Tortury, pokazowy wyrok, egzekucja i pogrzeb w niemieckim mundurze

CYKL w odpowiedzi Czarzastemu

15 lutego 1947 roku w Zakopanem przyszli po Stanisława Kasznicę. Nie po „podejrzanego”. Po człowieka, którego chcieli zniszczyć tak, żeby zniknął nie tylko z ulic, ale i z pamięci. Zabrali go żywcem – a potem przez miesiące przerabiali na „dowód” w mokotowskich piwnicach: torturami, bezsennością, upokorzeniem. Kiedy wreszcie go zabili – 12 maja 1948 roku strzałem w tył głowy na Rakowieckiej – nie oddali ciała rodzinie. Ukryli zwłoki w bezimiennym dole. A według przekazów pochowali go w mundurze Wehrmachtu, by dopisać do zbrodni ostatnią warstwę pogardy: „niech nawet po śmierci wygląda jak wróg”.

Dlatego zaczynam ten cykl właśnie teraz – w odpowiedzi na Włodzimierza Czarzastego i jego polityczny projekt opowieści o „ofiarach Żołnierzy Wyklętych”. Przypominam tych, których komunistyczne państwo miażdżyło systemowo: aresztowaniem, torturami, wyrokami „w imieniu Polski” i nocnym zakopywaniem ludzi jak śmieci.

Tutaj tekst o o prawdziwej historii działalności Romualda Rajsa ps. Bury: https://dorotakania.pl/2026/01/04/kpt-romuald-rajs-bury-na-kartach-ksiazki-skazy-na-pancerzach-czyli-prawda-wedlug-piotra-zychowicz/

Tortury, pokazowy proces i „mundur Wehrmachtu”

W PRL można było człowieka zamordować dwa razy. Najpierw w celi śledczej – biciem, głodem, upokorzeniem. Potem po egzekucji – przez anonimowy dół, fałszywą etykietę „kolaboranta” i pogrzeb w mundurze wroga. Tak potraktowano Stanisława Kasznicę, ostatniego komendanta głównego Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowanego 12 maja 1948 roku w więzieniu mokotowskim przy ulicy Rakowieckiej 37 w Warszawie. Tam ludzie ginęli dwa razy. Najpierw w śledztwie – od bicia, poniżenia, zimna i bezsenności. Potem po egzekucji – kiedy państwo zabierało ciało, kasowało nazwisko i wrzucało człowieka do bezimiennego dołu. Stanisław Kasznica, został zamordowany w więzieniu mokotowskim, ale komuniści postanowili zrobić coś jeszcze: spróbować pogrzebać go jako „Niemca”. Pochowali go w mundurze Wehrmachtu – po to, by nie tylko odebrać życie, lecz także odebrać pamięć.

– Brat miał na twarzy szramy po pobiciu i placki na głowie po wyrwanych włosach. Ręce miał już w porządku, ale wyrywali mu paznokcie. Mówił, że trzymali go zimą w celi z wodą po kolana, miał wybite zęby – wspominała po latach siostra ppłk Kasznicy, Eleoniora.

Tortury były stałym punktem programu przesłuchań. Aresztowanych żołnierzy wyklętych oprawcy bili i kopali, a gdy to nie przynosiło efektów, używali gumowych pałek, kolb karabinów, pasów z metalowymi sprzączkami czy pejczy. Wyrywali paznokcie, wybijali zęby, przypalali, razili prądem. Głodzili więźniów, przetrzymywali ich w wyziębionych celach, zmuszali do wielogodzinnego stania lub klęczenia, pozbawiali snu. Katowali ich zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

Stanisław Kasznica – prawnik, żołnierz, konspirator

Urodził się 25 lipca 1908 roku we Lwowie. Wykształcenie prawnicze zdobył w Poznaniu. Z ruchem narodowym związał się jeszcze przed wojną – działał w środowiskach ONR, należał do tajnych struktur kierowniczych obozu narodowego. W 1939 roku walczył jako oficer – przeszedł kampanię wrześniową, brał udział w bitwie nad Bzurą i obronie Warszawy. Został odznaczony Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych.

W okupowanej Polsce nie „wrócił do cywila”. Już w październiku 1939 roku wszedł w konspirację – najpierw w Grupie „Szańca”, potem w strukturach, z których wyrastały Związek Jaszczurczy i Narodowe Siły Zbrojne. W NSZ odpowiadał m.in. za sprawy organizacyjne i prawno-administracyjne w ramach Służby Cywilnej Narodu. Był współtwórcą podziemnych rozwiązań organizacyjnych i sądowniczych. W 1944 roku walczył w Powstaniu Warszawskim na Ochocie.

Po upadku Powstania nie złożył broni. Przeszedł do Częstochowy i objął funkcje dowódcze w strukturach NSZ. Po wejściu Armii Czerwonej i instalacji „władzy ludowej” nie uznał powojennej rzeczywistości jako wolnej Polski. Dla komunistów to była definicja „wroga”.

Ostatni komendant NSZ przez długi czas wymykał się aparatom UB i NKWD. Ukrywał się, posługiwał fałszywymi dokumentami, zmieniał wygląd, działał pod wieloma pseudonimami: „Maszkowski”, „Przepona”, „Wąsal”, „Wąsowski”, „Stanisław”, „Stanisław Piotrowski”.

Ale w końcu przyszła data, która zamknęła jego życie w kilku urzędowych rubrykach: 15 lutego 1947 roku – Zakopane. Został aresztowany przez funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Zatrzymanie nie było „rutynową akcją”. Dla tych ludzi był trofeum. Człowiekiem, którego trzeba było publicznie złamać.

Z Zakopanego trafił do Warszawy. Najpierw na przesłuchania, potem na Mokotów – do więzienia przy ul. Rakowieckiej. Tam zaczynał się „inny wymiar” państwa: miejsce, gdzie nie trzeba było dowodów, bo dowody produkowało się w piwnicach.

Kasznica miał zostać nie tylko skazany. Miał zostać przedstawiony jako „dowód”, że podziemie narodowe to rzekomo bandyci, kolaboranci, wrogowie „demokracji ludowej”. Propaganda potrzebowała nie człowieka, lecz figury. Śledztwo było fabryką tej figury.

Proces pokazowy i wyrok: cztery razy śmierć

Finał był zapisany wcześniej. 2 marca 1948 roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie (sygn. Rs. 68/48) skazał Stanisława Kasznicę w procesie na czterokrotną karę śmierci, do tego cztery kary więzienia oraz kary dodatkowe: utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych, konfiskatę mienia. Na zasadzie „sumowania” wymierzono karę łączną – śmierć i wszystkie sankcje, które miały uderzyć także w rodzinę.

Przewodniczącym składu był ppłk Alfred Janowski. Obrońcą – adwokat Józef Litwin. Wraz z Kasznicą skazano osoby ze ścisłego kierownictwa podziemnych struktur narodowych, w tym w tym samym procesie Lecha Karola Neymana.

To był klasyczny mechanizm komunistycznych „zbrodni sądowych”:

  • śledztwo tworzy materiał,
  • prokurator go „układa”,
  • sąd go „zatwierdza”,
  • więzienie wykonuje,
  • a państwo „zamyka sprawę” w archiwum.
  • Kluczowe osoby odpowiedzialne za śmierć Stanisława Kasznicy:
  • Piotr Śmietański (starszy sierżant): Dowódca plutonu egzekucyjnego w więzieniu na Mokotowie, bezpośredni wykonawca wyroku śmierci.
  • •Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie (skład orzekający):
  • Przewodniczący ppłk Alfred Janowski,
  • sędzia por. Henryk Szczepański,
  • ławnik mjr Stanisław Chojnacki.
  • • Prokuratorzy: ppłk Czesław Szpądrowski,
  • mjr Mieczysław Dytry

Tutaj pisałam o kacie Mokotowa Aleksandrze Dreju: https://dorotakania.pl/2025/11/27/kat-z-rakowieckiej/

Egzekucja, „Łączka”, milczenia

Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano 12 maja 1948 roku w więzieniu mokotowskim. Standardowo: strzałem w tył głowy. Przez kata Mokotowa Piotra Smietańskiego.

Rodziny nie powiadomiono o zamiarze wykonania wyroku. Nie dano szansy na pożegnanie. Nie dano nawet szansy na żałobę w prawdzie.

I wtedy zaczyna się najbardziej ponura część tej historii. Bo dla komunistów egzekucja była dopiero połową roboty.

Tutaj pisałam o ofiarach UB: https://dorotakania.pl/2026/02/08/z-bogiem-panowie-wiernosc-ktorej-nie-dalo-sie-zabic/

Ciało ukryte. Bezimienny dół. Druga śmierć ppłk Kasznicy

Ciała nie wydano rodzinie. Zostało skryte, bezimienne, wrzucone do zbiorowego dołu i pogrzebane w nieznanym, nieoznakowanym miejscu. Według przekazów – w mundurze Wehrmachtu.

To nie był przypadek. To był komunikat.

Chodziło o to, by prócz uśmiercenia zabić pamięć o ofierze. Żeby:

  • nie było grobu,
  • nie było nazwiska,
  • nie było możliwości upamiętnienia,
  • a jeśli już ktoś kiedyś zapyta – by można było wzruszyć ramionami: „może Niemiec, może kolaborant”.

W tym jednym geście – „mundur Wehrmachtu” – zawiera się cała psychologia totalitaryzmu: odebrać człowiekowi nie tylko życie, ale i godność, także po śmierci. 14 października 1970 roku teczka osobowa Kasznicy została przekazana wraz z aktami 1322 skazanych z archiwum więzienia mokotowskiego do Komendy Wojewódzkiej MO. Dokumenty krążyły między instytucjami państwa, które miało obowiązek chronić obywateli, a w praktyce chroniło własne zbrodnie.

To był inny rodzaj grobu: papierowy.

III RP unieważnia wyrok

Dopiero po upadku komunizmu państwo polskie mogło powiedzieć to, co dla rodziny było oczywiste od 1948 roku. 30 września 1992 roku Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego uznał wyrok WSR w Warszawie za nieważny. Kasznica został pośmiertnie zrehabilitowany.

To ważne, ale gorzkie: unieważnienie wyroku nie cofa czasu. Nie odwraca tortur. Nie oddaje utraconych lat rodzinie. Jest jednak państwowym przyznaniem, że mord ubrano w togę i paragraf.

Łączka: z ziemi wyszło nazwisko

A potem stało się coś, czego system nie przewidział: przyszła epoka ekshumacji i identyfikacji.

Na Powązkach, w Kwaterze „Ł” – na słynnej „Łączce” – odnajdywano szczątki ludzi wrzucanych nocami do dołów. W 2012 roku podczas prac IPN kierowanych przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka odnaleziono szczątki wielu ofiar. Wśród nich – Stanisława Kasznicy. 20 lutego 2013 roku poinformowano o identyfikacji w ramach programu Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów.

I w tym miejscu historia robi zwrot, który jest jak odpowiedź na wszystkie „mundury Wehrmachtu” świata: bezimienny dół oddał imię.

27 września 2015 roku Kasznica został uroczyście pochowany w Panteonie-Mauzoleum Żołnierzy Wyklętych – Niezłomnych na Łączce na Powązkach Wojskowych.

Komuniści przegrali z pamięcią. Po dekadach.

Pamięć – pole bitwy

Kasznica wracał do przestrzeni publicznej stopniowo:

  • pojawiał się na listach ofiar komunizmu,
  • doczekał się tablic pamiątkowych (m.in. w Poznaniu),
  • 20 VIII 2009 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.
  • jego postać upamiętniono również w formie monety kolekcjonerskiej NBP.

A jednocześnie – jak pokazuje wątek warszawskich sporów o nazwy ulic i orzeczenia sądów administracyjnych – pamięć o ofiarach komunizmu wciąż jest przedmiotem politycznego targu i biurokratycznych gier. Czasem próbuje się ją „odkręcić”, czasem „zrelatywizować”, czasem zepchnąć na margines jako „kontrowersję”. W Warszawie Stanisław Kasznica miał zastąpić jako patron ulicy Józefa Balcerzaka, działacza m.in. Komunistycznej Partii Polski. Tak się stał, ale na krótko – komunista Balcerzak jako patron został przywrócony. Decyzję wydał sędzia Piotr Borowiecki, znany ze swoich knajackich wpisów na platformie X oraz na facebooku. W 2018 roku był przewodniczącym składu WSA, który uchylił zarządzenia wojewody mazowieckiego Zdzisława Sipiery z listopada 2017 r. dotyczące zmian nazw 12 ulic w Warszawie w związku z tzw. ustawą dekomunizacyjną – w tym al. Armii Ludowej na al. Lecha Kaczyńskiego. „”Podstawowym błędem i uchybieniem, którego dopuścił się wojewoda mazowiecki, jest brak wykazania w uzasadnieniu tych zarządzeń, dlaczego dotychczasowa nazwa ulicy zmienianej tymi zarządzeniami wypełnia dyspozycje ustawy dekomunizacyjnej” – uzasadnił WSA.

Jak widać – walka o pamięć się nie skończyła

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania