Likwidują służby, rośnie korupcja

Najpierw zniknęły wyspecjalizowane piony do walki z przestępczością gospodarczą, dziś na celowniku jest CB. Krytycy alarmują, że państwo po raz kolejny rozbraja się samo, a skutki mogą być groźne: więcej korupcji, więcej układów i mniej realnej kontroli nad wielkimi aferami polityczno-biznesowymi.

Tutaj pisałam o aferze Rywina: https://dorotakania.pl/2025/09/24/afera-rywina-kulisy-jednego-z-najwiekszych-skandali-iii-rp/

Najpierw rozbito wyspecjalizowane komórki do walki z przestępczością gospodarczą, potem ograniczano kolejne narzędzia do ścigania korupcji, a dziś trwa spór o przyszłość CBA. Przypadek? Krytycy alarmują, że Polska już raz zapłaciła za takie decyzje ogromną cenę. Na przełomie lat 1989–1990, gdy likwidowano struktury zajmujące się gospodarczym podziemiem, otworzyła się przestrzeń dla ludzi, którzy potrafili doskonale odnaleźć się w chaosie transformacji. Dziś przeciwnicy planowanych zmian ostrzegają: historia może się powtórzyć. Tym bardziej że na liście głośnych spraw przewijają się nazwiska Sławomira Nowaka, Tomasza Grodzkiego, Stanisława Gawłowskiego, Romana Giertycha czy Włodzimierza Karpińskiego.

Rozbrojenie państwa po 1989 roku

Na przełomie lat 1989 i 1990, w czasie przekształcania Milicji Obywatelskiej w Policję, zlikwidowano wyspecjalizowane wydziały zajmujące się zwalczaniem przestępczości gospodarczej. Ich kompetencje przejęły ogólne piony kryminalne. W praktyce miało to oznaczać reorganizację. W rzeczywistości — jak wskazują krytycy tamtych zmian — skończyło się osłabieniem państwa wobec nowych form przestępczości.

Efekt miał być katastrofalny. W czasie transformacji ustrojowej gwałtownie rosła skala przestępstw związanych z obrotem gospodarczym, kantorami, finansami i wyłudzeniami, a aparat państwowy dopiero uczył się reagować na nowe mechanizmy działania sprawców. W opinii wielu obserwatorów był to czas, w którym osoby działające na styku biznesu, polityki i służb mogły prowadzić interesy z dużo mniejszym ryzykiem niż wcześniej.

To właśnie w takim klimacie mieli funkcjonować ludzie kojarzeni później z wielkimi aferami gospodarczymi III RP — od Ireneusza Sekuły, przez postacie przewijające się w sprawie Art-B, aż po innych graczy określanych mianem „białych kołnierzyków”.

Powtórka z historii?

Podczas rządów koalicji PO-PSL w 2013 roku doszło do kolejnej głośnej reorganizacji. W Komendzie Głównej Policji zlikwidowano wydziały zajmujące się przestępczością gospodarczą oraz korupcją. Zmiana była elementem reformy, która miała „odchudzić” centralę i ograniczyć liczbę biur.

Resort spraw wewnętrznych przekonywał, że policjanci zostaną przesunięci do komend wojewódzkich, gdzie będą skuteczniej zwalczać korupcję i przestępczość ekonomiczną. Problem w tym, że część funkcjonariuszy i ekspertów od początku alarmowała, iż rozproszenie kompetencji osłabi skuteczność państwa. Ich zdaniem z korupcją, wyłudzeniami, praniem pieniędzy i aferami przetargowymi najlepiej radzą sobie właśnie wyspecjalizowane komórki, a nie rozproszone struktury terenowe.

Wydziały do spraw przestępczości ekonomicznej oraz korupcji wchodziły wcześniej w skład Biura Kryminalnego. Ich likwidacja stała się dla przeciwników reformy symbolem kolejnego demontażu narzędzi, które powinny być wzmacniane, a nie osłabiane.

CBA na celowniku

Dziś polityczny spór dotyczy przyszłości Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Przeciwnicy planów likwidacji tej służby podkreślają, że CBA było formacją wyspecjalizowaną właśnie do walki z korupcją w życiu publicznym i gospodarczym. W ich ocenie przekazanie tych zadań różnym instytucjom oznacza nie reformę, lecz decentralizację odpowiedzialności.

W ostrych słowach mówił o tym poseł PiS Władysław Dajczak, który ocenił projekt jako wadliwy nie tylko prawnie, ale też logicznie i strukturalnie. Według niego ustawa, która w tytule ma mówić o koordynacji działań antykorupcyjnych, w praktyce rozmywa kompetencje i osłabia realną walkę z patologiami.

Politycy PiS zwracają uwagę, że zgodnie z założeniami projektu zadania antykorupcyjne miałyby realizować trzy różne instytucje: Policja, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Krajowa Administracja Skarbowa. Krytycy zmian podnoszą, że choć służby te mają własne uprawnienia, to nie były tworzone jako odrębna, elitarna formacja do systemowego ścigania korupcji politycznej i urzędniczej.

Czym jest CBA i dlaczego jego likwidacja budzi tak duże emocje?

Centralne Biuro Antykorupcyjne to służba specjalna Rzeczypospolitej Polskiej powołana do zwalczania korupcji w życiu publicznym i gospodarczym, zwłaszcza w instytucjach państwowych i samorządowych, a także do ścigania działań godzących w interesy ekonomiczne państwa.

Postulat utworzenia CBA pojawił się w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości z 2005 roku. Projekt ustawy wpłynął do Sejmu 23 stycznia 2006 roku. Zwolennicy powołania Biura przekonywali wówczas, że dotychczasowe służby traktowały walkę z korupcją jedynie jako jedno z wielu zadań, przez co działania były rozproszone i mało skuteczne. Pomysł był jasny: stworzyć nowoczesną, elitarną, budowaną od podstaw formację, która skupi się wyłącznie na tej sferze.

Ustawę o CBA Sejm uchwalił 12 maja 2006 roku, a 13 czerwca podpisał ją prezydent. Od tego momentu Biuro stało się jednym z najważniejszych instrumentów państwa w walce z łapownictwem, ustawianiem przetargów, wyłudzeniami, nielegalnym finansowaniem polityki i działaniami uderzającymi w majątek publiczny.

W ustawie o CBA pojęcie korupcji zostało ujęte bardzo szeroko. Obejmuje ono nie tylko klasyczne wręczanie lub przyjmowanie korzyści przez funkcjonariuszy publicznych, lecz także działania podejmowane w toku działalności gospodarczej, jeżeli służą uzyskaniu nieuprawnionych korzyści lub naruszają interes publiczny.

Chodzi zarówno o sytuacje, gdy ktoś oferuje nienależną korzyść osobie pełniącej funkcję publiczną, jak i wtedy, gdy taka osoba sama jej żąda lub przyjmuje ją w zamian za określone działanie albo zaniechanie. Ustawa obejmuje też przypadki korupcyjne pojawiające się w relacjach biznesowych związanych z kontraktami publicznymi, zobowiązaniami wobec instytucji państwowych czy wpływaniem na decyzje administracyjne.

To właśnie dlatego obrońcy CBA podkreślają, że likwidacja wyspecjalizowanej formacji oznaczałaby osłabienie państwa na polu, które wymaga nie tylko klasycznej pracy śledczej, ale również analizy finansowej, operacji specjalnych, kontroli oświadczeń majątkowych i wieloletniego rozpracowywania mechanizmów korupcyjnych.

Zakres działania CBA: od łapówek po wielkie interesy państwa

Zadania CBA obejmują rozpoznawanie, zapobieganie i wykrywanie przestępstw przeciwko działalności instytucji państwowych, samorządu terytorialnego, wymiarowi sprawiedliwości, obrotowi gospodarczemu, finansowaniu partii politycznych czy obowiązkom podatkowym — o ile pozostają one w związku z korupcją lub działalnością godzącą w interesy ekonomiczne państwa.

Biuro ma również ujawniać przypadki łamania przepisów ograniczających prowadzenie działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne, kontrolować prawidłowość oświadczeń majątkowych, analizować mechanizmy przetargowe oraz badać nieprawidłowości przy prywatyzacji, komercjalizacji, zamówieniach publicznych, koncesjach, ulgach czy gwarancjach kredytowych.

To właśnie ten szeroki katalog kompetencji sprawia, że spór o przyszłość Biura ma dziś tak ogromny ciężar polityczny i medialny.

Lista głośnych spraw. To dlatego likwidacja CBA budzi polityczną burzę

Przeciwnicy likwidacji CBA przypominają, że służba prowadziła lub współprowadziła sprawy dotyczące znanych polityków i osób publicznych kojarzonych z obozem Platformy Obywatelskiej. Wśród najczęściej przywoływanych nazwisk pojawiają się Sławomir Nowak, Tomasz Grodzki, Stanisław Gawłowski, Roman Giertych czy Włodzimierz Karpiński.

Dla jednych to dowód, że państwo potrafiło sięgać po najtwardsze narzędzia wobec ludzi z najwyższych szczebli władzy. Dla drugich — materiał do oskarżeń o polityczne wykorzystywanie służb. Niezależnie od oceny jedno jest pewne: likwidacja Biura w momencie, gdy w przestrzeni publicznej wciąż żyją tak głośne śledztwa, musiała wywołać potężne emocje.

Sławomir Nowak. Korupcja, pranie pieniędzy i sprawa, która wciąż budzi pytania

Sławomir Nowak, były minister transportu w rządzie Donalda Tuska, odszedł z polskiej polityki po aferze związanej z niewpisanym do oświadczenia majątkowego zegarkiem. Później został szefem ukraińskiej agencji drogowej Ukrawtodor.

W 2021 roku prokuratura oskarżyła go o kilkanaście przestępstw, głównie o charakterze korupcyjnym. Według śledczych miał przyjmować korzyści majątkowe i obietnice takich korzyści, a także wspierać określone podmioty w postępowaniach związanych z zamówieniami publicznymi dotyczącymi remontów dróg na Ukrainie. Wątek ukraiński miał dotyczyć kwoty przekraczającej 6,1 mln zł.

Byłego ministra oskarżono również o pranie brudnych pieniędzy. Chodziło o blisko 8 mln zł. Z kolei w „wątku polskim” śledczy twierdzili, że Nowak miał przyjąć co najmniej 320 tys. zł łapówek za pomoc w uzyskiwaniu stanowisk i kontraktów w spółkach Skarbu Państwa. Pojawił się też zarzut przyjęcia 760 tys. zł w związku z organizacją spotkania przedstawicieli spółki deweloperskiej z władzami Gdańska.

Jedna z odnóg tej sprawy została umorzona z powodu uznanego przez sąd „oczywistego braku podstaw oskarżenia”, co samo w sobie było skandalem a Nowak ogłosił publicznie jako potwierdzenie swojej niewinności. Główny proces wciąż jednak pozostaje symbolem jednej z najgłośniejszych afer korupcyjnych ostatnich lat.

Afera śmieciowa w Warszawie. Miliony w tle i zarzuty dla Włodzimierza Karpińskiego

Ogromne emocje budzi również tzw. afera śmieciowa w Warszawie. Śląski wydział Prokuratury Krajowej skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko 17 osobom. Wśród oskarżonych znaleźli się m.in. były szef Pracodawców RP Rafał Baniak oraz były sekretarz w warszawskim ratuszu, były minister skarbu i były europoseł Włodzimierz Karpiński.

Z ustaleń śledczych wynika, że Karpiński, działając wraz z innymi osobami, miał przyjąć korzyść majątkową w wysokości 5,2 mln zł. Według prokuratury stworzono mechanizm oparty na nierzetelnych fakturach VAT, który miał służyć pozyskaniu pieniędzy na łapówki. Łączna wartość takich faktur miała wynieść 14,3 mln zł.

Mechanizm, jak opisują prokuratorzy, miał polegać na wystawianiu faktur za gotowość do wynajmu maszyn, których w rzeczywistości spółki nigdy nie posiadały. Środki wypłacane na podstawie takich dokumentów miały następnie trafiać do konkretnych osób w gotówce. W zamian — według prokuratury — miało dojść do zmiany istotnych warunków zamówień w MPO w Warszawie, co pozwoliło określonej grupie skutecznie walczyć o kontrakty warte ponad 500 mln zł.

To jedna z tych spraw, które pokazują, jak bardzo korupcja, fałszywe faktury, zamówienia publiczne i pranie pieniędzy mogą się ze sobą splatać.

Stanisław Gawłowski. Sąd odrzucił narrację o „spreparowanej sprawie”

W przypadku Stanisława Gawłowskiego szczególne znaczenie ma opublikowane uzasadnienie wyroku, w którym sąd wyraźnie zaznaczył, że nie można tłumaczyć sprawy politycznym „spreparowaniem” przez tzw. pisowską prokuraturę.

Sąd Okręgowy w Szczecinie wskazał, że kluczowe etapy śledztwa toczyły się w okresie, gdy prokuratura działała jeszcze w warunkach rządów PO, pod kierownictwem Andrzeja Seremeta, a następnie ministrów sprawiedliwości związanych z Platformą Obywatelską. W ocenie sądu podważa to tezę, że sprawa została zbudowana wyłącznie na polityczne zamówienie.

Z ustaleń sądu wynika, że początkowo śledztwo w sprawie tzw. afery melioracyjnej w ogóle nie dotyczyło samego Gawłowskiego. Dopiero w czerwcu 2014 roku jeden z głównych uczestników wątku gospodarczego zaczął składać wyjaśnienia, ujawniając kulisy możliwego wręczania korzyści majątkowych politykowi. Wtedy pojawił się m.in. wątek apartamentu w Chorwacji oraz relacje przedsiębiorców, którzy — według ustaleń sądu — mieli przekazywać politykowi pieniądze w zamian za przychylność przy decyzjach dotyczących kontraktów publicznych.

Nieprawomocny wyrok zapadł 31 lipca 2025 roku. Gawłowski został skazany na pięć lat więzienia. Sprawa pozostaje jednym z najmocniejszych argumentów tych, którzy twierdzą, że bez wyspecjalizowanych służb państwo pozostaje ślepe wobec polityczno-biznesowych układów.

Tomasz Grodzki i „kopertowa sprawa”. Immunitet, świadkowie i wieloletni spór

Ogromne emocje od lat budzi również sprawa Tomasza Grodzkiego. Postępowanie dotyczące możliwej korupcji w szpitalu Szczecin-Zdunowo zostało wszczęte 10 grudnia 2019 roku. W kolejnych tygodniach pojawiali się następni świadkowie, którzy opisywali sytuacje, w których — według ich relacji — za operacje miały być wręczane pieniądze.

20 grudnia 2019 roku sprawa zaczęła bezpośrednio dotyczyć już samego marszałka Senatu. Z czasem liczba świadków rosła, a śledczy informowali o wielu wątkach korupcyjnych. 25 stycznia 2020 roku podawano, że liczba osób zeznających przeciwko Grodzkiemu sięgnęła kilkunastu, natomiast później mówiono już o ponad 180 przesłuchanych świadkach i 14 zdarzeniach korupcyjnych, z których część nie uległa przedawnieniu.

22 marca 2021 roku Prokuratura Krajowa skierowała do Senatu wniosek o wyrażenie zgody na pociągnięcie Tomasza Grodzkiego do odpowiedzialności karnej. Chodziło o cztery zarzuty przyjęcia korzyści majątkowych w latach 2006, 2009 i 2012, w kwotach od 1500 do 7000 zł. Ostatecznie 18 maja 2022 roku Senat nie zgodził się na uchylenie immunitetu.

