Proces toruński – reżyserowany spektakl władzy

Proces zabójców księdza Jerzego Popiełuszki rozpoczął się 27 grudnia 1984 roku przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. Już od pierwszego dnia było jasne, że nie będzie to zwykła rozprawa karna, lecz starannie wyreżyserowany przez władze PRL spektakl, którego scenariusz miał ograniczyć odpowiedzialność aparatu państwowego do wąskiego kręgu „wykonawców”. Proces „ochraniali” funkcjonariusze SB i milicjanci, którzy w III RP zrobili kariery w policji jak np. Jerzy Chybiński ps. Zwierzak.

Pięcioosobowemu składowi sędziowskiemu przewodniczył Artur Kujawa. Akt oskarżenia odczytał prokurator Leszek Pietrasiński, wskazując czterech funkcjonariuszy Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, związanych z Departamentem IV, odpowiedzialnym za walkę z Kościołem i związkami wyznaniowymi. Na ławie oskarżonych zasiedli:
Grzegorz Piotrowski,
Leszek Pękala,
Waldemar Chmielewski,
oraz ich przełożony – Adam Pietruszka, zastępca dyrektora Departamentu IV MSW.

Jeszcze przed rozpoczęciem procesu, na mocy decyzji ministra spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak, Piotrowski, Pękala i Chmielewski zostali zdegradowani do stopnia szeregowca i wydaleni z Milicji Obywatelskiej – gest czysto propagandowy, mający stworzyć wrażenie zdecydowanej reakcji władzy.


Proces pod pełną kontrolą

Dzięki pełnej dokumentacji audiowizualnej, zachowanej dziś w Instytut Pamięci Narodowej (sygn. IPNBU 2362), przebieg procesu można odtworzyć niemal minuta po minucie. Materiały te potwierdzają to, co od początku było oczywiste dla obserwatorów i strony społecznej: proces był sterowany.

Pełnomocnikami oskarżycieli posiłkowych byli wybitni prawnicy i późniejsze postacie życia publicznego: Jan Olszewski, Edward Wende, , Andrzej Grabiński, Krzysztof Piesiewicz. Gdy chcieli przesłuchać Piotrowskiego, oskarżony skorzystał z prawa do odmowy składania wyjaśnień. Mimo to obrońcy zgłosili wolę zadawania pytań – nawet bez odpowiedzi.

Wówczas sędzia Kujawa zastosował bezprecedensowe rozwiązanie: zakazał zadawania jakichkolwiek pytań, wprowadzając de facto prewencyjną cenzurę procesową. Równie szczelnie kontrolowany był przekaz medialny. Na salę rozpraw dopuszczano wyłącznie wyselekcjonowanych dziennikarzy, a w „Dzienniku Telewizyjnym” emitowano jedynie fragmenty zgodne z linią propagandową. Pełny przekaz trafiał tzw. twardymi łączami do Warszawy, gdzie specjalny zespół analizował przebieg rozpraw i przekazywał bieżące dyrektywy.

Jak relacjonował Jan Olszewski, schemat był powtarzalny: jedno lub dwa pytania na drażliwy temat, przerwa zarządzona przez sąd, po której świadek – wcześniej zdezorientowany – wracał z gotowymi, płynnymi odpowiedziami.


Ograniczanie obrony i proceduralne pułapki

Pełnomocnicy oskarżycieli posiłkowych musieli mierzyć się z kolejnymi barierami. Dostęp do akt – liczących kilkadziesiąt tomów – został ograniczony do kilku godzin w prokuraturze. Gdy sprawa trafiła do sądu, rozprawy wyznaczono niemal natychmiast, a proces toczył się dzień po dniu przez pięć tygodni.

Na polecenie sędziego Kujawy z sali rozpraw usunięto osobę sporządzającą notatki dla pełnomocników. Wgląd do protokołów możliwy był wyłącznie w godzinach pracy sekretariatu – czyli w czasie, gdy adwokaci uczestniczyli w rozprawach. Dodatkowym straszakiem był przepis pozwalający sądowi ograniczyć, a nawet wykluczyć pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego, jeśli uznał on jego działania za „utrudniające prowadzenie rozprawy”.


