„Proszę złagodzić wyroki”. Tajny parasol Kiszczaka nad zabójcami ks. Jerzego Popiełuszki

7 lutego 1985 roku w Toruniu zapadły wyroki, które miały zakończyć jedną z najbardziej wstrząsających spraw PRL. Na ławie oskarżonych siedzieli funkcjonariusze aparatu, który zwalczał Kościół i opozycję. Sąd skazał bezpośrednich sprawców porwania i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki: Grzegorza Piotrowskiego na 25 lat, Leszka Pękalę na 15 lat, Waldemara Chmielewskiego na 14 lat. Ich przełożony, wiceszef IV Departamentu MSW płk Adam Pietruszka, usłyszał 25 lat za podżeganie i sprawstwo kierownicze.

O początku procesu toruńskiego pisałam tutaj : https://dorotakania.pl/2025/12/27/proces-torunski-rezyserowany-spektakl-wladzy/

Wtedy opinia publiczna miała dostać jasny sygnał: państwo „ukarało winnych”. Problem w tym, że z perspektywy czasu ten finał wygląda raczej jak starannie ustawiona kropka… postawiona w miejscu, w którym nie wolno było pójść dalej.

Dlaczego ks. Jerzy musiał zginąć

Ks. Jerzy Popiełuszko nie został zamordowany „przypadkiem” ani w wyniku samowoli kilku funkcjonariuszy. Dla władz PRL był problemem systemowym. Jako kapelan „Solidarności” i duszpasterz ludzi pracy łączył to, czego komunistyczna władza bała się najbardziej: Kościół, robotników i język moralnej prawdy. Jego kazania – transmitowane z ambony kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie – nie nawoływały do przemocy, lecz konsekwentnie demaskowały kłamstwo, cynizm i represyjny charakter państwa.

Popiełuszko przypominał, że władza, która opiera się na strachu i fałszu, wcześniej czy później traci moralne prawo do rządzenia. To wystarczyło, by uznano go za wroga ustroju. Był inwigilowany, oczerniany, wobec niego prowadzono prowokacje operacyjne – jak słynne podrzucenie materiałów kompromitujących do mieszkania przy ul. Chłodnej. Gdy to nie złamało księdza ani nie uciszyło jego głosu, zapadła decyzja, której do dziś nikt oficjalnie nie podpisał: Popiełuszko miał zamilknąć.

W lipcu 1983 r. jedno z kazań księdza Jerzego zrelacjonowano Wojciechowi Jaruzelskiemu. Wezwał do siebie szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka i oznajmił mu wprost: „Zrób coś z nim, niech przestanie szczekać„.

Porwanie i zabójstwo. Jak zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę

19 października 1984 roku ks. Jerzy Popiełuszko wracał z Bydgoszczy do Warszawy. Kilka godzin wcześniej odprawił nabożeństwo dla ludzi pracy. Był śledzony. Nie był to przypadek ani spontaniczna decyzja. Na trasie, w okolicach Górska pod Toruniem, drogę jego samochodowi zajechali funkcjonariusze MSW podszywający się pod patrol drogówki.

Kapłan został siłą wyciągnięty z auta, brutalnie pobity i wrzucony do bagażnika. Jego kierowca, Waldemar Chrostowski, zdołał wyskoczyć z pędzącego pojazdu i uciec. Ks. Popiełuszko został sam – zdany wyłącznie na swoich oprawców.

Z późniejszych zeznań sprawców wynikało, że w trakcie transportu ksiądz był wielokrotnie bity, duszony i torturowany. Kiedy próbował wydostać się z bagażnika, zatrzymywano samochód, by ponownie go skatować. W końcu związano go w sposób, który powodował duszenie przy każdej próbie poruszenia się.

W nocy porywacze dotarli na zaporę wodną we Włocławku. Z wysokości kilkunastu metrów wrzucili ciało kapłana do Wisły. Wszystko wskazuje na to, że ks. Jerzy w chwili wrzucenia do wody jeszcze żył.

Zwłoki ks. Jerzego Popiełuszki odnaleziono 30 października 1984 roku. Były obciążone workiem z kamieniami, ręce skrępowane w sposób powodujący zaciskanie pętli na szyi. Sekcja zwłok wykazała liczne obrażenia wewnętrzne i ślady długotrwałego znęcania się.

To, co ujrzano po wyłowieniu ciała, całkowicie podważało tezę o „niekontrolowanej akcji” czy „przekroczeniu uprawnień”. Zbrodnia miała charakter zaplanowany, brutalny i demonstracyjny. Jej celem nie było zastraszenie. Celem było uciszenie.

Prokurator Andrzej Misiak z Prokuratury Rejonowej w Toruniu, który pierwszy dotarł na miejsce porwania i zgodnie z procedurami wszczął śledztwo, wcześniej był funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa w Toruniu. Już na początku śledztwa popełniono zastanawiające błędy i zaniechania. Jednak decyzję, kto ma prowadzić dochodzenie, podejmowano bardzo starannie.

Mecenasi prawdy

W procesie toruńskim po stronie rodziny zamordowanego księdza zasiedli jedni z najwybitniejszych prawników tamtego czasu. Jan Olszewski, Edward Wende, Krzysztof Piesiewicz i Andrzej Grabiński nie tylko pełnili rolę pełnomocników – byli głosem sprzeciwu wobec fałszywej narracji państwa. Mec. Jan Olszewski był także oskarżycielem posiłkowym.

To oni otwarcie wskazywali, że proces ogranicza się wyłącznie do wykonawców, a sądowa scena przypomina teatr, w którym role zostały wcześniej rozpisane. Olszewski w mowie końcowej podkreślał, że oskarżeni działali w „obcym interesie” i zostali cynicznie wykorzystani przez swoich przełożonych. Mecenasi sprzeciwiali się także żądaniu kary śmierci dla Piotrowskiego – nie dlatego, by go chronić, lecz dlatego, że sam ks. Popiełuszko nigdy nie zaakceptowałby takiego wyroku.

Ich obecność w procesie była solą w oku władzy. Pilnowali, by ofiara – zamordowany kapłan – nie został postawiony na ławie oskarżonych, a to właśnie próbowano robić, także w trakcie wystąpień prokuratury.

Dzięki nim proces toruński nie stał się całkowicie farsą, choć – jak pokazują późniejsze amnestie i interwencje MSW – nie był w stanie dotrzeć do prawdy najważniejszej: kto naprawdę wydał rozkaz.

Farsa procesu toruńskiego

Proces, który miał przynieść odpowiedź na pytanie „kto zabił?”, w praktyce zamknął sprawę w granicach wygodnych dla władzy. Oskarżeni zostali sprowadzeni do roli wykonawców i bezpośredniego przełożonego. A najważniejsza bariera brzmiała niewypowiedzianie: żadnych nazwisk z samego szczytu.

W tle przewijał się jeszcze jeden wątek: sposób prowadzenia sprawy i atmosfera sali rozpraw budziły wrażenie, że władza bardziej pilnuje narracji niż prawdy. Nawet żądanie prokuratora – kara śmierci dla Piotrowskiego – wielu odbierało nie jako bezwzględność wobec mordercy, lecz element spektaklu, który miał dowieść, że „system reaguje”.

O zabójstwie przyjaciela ks. Jerzego – Stanisławie Suchowolcu pisałam tutaj: https://dorotakania.pl/2026/02/02/zabity-za-walke-o-prawde/

Dokument, który zmienia perspektywę: „złagodzić kary”

I tu następuje zwrot, który brzmi jak scenariusz politycznego thrillera. Historycy Instytutu Pamięci Narodowej odnaleźli dokument, z którego wynika, że 26 listopada 1987 roku minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak skierował pismo do ówczesnego prokuratora generalnego PRL, Józefa Żyty. W piśmie wnosił o „złagodzenie orzeczonych kar” wobec Piotrowskiego, Pietruszki, Pękali i Chmielewskiego.

To nie była kurtuazja ani prośba „zwykłego urzędnika”. W realiach PRL podobny wniosek od szefa MSW mógł brzmieć jak rozkaz ubrany w papier. Kiszczak miał sugerować obniżki kar o około jedną trzecią – tak, by np. Piotrowskiemu zejść z 25 do 15 lat.

Uzasadnienie? Brzmi jak klasyczna, urzędowa przykrywka: „stabilizacja sytuacji społeczno-politycznej”, „pozytywne wyniki resocjalizacji”, kwestie zdrowotne i rodzinne. Słowa, które w normalnym świecie bywają argumentem w sprawach pospolitych, tutaj działają jak zimny prysznic: mówimy o zabójstwie kapelana „Solidarności” – sprawie-symbolu.

Z notatek wynika, że skazani skorzystali z mechanizmu, który realnie rozbrajał surowość wyroków: amnestiami i decyzjami władz. Co więcej, wskazywano, że zastosowano amnestię w sposób budzący poważne wątpliwości – dwukrotnie na podstawie tej samej ustawy.

Efekt końcowy jest jednoznaczny: sprawcy nie odsiedzieli kar do końca. Najdłużej w więzieniu był Piotrowski, który po latach wracał jeszcze do odbycia części kary, ale finalnie również wyszedł na wolność. Wszyscy – wcześniej czy później – znaleźli się poza murami zakładów karnych.

„List figowy” i cynizm systemu

W tej historii jest jeszcze jeden szczegół, który do dziś uderza cynizmem. W piśmie Kiszczaka pojawiał się także wątek złagodzenia kary w innej głośnej sprawie – co przez komentatorów bywa oceniane jako „listek figowy”: gest mający stworzyć wrażenie bezstronności i „humanitaryzmu”, kiedy realny cel dotyczył sprawy o ciężarze politycznym.

Bo jeżeli minister spraw wewnętrznych osobiście dopilnowuje, by kary w procesie toruńskim stopniały, to pytanie samo wraca jak bumerang: dlaczego? I drugie, jeszcze ostrzejsze: kogo tak naprawdę chronił?

Mimo że w trakcie procesu w 1985 roku – prowadzonego pod ścisłą kontrolą władz – ujawniono okoliczności mogące wskazywać na udział w przygotowaniach do zbrodni także innych osób, sąd ograniczył zakres odpowiedzialności wyłącznie do bezpośrednich wykonawców mordu.

Dopiero w 1990 roku wszczęto śledztwo wobec gen. Zenona Płatka, byłego szefa IV Departamentu MSW, oraz gen. Władysława Ciastonia, ówczesnego wiceszefa MSW i szefa Służby Bezpieczeństwa. Stało się to po tym, gdy skazani w procesie toruńskim zaczęli zeznawać, że ich przełożeni wywierali na nich presję, formułując sugestie w rodzaju: „by Popiełuszko zamilkł”, unikając jednak wydania bezpośredniego rozkazu zabójstwa.

W 1994 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie – niejednomyślnie – uniewinnił obu generałów. Zarówno Ciastoń, jak i Płatek, którzy spędzili w areszcie po dwa lata, nie przyznali się do winy. W 1996 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok i zwrócił sprawę do ponownego rozpoznania przez sąd pierwszej instancji.

Postępowanie wobec Zenona Płatka zostało jednak w 2000 roku zawieszone z powodu jego złego stanu zdrowia. Na wokandę wróciła natomiast sprawa Władysława Ciastonia, który w 2002 roku – wobec braku wystarczających dowodów – został ponownie uniewinniony. Zenon Płatek, oskarżany o kierowanie zabójstwem ks. Jerzego Popiełuszki i były szef osławionego IV Departamentu MSW odpowiedzialnego za zwalczanie Kościoła katolickiego w PRL, zmarł w czerwcu 2009 roku.

Władze PRL chciały zamknąć sprawę zabójstwa ks. Popiełuszki w ciasnej ramie: trzech wykonawców, jeden przełożony, „samowolka”, „błąd”. Tymczasem kolejne tropy, dokumenty i zeznania z lat późniejszych układały się w obraz znacznie bardziej złożony – z aparatem represji, prowokacjami (jak podrzucenie materiałów kompromitujących księdza) i klimatem nagonki, który poprzedzał zbrodnię.

A pismo z listopada 1987 roku – niezależnie od sporów o jego „procesowe” skutki – jest mocnym sygnałem jednego: ktoś na górze pilnował, by sprawa nie wymknęła się spod kontroli nawet po wyrokach.

I to właśnie jest najbardziej sensacyjny paradoks procesu toruńskiego: wyroki miały być końcem. Tymczasem z perspektywy czasu wyglądają jak początek drugiego etapu – etapu cichego skracania kar, miękkiego lądowania i politycznej ochrony.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z materiałów z Instytutu Pamięci Narodowej

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania