Tropiciel niemieckich zbrodniarzy

31 grudnia 1908 roku w Buczaczu – na wielokulturowych Kresach, gdzie ścierały się języki, religie i lojalności – przyszedł na świat człowiek, który po latach stanie się dla wielu symbolem obsesyjnej pamięci i bezlitosnej konsekwencji. Szymon (Simon) Wiesenthal: więzień niemieckich obozów koncentracyjnych, a potem najsłynniejszy „łowca nazistów”, tropiciel niemieckich zbrodniarzy wojennych i ich kolaborantów. Człowiek, który – jak twierdził – już w dniu wyzwolenia podjął decyzję, że jego życie będzie miało jeden cel: doprowadzić sprawców do sądu.

Urodził się 31 grudnia 1908 roku w Buczaczu (wtedy w Austro-Węgrzech, dziś w rejonie buczackim obwodu tarnopolskiego). W tle od początku była historia, która nie zostawia człowiekowi spokojnego dzieciństwa. Ojciec zginął na froncie I wojny światowej w październiku 1915 roku. Matka, uciekając przed chaosem wojny i widmem pogromów, na krótko przeniosła się z dziećmi do Wiednia, potem wróciła do Buczacza, ponownie wyszła za mąż – a Szymon dorastał w świecie, który w kilka lat przestał istnieć: monarchia habsburska rozpadła się, granice przesuwały się jak żywe, a etniczny i polityczny spór stawał się codziennością.

Numerus clausus i ucieczka do Pragi

Uczył się w miejscowym gimnazjum. W roku szkolnym 1926/1927 ukończył VIII klasę, maturę zdał 23 maja 1928 roku. Chciał studiować architekturę na Politechnice Lwowskiej, ale natrafił na mur, który dla wielu był nie do przeskoczenia: nieformalnie stosowany numerus clausus. Wyjechał do Pragi, gdzie w 1932 roku ukończył Politechnikę Praską.

Po studiach zamieszkał we Lwowie, prowadził własną firmę architektoniczną, budował życie „normalne” – jakby historia miała wreszcie zostawić go w spokoju. W 1936 roku ożenił się z Cylą Mueler.

Sowieci we Lwowie: NKWD, konfiskaty i łapówka, która ratuje życie

I wtedy przyszło to, co w biografii Wiesenthala jest jak gwałtowne pęknięcie: wrzesień 1939 i rozbiór Polski. 22 września 1939 roku, po agresji ZSRR na Polskę na mocy paktu Ribbentrop–Mołotow, Lwów znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Sowieci zaczęli demontaż prywatnej własności i handlu. NKWD uwięziło teścia Wiesenthala, jego szwagier został zastrzelony, on sam stracił firmę i został zmuszony do pracy jako mechanik w państwowej fabryce.

Przed deportacją na Syberię uratowała go łapówka wręczona funkcjonariuszowi NKWD – jeden z tych momentów, które w życiorysie brzmią jak loteria, ale w praktyce decydowały o życiu i śmierci.

Niemcy wkraczają do miasta: pogromy i obóz przy Janowskiej

29 czerwca 1941 roku do Lwowa weszli Niemcy. Rozpoczęły się pogromy Żydów. Wiesenthal ocalał dzięki wstawiennictwu byłego pracownika współpracującego z policją ukraińską. Potem Niemcy utworzyli we Lwowie getto i obóz przy ulicy Janowskiej – miejsce, które w relacjach więźniów powraca jako fabryka śmierci, ale też narzędzie unicestwienia całego świata galicyjskich Żydów.

Wiesenthal był więźniem Janowskiej, później udało mu się dostać pracę w warsztatach kolejowych. Pracował tam również z żoną.

Bełżec, „aryjska strona” i zagłada rodziny

W 1942 roku naziści uruchomili pełną machinę „ostatecznego rozwiązania”. W sierpniu 1942 roku matka Wiesenthala została wywieziona do obozu zagłady w Bełżcu – i tam zginęła. Żona przeżyła dzięki operacji z udziałem polskiego podziemia: jesienią 1942 roku przerzucono ją na „aryjską” stronę. W Warszawie – do końca nie zdekonspirowana – żyła pod nazwiskiem „Irena Kowalska”, pracując jako laborantka.

Reszta rodziny Wiesenthala, w sumie 89 osób, została zamordowana podczas likwidacji getta we wrześniu 1942 roku.

Ucieczka z likwidacji i powrót do piekła

On sam cudem wydostał się z akcji likwidacyjnej w październiku 1943 roku – dzięki pomocy zastępcy dyrektora obozowych warsztatów. W czerwcu 1944 roku trafił ponownie do Janowskiej. Wtedy, gdy front zbliżał się szybko, 200-osobowa załoga SS pozostawiła przy życiu 43 spośród około 149 tysięcy żydowskich więźniów – po to, by nie zostać wysłaną na front i utrzymać „kadrę” przy obozie.

Z tą garstką ocalałych rozpoczął się marsz ewakuacyjny na zachód. Po drodze Niemcy zgarniali mieszkańców wsi Chełmiec, aby „poprawić proporcje” między nadzorcami a więźniami.

Sześć obozów, jeden marsz: Płaszów, Gross-Rosen, Buchenwald

Wiesenthal przeszedł przez kolejne obozy – m.in. Płaszów, Gross-Rosen, Buchenwald – unikając egzekucji dosłownie o włos. Ostatecznie trafił do Mauthausen w Górnej Austrii. 5 maja 1945 roku obóz wyzwoliły wojska amerykańskie. Wiesenthal był w stanie skrajnego wycieńczenia, ważył niewiele ponad 40 kilogramów. Jeden z amerykańskich oficerów miał go opisywać jako „szkielet” w pasiaku, człowieka, któremu „tylko oczy były w stanie mówić”.

To właśnie wtedy Wiesenthal przyjął za swój cel ściganie zbrodniarzy hitlerowskich.

Pierwsze listy nazwisk i narodziny archiwum zemsty… bez zemsty

Już kilka dni po wyzwoleniu zgłosił się do współpracy z amerykańskimi służbami. Dzięki doskonałej pamięci potrafił niemal natychmiast sporządzić listy nazwisk funkcjonariuszy obozowej machiny śmierci. W 1947 roku w Linzu był współzałożycielem Jewish Historical Documentation Center – organizacji gromadzącej dokumenty dotyczące zbrodni wojennych i sprawców. Działała do 1954 roku, ale dla Wiesenthala była początkiem wielkiej, długiej wojny z powojenną amnezją.

Europa chce „zamknąć temat”. On robi odwrotnie

W czasie, gdy Europa Zachodnia coraz częściej chciała „zamknąć temat”, a w Niemczech i Austrii spadała liczba wyroków za zbrodnie z lat 1933–1945, Wiesenthal naciskał, piętnował, wyciągał nazwiska, tropił tropy, budował dokumentację. W Austrii – gdzie nie powstała instytucja na miarę niemieckiej centrali w Ludwigsburgu – jego archiwum i determinacja w praktyce zastępowały państwowy brak woli.

Eichmann: polowanie, które wstrząsnęło światem

Najgłośniejsze polowanie Wiesenthala miało nazwisko: Adolf Eichmann. Jeden z architektów „ostatecznego rozwiązania”. Wiesenthal twierdził, że już od 1953 roku miał dowody, iż Eichmann ukrywa się w Ameryce Południowej. Nie udawał, że szuka po cichu – przeciwnie, mówił o tym wprost, jakby prowokował świat do sprawdzenia, czy starczy mu nerwów.

Ujęcie Eichmanna przez Mosad i jego proces w Izraelu stały się przełomem w rozliczaniu zbrodni III Rzeszy. Po tej sprawie państwa Ameryki Południowej coraz częściej współpracowały przy ekstradycjach, a opinia publiczna na nowo zobaczyła, że wojna wcale nie skończyła się w sądach.

Po ujęciu Eichmanna Wiesenthal otworzył w Wiedniu Żydowskie Centrum Dokumentacji. Działalność tej instytucji miała się przyczynić do postawienia przed sądem ponad tysiąca zbrodniarzy nazistowskich.

Jednocześnie pojawią się sygnały, że Wiesenthal wyolbrzymił swoją rolę w ujęciu Eichmanna, którego rozpracował i ujął Mosad.

Stangl i pieniądze za trop: 7000 dolarów, które kosztowały zbrodniarza wolność

Wiesenthal tropił także Franza Stangla – komendanta obozów zagłady w Sobiborze i Treblince. W 1964 roku przekupił w Brazylii byłego funkcjonariusza gestapo, który za 7000 dolarów zdradził miejsce pobytu Stangla. Aresztowany w 1969 roku, trafił do Niemiec, gdzie 22 grudnia 1970 roku sąd w Düsseldorfie skazał go na dożywocie. Zmarł pół roku później w więzieniu na zawał serca.

„Nie zemsta, lecz sprawiedliwość”

Wiesenthal podkreślał, że sprawiedliwość to nie zemsta. Rozróżniał ściganie winnych od karania zbiorowego. Powtarzał, że zemsta oznaczałaby prześladowanie niewinnych „bo są Niemcami lub Austriakami”, a tego – jak mówił – nie wolno robić, jeśli chce się zachować elementarne zasady człowieczeństwa.

Polityczne trzęsienie ziemi w Austrii: „żydowski faszysta” i Waldheim

W Austrii jego działania wywoływały wściekłość części polityków. Kanclerz Bruno Kreisky nazwał go „żydowskim faszystą” – a po wieloletnim procesie przegrał i musiał zapłacić Wiesenthalowi 25 tysięcy dolarów odszkodowania. Wiesenthal uderzał także w sprawę Kurta Waldheima, prezydenta Austrii, którego przeszłość z czasów wojny budziła kontrowersje. Odpowiadał prosto: gdyby Austria przeprowadziła realną denazyfikację, nie byłoby potrzeby, by jeden człowiek robił za sumienie państwa.

Pomyłka, która wraca jak bumerang: sprawa Franka Walusa

Nie wszystkie sprawy kończyły się sukcesem. W 1974 roku Wiesenthal oskarżył Franka Walusa o bycie nazistowskim zbrodniarzem wojennym. Sprawa okazała się pomyłką: w 1982 roku Walus został uniewinniony po udowodnieniu, że w czasie wojny nie przebywał w Polsce. Dla jednych to rysa na legendzie. Dla innych – dowód, w jak gęstej mgle fałszywych tropów poruszał się człowiek, który polował na ludzi znikających pod zmienionymi nazwiskami.

Ostatni wyrok i koniec misji

Ostatnim zbrodniarzem, którego postawienie przed sądem łączy się z jego działalnością, był Julius Viel – skazany w 2001 roku na 12 lat więzienia za zamordowanie sześciu żydowskich więźniów w Theresienstadt. Rok później Wiesenthal wycofał się z życia publicznego.

Zmarł 20 września 2005 roku w Wiedniu. Został pochowany w izraelskim mieście Herclijja.

Odznaczenia, książki i instytucje pamięci

Był dziennikarzem i pisarzem, opublikował kilkanaście książek o wojnie i Holokauście. Wspierał polskie antyrasistowskie Stowarzyszenie „Nigdy Więcej”. Otrzymał tytuły doktora honoris causa Uniwersytetu w Sarajewie (1996) i Uniwersytetu Karola w Pradze (1997). W 1994 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Jego imieniem nazwano Centrum Szymona Wiesenthala – utworzoną w 1977 roku międzynarodową agencję zajmującą się pamięcią o Holokauście i obroną praw człowieka.

Zdanie z Janowskiej, które tłumaczy wszystko

A jednak, gdy szuka się jednego zdania, które wyjaśnia fenomen Wiesenthala, wraca scena z obozu przy ulicy Janowskiej. Lipiec 1943 roku. Komendant Franz Warzog – sadysta, którego więźniowie bali się bardziej niż śmierci. I więzień, który miał poprosić go, by go zabił. Warzog odmówił, oburzony, jakby ktoś podważał jego władzę: „To ja tutaj decyduję!”. Więźniem tym był Szymon Wiesenthal.

W tamtym zdaniu zawiera się cała przyszłość. Bo Wiesenthal – ocalały „szkielet” z Mauthausen – po wojnie postanowił odebrać sprawcom luksus decydowania o tym, co zostanie zapomniane. I przez ponad pół wieku robił dokładnie to: zmuszał świat, by patrzył. Po imieniu. Z dokumentem w ręku. Z aktem oskarżenia, jeśli się dało. Z pytaniem, jeśli jeszcze nie.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania