Komisja Burdenki. Jak „badano” Katyń.

Komisja Nikołaja Burdenki to jeden z najbardziej bezczelnych epizodów wojennej propagandy – instytucja powołana nie po to, by cokolwiek wyjaśnić, ale by udowodnić tezę ustaloną wcześniej w gabinetach Kremla. 13 stycznia 1944 roku Biuro Polityczne KC WKP(b) stworzyło radziecką „specjalną komisję śledczą”, której zadaniem było wykazanie, że zbrodni katyńskiej na polskich oficerach nie dokonało NKWD wiosną 1940 roku (na polecenie tego samego Biura Politycznego), lecz… Niemcy w 1941.

Przewodniczącym tej operacji propagandowej został Nikołaj Burdenko – członek Akademii Nauk ZSRR. Paradoks historii polega na tym, że człowiek firmujący „dowody” na niemiecką winę miał później prywatnie przyznać, iż rozstrzelania polskich oficerów dokonało NKWD w 1940 roku.

Nie była to jednak komisja „odkrywająca prawdę”. To była komisja, która miała stworzyć dokument, nadać mu pieczęć autorytetu, a następnie wpuścić w świat jako dowód. Cała reszta – ekshumacje, „świadkowie”, dokumenty – była podporządkowana temu celowi.


Najpierw NKWD „posprzątało” Katyń. Potem dopiero wpuszczono komisję

Kluczowe w tej historii jest to, że zanim Komisja Burdenki w ogóle pojawiła się w Katyniu, teren został już przejęty i „opracowany” przez służby.

We wrześniu 1943 roku, po wyparciu armii niemieckiej z rejonu Smoleńska, w Katyniu zaczęła pracować specjalna ekipa funkcjonariuszy operacyjnych i śledczych NKWD oraz kontrwywiadu wojskowego Smiersz. Kierowali nią:

  • Wsiewołod Mierkułow – w 1940 roku jeden z głównych realizatorów zbrodni katyńskiej,
  • Siergiej Krugłow,
  • Leonid Rajchman – w 1940 zajmował się polskimi jeńcami i miał związek ze zbrodnią katyńską.

Cel? Przeprowadzić tzw. „dochodzenie wstępne” i przygotować materiały pod przyszłą komisję. Innymi słowy: nie szukać prawdy, lecz przygotować scenografię i rekwizyty.

Ekipa składała się z funkcjonariuszy centralnego aparatu NKWD i Ludowego Komisariatu Bezpieczeństwa Państwowego przybyłych z Moskwy, współpracujących z Obwodowym Zarządem NKWD w Smoleńsku. Jednym z jej kierowników był pułkownik bezpieczeństwa państwowego Jakow Naumowicz Matusow (1908–1967), któremu podlegali m.in.: podpułkownik A. S. Kozłow, major Gordiejew oraz liczna grupa pracowników operacyjnych (A.A. Kozyriow, M. M. Kołdajew, D.W. Grebelski, W. M. Tumanow, Mierietiukow i inni). Działaniami ekipy na co dzień kierował Rajchman – zastępca szefa wydziału kontrwywiadu Ludowego Komisariatu Bezpieczeństwa Państwowego.

Co robiono w praktyce? Ogradzano teren, prowadzono intensywne prace ziemne, otwierano mogiły i tworzono dwa nowe miejsca pochówku zwłok. Funkcjonariusze NKWD:

  • umieszczali w grobach sfałszowane dokumenty,
  • przygotowywali fałszywych świadków,
  • a „niewygodnych” likwidowali albo skazywali na wieloletnie więzienie.

Te działania trwały trzy miesiące – aż do stycznia 1944 roku. W tym czasie dostęp do mogił mieli wyłącznie funkcjonariusze NKWD. A kiedy uznano, że wszystko jest gotowe, przygotowano dokument-program: „Informacja w sprawie dochodzenia wstępnego w tak zwanej sprawie katyńskiej”, podpisaną przez Mierkułowa i Krugłowa. To miał być fundament komunikatu przyszłej „oficjalnej” komisji.


Powołanie komisji: skład jak z teatru propagandy

13 stycznia 1944 roku – po zakończeniu przygotowań prowadzonych przez służby – Biuro Polityczne KC WKP(b) podjęło uchwałę o powołaniu komisji i ustaliło jej skład. Na liście znaleźli się:

  • Nikołaj Burdenko – członek Akademii Nauk ZSRR
  • Aleksiej Tołstoj – pisarz radziecki
  • Mikołaj – metropolita kijowski i halicki
  • gen. dyw. Aleksander Gundorow (1895–1973) – naczelnik Wojskowej Akademii Inżynieryjnej, przewodniczący Komitetu Wszechsłowiańskiego ZSRR
  • Siergiej Kolesnikow (1901–1985) – przewodniczący Komitetu Wykonawczego Rady Towarzystw Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca
  • Władimir Potiomkin – komisarz ludowy oświaty RFSRR
  • gen. broni Jefim Smirnow – szef Głównego Zarządu Wojskowo-Sanitarnego Armii Czerwonej
  • Roman Je. Mielnikow – przewodniczący Smoleńskiego Obwodowego Komitetu Wykonawczego WKP(b)

Oficjalna nazwa komisji mówiła wszystko: „Specjalna komisja ds. ustalenia i przeprowadzenia śledztwa okoliczności rozstrzelania w lesie katyńskim polskich jeńców wojennych przez niemiecko-faszystowskich najeźdźców”. Winny wpisany w tytuł, zanim padło jakiekolwiek pytanie.

Co ciekawe, w projekcie uchwały opracowanym przez Andrieja Wyszynskiego i uzgodnionym przez Wiaczesława Mołotowa z Ławrientijem Berią znalazły się także nazwiska dwóch osób narodowości polskiej: Wandy Wasilewskiej i Bolesława Drobnera. Przed przyjęciem uchwały zostały jednak wykreślone przez samego Stalina. Dlaczego? Najpewniej dlatego, że nie byli już potrzebni. Wszystko było ustalone.

Na pierwszym posiedzeniu komisji zatwierdzono sekretarza – Władimira Makarowa, a w charakterze ekspertów medycyny sądowej powołano: Wiktora Pozorowskiego, W. M. Smoljaninowa, P. S. Siemianowskiego, M. D. Szwajkowa i Dmitrija Wyropajewa.


Burdenko „wie”, zanim zobaczy. Teza ważniejsza niż ekshumacja

Publicystycznie najważniejsze jest to, co pokazuje mechanikę kłamstwa: Burdenko już na pierwszym spotkaniu – bez zbadania miejsca zbrodni, bez ekshumacji w Katyniu – odwołał się do swoich „spostrzeżeń” z prac przy grobach radzieckich obywateli w Orle. I wygłosił słowa, które powinny przekreślać powagę jakiegokolwiek „śledztwa”:

„Środek ciężkości prac naszej komisji stanowi ustalenie terminów i metody zabójstw (…) wydaje mi się, że metody zabójstw są takie same jak te, które stwierdziłem w Orle i które zostały stwierdzone w Smoleńsku. (…) Wszystkie te sposoby zabijania demaskują Niemców, z biegiem czasu to udowodnię.”

To jest logika odwróconego dochodzenia: najpierw wyrok, potem materiał dowodowy.


Krugłow, „niemieckie sznury” i ciała, które „za dobrze” wyglądają

Następnie zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych Siergiej Krugłow przedstawił rezultaty „dochodzenia wstępnego”. Zgodnie z tym scenariuszem wszyscy przesłuchiwani świadkowie – oczywiście jednobrzmiąco – mieli twierdzić, że ciała „doskonale się zachowały”, więc jeńcy nie mogli zostać rozstrzelani wiosną 1940 roku.

Prawie każdy świadek powtarzał to samo hasło: ręce polskich oficerów były związane „niemieckimi sznurami”. Dalej idzie już propaganda w czystej postaci: Sowieci stwierdzali, że polskich żołnierzy wymordowała hitlerowska jednostka wojskowa stacjonująca w daczy w Kozich Górach do września 1943 roku, a w 1943 Niemcy – „na polecenie z Berlina” – zaczęli tworzyć prowokację, by zrzucić winę na ZSRR.

Według tego opisu Niemcy:

  • wyszukiwali świadków i zmuszali ich do fałszywych zeznań,
  • przywozili ciała z innych miejsc, układali je, rozpruwali kieszenie, wyciągali dokumenty z późniejszymi datami,
  • tworzyli „fałszywe groby”.

I tu pojawia się rzecz znamienna: tych „fałszywych” grobów – jak relacjonował Krugłow – w ogóle nie rozkopywano, z góry uznając, że na pewno leżą w nich polscy oficerowie zamordowani przez Niemców. Czyli: nawet udawane śledztwo nie udaje śledztwa.


Teatr oburzenia: „błędy Niemców” i kompromitująca „nieścisłość”, którą pominięto

Sowieci konsekwentnie szukali też okazji, by zdyskredytować pierwszą ekshumację. Podawali jako przykład „niemieckiej nieudolności” różne liczby ofiar, z którymi okupant rzekomo nie mógł się doliczyć: raz 4000, potem 8000–12000, wreszcie 15000.

Do tego dochodzi „skandal” propagandowy: po czasie miało się okazać, że jeden z Polaków znajdujących się na listach ofiar żyje i złożył protest. W teatralny sposób Tołstoj pytał, czy jest pewność, że Niemcy dowozili ciała, czy na pewno byli to Polacy.

W pewnym momencie pada jeszcze bardziej kłopotliwa opowieść: że w spisach ofiar znajdowano oficerów Wojska Polskiego aresztowanych w Niemczech i przebywających w niewoli niemieckiej w 1939 roku, którzy – w wyniku wymiany jeńców między ZSRR a III Rzeszą – mieli się znaleźć w katyńskich grobach. I tu pojawia się pytanie, które niszczy cały „moralny” ton komisji: jak wytłumaczyć światu dowód tak jawnej współpracy z hitlerowskim wrogiem?

Odpowiedź komisji była prosta: tego wątku w ogóle nie wytłumaczono. Pominięto go – jak wiele innych.


„Świadkowie” z NKWD i brak jakiejkolwiek niezależności

Komisja Burdenki dobierała świadków spośród osób przesłuchanych wcześniej przez NKWD, rezygnując z przesłuchania pozostałych i z powoływania nowych. Oznaczało to milczącą zgodę na kontakt wyłącznie z ludźmi już „obrobionymi” przez aparat represji.

Komisja nie szukała nowych dowodów. Nie szukała nowych świadków. Jej zadanie było jedno: rozwinąć i uwiarygodnić założenia śledztwa NKWD.


Sznury, Zubkow i chaos „ekspertów”

Warto też zauważyć element, który burzy spójność propagandowego przekazu: Burdenko sam zwracał uwagę, że tylko nieliczne ciała miały związane ręce, choć Niemcy ten szczegół podkreślali niemal przy wszystkich ofiarach.

Pojawia się też dr Konstantin Zubkow – ten sam, który według relacji mógł mieć związek z podkładaniem fałszywych dowodów. Zubkow stwierdził, że nawet te sznury, które komisja znajduje, są przecież „nierosyjskiego pochodzenia”. Co więcej: pytany przez innych członków komisji nie potrafił nawet jednoznacznie określić, ile było dołów śmierci i jak pierwotnie ułożono w nich ciała.

To jest moment, w którym widać, że komisja nie tylko była narzędziem propagandy, ale działała w warunkach „produkcyjnych”, gdzie liczył się efekt, a nie spójność.


Komunikat końcowy: Niemcy winni, 11 tysięcy ofiar, „dowody” wzięte z NKWD

Komisja Burdenki pracowała w Katyniu w dniach 13–24 stycznia 1944 roku. Wcześniej jej członkowie nie mieli dostępu do miejsca pochówku – bo teren był „zabezpieczony” przez NKWD. Po ograniczonych ekshumacjach i przesłuchaniach świadków z listy NKWD, komisja 24 stycznia podpisała końcowy komunikat, opublikowany 26 stycznia 1944 roku.

Wskazywał on na winę Niemców i zawierał fałszywe dane dotyczące liczby ofiar: komisja podała, że w Katyniu pochowano około 11 tysięcy jeńców polskich, choć faktycznie było ich tam około 4400.

Co więcej, komunikat stanowił rozbudowany i przeredagowany wariant wcześniejszej „Informacji…” Mierkułowa i Krugłowa. W obu dokumentach powtarzają się nawet te same błędy w pisowni nazwisk i inicjałów świadków. To nie jest przypadek. To jest podpis fałszerstwa.


Dziennikarze zagraniczni i niewyjaśnione zwłoki „szeregowców”

20 stycznia 1944 roku – w trakcie prac komisji – do Katynia zaproszono grupę około 20 zagranicznych dziennikarzy (m.in. z USA i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicieli ambasady amerykańskiej w Moskwie. Pokazano im ekshumowane zwłoki.

Ambasador USA w Moskwie, William Averell Harriman, 25 stycznia 1944 roku przesłał do Sekretarza Stanu depeszę, w której zaznaczył m.in., że większość zwłok, jakie widzieli zwiedzający, była zwłokami szeregowców, a nie oficerów. O „szeregowcach pogrzebanych w Katyniu” pisał też Jerzy Borejsza w artykule opublikowanym 1 lutego 1944 roku w tygodniku „Wolna Polska” (Borejsza był 20 stycznia w grupie przewiezionej do Katynia).

I tu zostaje pytanie, którego nie da się zamieść pod dywan: skąd w styczniu 1944 w Katyniu wzięły się zwłoki szeregowców w polskich mundurach pokazywane zagranicznym korespondentom? Tego do dziś jednoznacznie nie wyjaśniono. Według części historyków zwłoki badane przez Komisję Burdenki mogły w ogóle nie mieć nic wspólnego z oficerami zamordowanymi w 1940 roku.


Norymberga: Sowieci próbują „wbić” Katyń Niemcom – bez skutku

W 1946 roku prokuratorzy radzieccy próbowali wykorzystać raport Komisji Burdenki, by oskarżyć Niemców o ludobójstwo przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze. Raport włączono do akt jako dokument ZSRR-54, a oskarżyciele domagali się uznania go za dowód niewymagający potwierdzenia, bez przesłuchiwania świadków.

Sędziowie się na to nie zgodzili. Zgodzili się natomiast na wniosek obrony o powołanie świadków, co wywołało zaniepokojenie władz ZSRR. Rozpoczęto przygotowywanie świadków do procesu; uczestniczyli w tym prokuratorzy i funkcjonariusze służb specjalnych, w tym Wiktor Abakumow, Mierkułow i Rajchman. Ostatecznie przesłuchano trzech świadków obrony i trzech oskarżenia.

Efekt? Trybunał nie uwzględnił kwestii odpowiedzialności za zbrodnię katyńską w wyroku. Sprawę po prostu pominięto.


Polskie raporty emigracyjne, Komisja Maddena i demontaż mitu

W 1946 polski rząd na uchodźstwie opracował raport „Masowe morderstwo polskich jeńców wojennych w Katyniu” (w wersji polskiej, angielskiej i włoskiej), zawierający krytyczną analizę komunikatu Komisji Burdenki. Po raz pierwszy opublikowano go w 1990 roku.

W 1948 powstał kolejny raport emigracyjny – „Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów” – w którym wskazano m.in. fałszywe informacje komisji, w tym zawyżanie liczby ofiar do około 11 tysięcy.

W latach 1951–1952 raport Burdenki przeanalizowała amerykańska Specjalna Komisja Śledcza Kongresu USA do Zbadania Zbrodni Katyńskiej – tzw. Komisja Maddena. Uznała ona, że radziecki raport jest pełen niepotwierdzonych domysłów, fałszywych danych i sprzeczności. W 1952 Komisja Maddena obarczyła winą za zbrodnię władze radzieckie i wezwała do powołania międzynarodowego trybunału.


Ekspertyzy lat 80. i 90.: nawet rosyjscy eksperci uznają raport za fałszywy

W 1988 – w trakcie prac mieszanej polsko-radzieckiej komisji ds. „białych plam” – polscy historycy Jarema Maciszewski, Czesław Madajczyk, Ryszard Nazarewicz i Marian Wojciechowski przedstawili ekspertyzę, w której dowodzili bezpodstawności wniosków Komisji Burdenki. Tekst opublikowano w Polsce w 1989, a w Rosji w 1991. Maciszewski pisał we wstępie, że nie może budzić wątpliwości ani niezgodność z prawdą orzeczeń Komisji, ani pełna odpowiedzialność NKWD za mord katyński i zagładę więźniów Starobielska i Ostaszkowa.

W latach 1992–1993 komunikat Komisji Burdenki przeanalizował też zespół rosyjskich naukowców powołanych przez Główną Prokuraturę Wojskową (m.in. B. N. Topornin, A. M. Jakowlew, I. S. Jażborowska, W. S. Parsadanowa, J. N. Zoria, L. W. Bielajew). W orzeczeniu z 2 sierpnia 1993 roku stwierdzili, że komunikat – z powodu nieobiektywności, fałszowania dowodów, dokumentów i zeznań – należy uznać za nieodpowiadający wymogom nauki, a orzeczenia za nieprawdziwe.

Równolegle, w latach 1990–1994 rosyjska grupa śledcza pod kierunkiem pułkownika Aleksandra Trietieckiego przestudiowała oryginalne dowody zebrane przez Komisję Burdenki i przesłuchała świadków. Ustalono, że komisja dopuszczała się fałszerstw w celu wykazania winy Niemców; dziewięć dokumentów wymienionych w komunikacie okazało się sfabrykowanych. W 1994 w uzasadnieniu decyzji o umorzeniu śledztwa (decyzja nie weszła w życie) prokurator Anatolij Jabłokow uznał za winnych ukrywania zbrodni katyńskiej również członków komisji, którzy dopuścili się falsyfikacji.


Katyń jako broń: propaganda po obu stronach i „między prawdą a dyplomacją”

Trzeba też powiedzieć jasno: Niemcy, oskarżając Sowietów, nie kierowali się wyłącznie chęcią ujawnienia prawdy. Liczyli na rozbicie koalicji antyhitlerowskiej. Stąd alianci przyjmowali niemieckie doniesienia ze wstrzemięźliwością – tym bardziej że w kwietniu 1943 roku, gdy radio berlińskie ogłosiło odkrycie grobów, Niemcy właśnie likwidowali warszawskie getto. Mieli więc oczywisty powód, by odwracać uwagę świata.

13 kwietnia 1943 roku radio berlińskie podało informację o odkryciu masowych grobów. Pierwsze oględziny wskazywały, że są to oficerowie polscy zamordowani wiosną 1940 roku. Ponieważ teren był wówczas w rękach ZSRR, a ofiary ginęły strzałem w tył głowy – charakterystycznym dla NKWD – III Rzesza obarczyła winą stronę sowiecką.

Rząd Polski na Uchodźstwie zażądał niezależnego badania przez czynniki międzynarodowe i zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. MCK wyraził gotowość zajęcia się sprawą (23 kwietnia), ale pod warunkiem zgody wszystkich stron. Sowieci odmówili. 25 kwietnia – pod pretekstem udziału władz polskich w „hitlerowskiej prowokacji” – zerwali stosunki dyplomatyczne z RP.

Niemcy z kolei uważali, że komisja nie może być wyłącznie niemiecka, bo świat uzna ją za niewiarygodną. Zwrócili się więc do Polskiego Czerwonego Krzyża. Sekretarz generalny PCK Kazimierz Skarżyński, świadom pułapki, powołał komisję o charakterze ściśle technicznym, by ograniczyć zarzuty polityczne.

W czerwcu 1943 roku powstał „Raport katyński” – pierwszy dokument na temat zbrodni. W tym samym roku opublikowano też niemiecki raport „Amtliches Material zum Massenmord von Katyn” (Zentralverlag der NSDAP, Berlin 1943). Oba wskazywały na Związek Sowiecki jako winnego mordu.

A Sowieci? Po odbiciu terenów Smoleńszczyzny rozpoczęli własne „badania”, które w praktyce oznaczały przygotowanie Komisji Burdenki – czyli wytworzenie „dowodu” na niemiecką winę.


Powojenne represje i emigracja świadków

Po wojnie polskie władze komunistyczne – utrzymujące wobec Katynia linię Kremla – wszczęły śledztwa wobec osób, które brały udział w pierwszej delegacji do Katynia w kwietniu 1943 roku. Oskarżano ich, że:

„w okresie okupacji niemieckiej, idąc na rękę niemieckiej władzy okupacyjnej, dopuścili się działań na szkodę Państwa Polskiego”.

Aby uniknąć represji, do emigracji zmuszeni zostali m.in.: Kazimierz Skarżyński, Józef Mackiewicz, Ferdynand Goetel, Emil Skiwski. Część z nich później odegrała rolę świadków w pracach Komisji Maddena.


Kłamstwo katyńskie: raport jako broń na dekady

Komunikat Komisji Burdenki był wielokrotnie wykorzystywany w propagandzie ZSRR. W 1944 roku wydano go jako osobną broszurę po rosyjsku. VII Wydział Głównego Zarządu Politycznego Armii Czerwonej opublikował także 25 tysięcy egzemplarzy broszury po polsku, rozpowszechnianej wśród jeńców i na terytorium Polski. W 1944 pojawiła się też wersja angielska w Londynie (Soviet War News) pod tytułem „The Truth about Katyn…”.

Po powstaniu Komisji Maddena na początku lat 50. komunikat znów stał się narzędziem ofensywy propagandowej i był publikowany dziesiątkami razy w krajach bloku wschodniego. W Polsce ukazał się m.in. w „Trybunie Ludu” 4 marca 1952 roku – zapowiedziany ramką na pierwszej stronie i rozciągnięty w środku numeru na trzy strony.

Ta propaganda trwała aż do 1990 roku. Dopiero 13 kwietnia 1990 roku strona radziecka – w oficjalnym komunikacie TASS zatwierdzonym uchwałą Biura Politycznego KC KPZR z 7 kwietnia – przyznała, że zbrodnia katyńska była jedną z ciężkich zbrodni stalinizmu. Tym samym kłamstwo, budowane m.in. na raporcie Burdenki, formalnie się skończyło.

W tekście wykorzystałam materiały źródłowe, Instytutu Pamięci Narodowej oraz informacje z książki prof. Tadeusza Wolszy „Dotyk Katynia”

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania