wdarli się do środka, demolowali i podpalali gmach. Próby rozproszenia zgromadzenia doprowadziły do gwałtownych starć. Zaatakowano również obiekt Komendy Wojewódzkiej MO. W pewnym momencie milicja i wojsko otworzyły ogień, a zamieszki tłumiono seriami z broni maszynowej. Wydarzenia trwały do późnego wieczora; atakowano m.in. prokuraturę i więzienie, demolowano sklepy. W relacjach pojawia się informacja o licznych ofiarach, także przypadkowych.
18–22 grudnia: pacyfikacja i stan wyjątkowy w praktyce
18 grudnia stocznie były otaczane przez wojsko, w Elblągu doszło do starć po użyciu siły. Protesty pojawiały się także w innych miastach Polski (m.in. Warszawa i Wrocław), lecz miały mniejszą skalę i krótszy przebieg. 19 grudnia trwał już głównie strajk w Szczecinie, wygaszany do 22 grudnia. W Gdańsku i Gdyni stocznie i porty nie pracowały, a w objętych buntem miastach obowiązywały rozwiązania przypominające stan wyjątkowy: blokady, patrole, godziny milicyjne, zastraszanie.
Rozkaz, propaganda i mechanika śmierci: jak państwo PRL tłumiło protest
Kluczowe decyzje zapadały w ścisłym kierownictwie PZPR. W przekazach dotyczących reakcji władz pojawia się opis, że Biuro Polityczne miało wydać rozkaz użycia broni palnej przeciw demonstrantom. Wśród nazwisk wymienianych w tym kontekście pojawiają się m.in.: Władysław Gomułka, Marian Spychalski, Józef Cyrankiewicz, Ignacy Loga-Sowiński, Mieczysław Moczar, Wojciech Jaruzelski, Alojzy Karkoszka, Zenon Kliszko, Kazimierz Świtała, Tadeusz Pietrzak.
Władza miała instruować, by po salwie ostrzegawczej strzelać „w nogi”. W praktyce wielu żołnierzy i milicjantów strzelało jednak na wprost, a nawet strzały oddawane „pod nogi” rykoszetowały od bruku, powodując ciężkie, często śmiertelne rany. Równolegle działała propaganda: żołnierzy miało się przekonywać, że jadą tłumić wystąpienia „wrogich elementów”, padały też hasła o „gdańskich Niemcach” — mechanizm był prosty: zdehumanizować protestujących, żeby łatwiej pociągnąć za spust.
Na Wybrzeże skierowano ogromne siły. W relacjach pojawiają się liczby setek czołgów i transporterów oraz dziesiątek tysięcy żołnierzy. Miasta zostały spacyfikowane, a nadzór nad operacją sprawowali najwyżsi rangą przedstawiciele aparatu.
Bilans ofiar: liczby różnią się w zależności od źródła
W przypadku Grudnia ’70 często pojawiają się różne bilanse, zależnie od przyjętego zestawu danych.
- W wielu opracowaniach i przekazach funkcjonuje liczba 45 zabitych na Wybrzeżu oraz około 1 165 rannych, a także około 3 tysięcy zatrzymanych (często po pobiciach).
- W innych zestawieniach pojawia się liczba 41 ofiar śmiertelnych z rozbiciem na miasta (np. Elbląg, Gdańsk, Szczecin, Gdynia), przy podobnej liczbie rannych (ok. 1 164) i zatrzymanych (ponad 3 tys.).
Różnice biorą się m.in. z tego, czy dane obejmują wyłącznie ofiary bezpośredniego ostrzału, czy także zgony w wyniku starć, pobić i „wypadków” towarzyszących pacyfikacji.
Czy Grudzień ’70 był wykorzystany w rozgrywkach w PZPR?
Część historyków wskazuje, że dramatyczna liczba ofiar mogła zostać użyta jako narzędzie w wewnętrznej walce frakcyjnej. W tle miał istnieć rozbity ośrodek decyzyjny, rywalizujące grupy interesów i chaos kompetencyjny. Efekt był politycznie oczywisty: Gomułka upadł, a 20 grudnia 1970 r. zastąpił go Edward Gierek.
To jednak nie cofa kul, nie przywraca życia i nie zmienia podstawowego faktu: państwo PRL strzelało do robotników.
Protesty poza Wybrzeżem: Polska nie była cicha
Z dokumentów i ustaleń historyków wynika, że grudniowe zajścia nie ograniczały się do Trójmiasta i Szczecina. Dochodziło do demonstracji i strajków także w innych miastach — w relacjach pojawiają się m.in. Kraków i Wałbrzych. Skala w głębi kraju bywa szacowana na dziesiątki tysięcy strajkujących.
Odpowiedzialność dygnitarzy: długo nie było żadnej kary
Do upadku PRL nikt z decydentów nie poniósł odpowiedzialności za Grudzień ’70. Symbolicznie władza próbowała przykryć tragedię gestami: Gierek spotkał się z robotnikami i mówił o „błędach” oraz „ludzkich rządach”. Gomułka także nie wziął winy na siebie, a w późniejszej korespondencji miał przedstawiać swoją wersję decyzji o użyciu broni, podkreślając „strzelanie w nogi” — jakby to miało unieważnić fakt, że państwo kazało strzelać do obywateli.
Po 1989 roku: śledztwo rusza, ale od początku idzie pod górę
Upadek komunizmu otworzył drogę do śledztwa w sprawie masakry Grudnia ’70 — wydarzeń, w których w wyniku działań wojska i milicji zginęło 45 osób, a 1165 zostało rannych. W październiku 1990 r. postępowanie wszczęła Prokuratura Marynarki Wojennej w Gdyni. I już sam ten fakt budził kontrowersje: była to instytucja kojarzona z bezwzględnym ściganiem opozycjonistów w stanie wojennym.
Problemów było więcej. Prokurator prowadzący, Jan Siemianowski, nie miał wcześniej związków z Wybrzeżem — musiał więc od zera poznawać teren, topografię miejsc starć, lokalne realia i skomplikowaną strukturę dowodzenia w 1970 roku. Nie bez znaczenia pozostawało też to, że pracownicy prokuratury wojskowej jeszcze niedawno byli formalnie podwładnymi gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Sam Siemianowski przyznawał w wywiadach, że część wojskowych prokuratorów w ogóle nie chciała brać udziału w śledztwie.
Do tego dochodził mur milczenia i „niepamięci”. Świadkowie potrafili mataczyć, a byli dowódcy wojskowi zeznawali, że… nie mieli pojęcia, iż w grudniu 1970 roku były ofiary śmiertelne wśród cywilów. Prokuratorzy mieli też kłopoty z dotarciem do niektórych świadków, bo MON — kierowane wówczas nadal przez gen. Floriana Siwickiego — nie podawało aktualnych adresów części oficerów biorących udział w pacyfikacji.
Zarzuty i umorzenia: bezkarność „na starcie”
W kwietniu 1993 r. prokurator Siemianowski postawił zarzuty m.in. gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, gen. Stanisławowi Kruczkowi, gen. Mieczysławowi Urbańskiemu, płk. Kazimierzowi Świtale, mjr. Wiesławowi Gopowi i Stanisławowi Kociołkowi. Nie udało się jednak ustalić, kto konkretnie strzelał do manifestantów — i we wrześniu 1993 r. wydano postanowienie o częściowym umorzeniu śledztwa.
W sentencji zapisano, że z powodu niewykrycia sprawców umorzono postępowanie wobec żołnierzy i milicjantów, którzy w dniach 15–18 grudnia 1970 r. w Gdańsku, Gdyni, Elblągu i Szczecinie strzelali do demonstrantów. Innymi słowy: bezpośredni wykonawcy masakry stali się bezkarni już na początku.
Tym samym postanowieniem umorzono także wątek wobec dwunastu nieżyjących już wtedy, wysokich rangą urzędników i oficerów zaangażowanych w pacyfikację: m.in. Władysława Gomułki, Józefa Cyrankiewicza, gen. Mieczysława Moczara, Zenona Kliszki, gen. Grzegorza Korczyńskiego, gen. Bolesława Chochy i innych.
Przełom: „zniszczone” akta, które jednak przetrwały
W październiku 1993 r. minister sprawiedliwości i prokurator generalny Jan Piątkowski odebrał śledztwo prokuraturze wojskowej i przekazał je Prokuraturze Wojewódzkiej w Gdańsku. Kierujący nią prokurator Leszek Lackorzyński powierzył sprawę prok. Bogdanowi Szegdzie i prok. Maciejowi Schulzowi — ale nawet im wgląd w dokumenty zebrane przez prokuraturę wojskową umożliwiono dopiero po pół roku. Na dodatek w sierpniu 1994 r. Lackorzyński został zawieszony przez nowego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w rzadzie SLD-PSL Włodzimierza Cimoszewicza – byłego członka PZPR, zarejestrowanego jako Tajny Współpracownik komunistycznej bezpieki o pseudonimie Carex.
A jednak w międzyczasie nastąpił kluczowy zwrot. W kwietniu 1994 r., jak wspominał prokurator Lackorzyński, za pośrednictwem dwojga dziennikarzy trafiły do niego akta śledztwa prowadzonego w Gdyni w 1971 roku. Dokumenty miały zostać zniszczone, ale ktoś zdążył je wcześniej podmienić i ocalić. W środku znajdowały się m.in. protokoły sekcji zwłok oraz pociski wyjęte z ciał zabitych robotników.
To nie był detal. To był taran w mur „niepamięci”.
Dowody miały podważać fundamentalną tezę, którą przyjęła prokuratura wojskowa: że nikt nie strzelał w tłum, a ofiary miały ginąć od rykoszetów. W aktach znajdowały się pociski, które — według relacji prokuratorskich — nie nosiły zniekształceń typowych dla rykoszetów. Innymi słowy: wracało pytanie, którego przez lata nikt nie chciał wypowiedzieć głośno:
Akt oskarżenia 1995: lista nazwisk i wielki proces, który nie mógł ruszyć
W kwietniu 1995 r. prokurator Bogdan Szegda skierował do Sądu Okręgowego w Gdańsku akt oskarżenia przeciwko dwunastu byłym członkom władz państwowych oraz oficerom MON i MSW. Wśród oskarżonych znaleźli się m.in.:
- Wojciech Jaruzelski – minister obrony narodowej,
- Kazimierz Świtała – minister spraw wewnętrznych,
- Stanisław Kociołek – wiceprezes Rady Ministrów,
- Tadeusz Tuczapski – wiceminister obrony narodowej,
- Józef Kamiński – dowódca Pomorskiego Okręgu Wojskowego,
- Stanisław Kruczek – dowódca 8. Dywizji Zmechanizowanej,
- Edward Łańcucki – dowódca 16. Dywizji Pancernej,
- Mirosław Wiekiera, Wiesław Gop, Władysław Łomot, Bolesław Fałdasz, Karol Kubalica.
Prokurator wniósł jednocześnie o przesłuchanie 1091 świadków. Skala sprawy była więc ogromna. I właśnie wtedy okazało się, że w kwestii Grudnia ’70 wymiar sprawiedliwości wolnej Polski potrafi działać… z zadziwiającą niemocą.
Według relacji prokuratora Lackorzyńskiego sąd miał kilkukrotnie próbować „zablokować” start procesu: raz argumentując, że akta są niekompletne i należy je zwrócić do prokuratury, innym razem, że Jaruzelskiego powinien sądzić sąd wojskowy, a nie cywilny, a w kolejnym podejściu — że sprawa powinna trafić przed Trybunał Stanu. Każdorazowo dopiero instancja odwoławcza uchylała te decyzje.
Oskarżeni konsekwentnie nie przyznawali się do winy. W ich postawie nie było skruchy — raczej przekonanie, że wykonywali „służbowy obowiązek”.
Jaruzelski na pierwszym planie: przerzucanie winy i minimalizowanie roli
Największe zainteresowanie opinii publicznej skupiało się na gen. Jaruzelskim. W relacjach z procesu powraca motyw, że niemal od początku starał się zrzucać odpowiedzialność na innych — szczególnie na tych, którzy już nie żyli i nie mogli się bronić: Gomułkę, Cyrankiewicza, Korczyńskiego, Chochę. Równocześnie konsekwentnie próbował pomniejszać własną rolę w operacji z grudnia 1970 roku.
Co istotne, w zeznaniach pojawiała się rozbieżność: część dawnych podwładnych miała twierdzić, że to właśnie Jaruzelski dowodził całością operacji wojskowych. Ta sprzeczność narastała do tego stopnia, że stała się nawet elementem symbolicznych gestów na sali rozpraw.
Gra na czas: choroby, niepamięć, proceduralne miny
Pierwsza rozprawa odbyła się w marcu 1996 r. Mimo medialnego rozgłosu proces od razu ugrzązł — na salę nie dotarło kilku oskarżonych. Jaruzelski oświadczył wtedy, że za Grudzień ’70 nie odpowiada „ani prawnie, ani moralnie”.
Miesiąc później sąd umorzył postępowanie wobec Jaruzelskiego i Świtały, uznając, że może ich sądzić tylko Trybunał Stanu. Decyzja wywołała ostrą krytykę. Dziennikarka Wiesława Kwiatkowska nagłośniła wówczas informację, że tuż przed ogłoszeniem postanowienia sędzia prowadzący sprawę miał pojechać do Warszawy na specjalne konsultacje. Werdykt został skompromitowany i w czerwcu 1996 r. uchylony przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku.
Ale w tej historii najbardziej uderza coś innego: to nie system pospieszył, by wyjaśnić masakrę. To system — w praktyce — zaczął dusić tych, którzy o niej mówili.
Wiesława Kwiatkowska: dziennikarka, którą karano za Grudzień ’70 dwa razy
Sąd Okręgowy poczuł się zniesławiony publikacjami Kwiatkowskiej. Efekt? Wytoczono jej osobny proces, zakończony wyrokiem: kara pieniężna i 3 miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Dodatkowej goryczy dodawał fakt, że sędzia, którego dotyczyły kontrowersje, wystąpił jako oskarżyciel posiłkowy i miał domagać się nawet zakazu wykonywania zawodu.
Kwiatkowska była już wcześniej represjonowana za zajmowanie się Grudniem ’70: w czasie stanu wojennego Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni skazał ją na 5 lat więzienia za zbieranie informacji o grudniowej masakrze. W PRL takie wyroki były logiczną częścią systemu. W III RP — wyglądało to jak ponura groteska.
Przeniesienie do Warszawy: wygoda oskarżonych ważniejsza niż świadków
Z biegiem czasu oskarżeni coraz częściej zasłaniali się złym stanem zdrowia i „niepamięcią”. W marcu 1997 r. wyłączono do odrębnego postępowania pięciu oskarżonych z powodów zdrowotnych. W czerwcu 1998 r. odczytano akt oskarżenia; na ławie oskarżonych zasiadało wtedy siedem osób.
Wydawało się, że proces wreszcie ruszy — ale w listopadzie 1999 r. Sąd Najwyższy orzekł, że sprawę należy przenieść do Sądu Okręgowego w Warszawie. Oficjalny powód: stan zdrowia części oskarżonych, w tym Jaruzelskiego.
Znamienne było to, że idąc na rękę oskarżonym, nie uwzględniono kosztu, który przerzucano na drugą stronę: po przenosinach to świadkowie z Wybrzeża mieli dojeżdżać na rozprawy do stolicy. Ich zdrowie i wygoda nie stały się argumentem, który potrafiłby zatrzymać decyzję.
Pierwsza rozprawa w Warszawie odbyła się dopiero w październiku 2001 r.. Po drodze mnożyły się wnioski: o umorzenie, o zwrot akt, o pytania do Trybunału Stanu, czy członkowie rządu mogą odpowiadać przed sądem powszechnym. Gdy kolejne próby wyhamowania sprawy upadały, obrońcy Jaruzelskiego wycofali się, a generał wystąpił o obrońców z urzędu. Nowi obrońcy składali wnioski o odroczenia, potem o cofnięcie sprawy do prokuratury. Mechanizm był prosty: czas miał być sprzymierzeńcem.
Skandal 2005: „zły stan zdrowia”, a jednak Moskwa
Jednym z najmocniej komentowanych epizodów był 8 maja 2005 r. Jaruzelski nie stawił się na rozprawę, tłumacząc to problemami zdrowotnymi — ale w tym samym czasie miał przebywać w Moskwie na wielogodzinnych uroczystościach rocznicowych końca II wojny światowej. Dla wielu obserwatorów był to moment, w którym argument „zdrowotny” zaczął brzmieć jak narzędzie procesowej taktyki, a nie obiektywna przeszkoda.
Finał: wyrok 2013, apelacje, kasacja i śmierć Kociołka
Od 2008 r. na ławie oskarżonych zasiadało już tylko sześć osób, a od 2011 r. — trzy. W 2011 roku proces musiał ruszyć od nowa z przyczyn proceduralnych: po śmierci jednego z ławników nie było „rezerwowych”, mimo wcześniejszych wniosków prokuratury.
W maju 2014 r. zmarł gen. Jaruzelski (w praktyce wcześniej wyłączony z procesu z powodów zdrowotnych).
Na początku 2013 r. odbyły się ostatnie rozprawy. Prokuratura domagała się kar: 8 lat więzienia i 10 lat pozbawienia praw obywatelskich. Obrońcy żądali uniewinnienia.
Wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie z kwietnia 2013 r. zaskoczył większość obserwatorów: Stanisław Kociołek został uniewinniony, a dwóch oficerów Wojska Polskiego skazano na 2 lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata — jednak nie za udział w zabójstwie, lecz za udział w pobiciu ze skutkiem śmiertelnym. Wyrok wywołał burzę. Prokuratura wniosła apelację, ale w czerwcu 2014 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał rozstrzygnięcie.
Dopiero w kwietniu 2015 r. Sąd Najwyższy uwzględnił kasację prokuratora Szegdy, uchylając wcześniejsze wyroki i otwierając możliwość dalszego sądzenia Kociołka. Wydawało się, że historia jeszcze raz wróci na wokandę. Ale ostatecznie zakończyła ją śmierć Stanisława Kociołka w październiku 2015 r.
„Zbrodnia bez kary” — najgorszy wyrok to ten, którego nie ma
Przebieg postępowania zaskoczył wielu uczestników i obserwatorów, ale najbardziej uderzył w tych, którzy i tak zapłacili najwyższą cenę: rodziny zabitych. Czekali dekady. Czekali na jasne wskazanie winy, na nazwanie odpowiedzialności, na coś, co w normalnym państwie jest elementarną funkcją wymiaru sprawiedliwości.
Zamiast tego dostali proces, który trwał latami, rozszczepiał się na procedury, tonął w wnioskach, chorobach, „niepamięci” i przenosinach — aż w końcu zabrakło czasu. I ludzi. I możliwości.
Dlatego tytuł wraca jak refren, którego nie da się zagłuszyć:
Grudzień ’70 to zbrodnia — i dla wielu pozostanie zbrodnią bez kary.
Źródła: Materiały IPN, Muzeum Historii Polski
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