Próby demaskowania fikcji

Mimo tych ograniczeń pełnomocnicy podejmowali próby obnażenia fikcji procesu. Kluczowe pytanie brzmiało: kto był rzeczywistym inspiratorem zbrodni? Jan Olszewski, analizując akta Piotrowskiego, natrafił na wyciąg z konta PKO zawierający ruble dewizowe – ślad kontaktów i wyjazdów do ZSRS. Gdy próbował wrócić do tego wątku na sali sądowej, dokumenty zniknęły z akt, a Piotrowski zaprzeczył jakimkolwiek związkom z ZSRR.

Podobnie kompromitujący był dowód rzeczowy w postaci orzełka, który rzekomo odpadł z czapki Chmielewskiego podczas porwania. Ekspertyza wykazała, że był to wzór nieużywany w ówczesnych mundurach MO.


Wyroki i ich konsekwencje

7 lutego 1985 roku zakończył się tzw. proces toruński. Zapadły wyroki:
– Grzegorz Piotrowski – 25 lat więzienia,
– Adam Pietruszka – 25 lat więzienia (sprawstwo kierownicze),
– Leszek Pękala – 15 lat więzienia,
– Waldemar Chmielewski – 14 lat więzienia.

Żaden ze skazanych nie odbył kary w całości. Amnestie z lat 1986–1987, wprowadzane m.in. na wniosek Czesława Kiszczaka, drastycznie obniżyły wymiar kar. Piotrowski wyszedł na wolność w 2001 roku, Pietruszka w 1995, Pękala w 1990, a Chmielewski w 1993. Co więcej, wszyscy zostali zwolnieni z MO w trybie „zwykłego zwolnienia z pracy”, z odprawami sięgającymi kilkuset procent miesięcznego uposażenia.


Kim byli zabójcy?

Chmielewski pochodził z rodziny głęboko osadzonej w aparacie represji – jego dziadek był funkcjonariuszem UB, a ojciec Zenon należał do czołowych oficerów Departamentu IV MSW i współorganizował inwigilację Kościoła, w tym kard. Stefana Wyszyńskiego.

Karierę Piotrowskiego w SB umożliwił jego teść, Jan Pietrzak, wieloletni funkcjonariusz MO. Piotrowski był członkiem PZPR, studiował w Akademii Spraw Wewnętrznych i na Wieczorowym Uniwersytecie Marksizmu-Leninizmu.

Pękala, z wykształcenia elektronik, od 1977 roku służył w SB, kończył kursy oficerskie w Legionowie i ostatecznie trafił do Wydziału VIII Departamentu IV MSW.


Śledztwo, zeznania i niewyjaśnione inspiracje

To Chmielewski jako pierwszy załamał się w śledztwie i wskazał miejsce wrzucenia ciała księdza do Wisły. Pękala szczegółowo opisał porwanie, tortury i okoliczności śmierci, a jego zeznania konfrontowano z wyjaśnieniami pozostałych. Piotrowski do końca prezentował postawę arogancką i bez skruchy, bez przeszkód przerywając przesłuchania. Wprost obciążał Pietruszkę jako inicjatora działań wobec księdza.

Zeznania wskazywały, że Pietruszka wiedział o planowanym „podjęciu fizycznych działań” wobec Popiełuszki, zatwierdził użycie samochodu służbowego i przekazał kartę wolnego przejazdu, dzięki której sprawcy uniknęli kontroli. Po zbrodni Piotrowski i Pękala rozpowszechniali dezinformację i wysłali list z żądaniem okupu, mając dostęp do bieżących meldunków śledztwa.


Generałowie bez wyroków

W 1990 roku wszczęto śledztwo wobec generałów Zenon Płatek i Władysław Ciastoń. To wówczas skazani zaczęli mówić o naciskach przełożonych, by „Popiełuszko zamilkł”. Mimo to brak dowodów bezpośredniego rozkazu zakończył się uniewinnieniami. Sprawa Płatka została zawieszona z powodu choroby, a on sam zmarł w 2001 roku. Ciastoń został ostatecznie uniewinniony w 2002 roku.

Proces toruński zamknął się formalnie wyrokami, ale nie odpowiedzią na kluczowe pytanie: kto naprawdę wydał rozkaz zabicia kapłana. Ta luka do dziś pozostaje jednym z najciemniejszych punktów historii III RP i rozliczeń z dziedzictwem aparatu przemocy PRL.

W tekście wykorzystano informacje pochodzące z Instytutu Pamięci Narodowej

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania

Edytuj