W styczniu 2024 roku poinformowano natomiast o skierowaniu aktu oskarżenia przeciwko 30 osobom w sprawie związanej z wpłatami na rzecz Fundacji Pomocy Transplantologii. W komunikacie prokuratury pojawiła się teza, że inicjatorem procederu miał być Tomasz Grodzki, któremu z uwagi na immunitet nie przedstawiono zarzutów. Sam były marszałek konsekwentnie zaprzecza wszystkim oskarżeniom i twierdzi, że sprawa ma podłoże polityczne.

Wątek ten pokazuje jedno: gdy sprawa dotyczy ludzi z samego szczytu państwa, walka z korupcją niemal natychmiast staje się jednocześnie wojną o narrację, media i instytucje.

Roman Giertych i Polnord. Umorzenie mimo cienia wielomilionowych zarzutów

Kolejną głośną sprawą jest śledztwo dotyczące Romana Giertycha i wątku spółki Polnord. Prokuratura ostatecznie umorzyła śledztwo wobec polityka, choć — jak podkreślano — zarzuty dotyczące m.in. prania brudnych pieniędzy nadal ciążyły na innych uczestnikach postępowania.

Śledczy prowadzili sprawę dotyczącą wyprowadzenia pieniędzy ze spółki deweloperskiej i mechanizmu, w którym kluczową rolę miały odgrywać spółki zakładane na tzw. „słupy”, fikcyjne wierzytelności oraz transakcje mające utrudniać prześledzenie przepływu środków.

Prokurator Jerzy Ziarkiewicz mówił publicznie, że analiza akt sprawy wykazała, iż w latach 2010–2012 łączna kwota przyjęta tytułem wynagrodzenia miała wynosić około 5 mln zł, a część tej sumy miała zostać wypłacona w formie mieszkań. Opisywany przez niego mechanizm zakładał wykorzystanie dwóch spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, które nie prowadziły realnej działalności gospodarczej, lecz miały uczestniczyć w obrocie wierzytelnościami o ogromnej wartości.

Według tej wersji wydarzeń spółki te miały kupować wierzytelności związane z inwestycjami na Wilanowie, a następnie odsprzedawać je dalej w sposób pozwalający zasilić określone podmioty pieniędzmi pochodzącymi ze spółki Polnord. Prokurator twierdził również, że materiał dowodowy dawał podstawę do postawienia zarzutów Romanowi Giertychowi oraz osobom działającym w zarządach spółek.

Do formalnego przedstawienia zarzutów ostatecznie nie doszło. Po objęciu władzy przez koalicję 13 grudnia wątek dotyczący polityka został umorzony, co natychmiast wywołało lawinę pytań o powody takiej decyzji. Politycy PiS zarzucają prokuraturze brak przejrzystości i wskazują, że uzasadnienie decyzji nie zostało ujawnione opinii publicznej.

Likwidacja CBA: realne osłabienie państwa

W centrum sporu jest dziś pytanie zasadnicze: czy państwo może skutecznie walczyć z korupcją, układami polityczno-biznesowymi, wyłudzeniami, praniem pieniędzy i aferami przetargowymi, jeśli likwiduje wyspecjalizowaną służbę stworzoną właśnie do takich zadań?

Zwolennicy zmian twierdzą, że system można uporządkować inaczej, bez odrębnego Biura. Przeciwnicy odpowiadają, że Polska już raz widziała skutki rozpraszania kompetencji — najpierw po 1989 roku, później przy kolejnych reorganizacjach policji. I właśnie dlatego biją na alarm.

Bo kiedy z państwa znikają wyspecjalizowane narzędzia, nigdy nie powstaje próżnia. Tę przestrzeń błyskawicznie wypełniają ci, którzy najlepiej czują się w cieniu: polityczni gracze, urzędnicy podatni na wpływy, biznesmeni od układów i specjaliści od brudnych pieniędzy.

Likwidacja pionów do walki z przestępczością gospodarczą po 1989 roku, ograniczanie wyspecjalizowanych komórek w policji, a dziś plan uderzający w CBA — dla wielu krytyków to nie są oderwane od siebie epizody. To ten sam, powracający schemat: państwo rozmontowuje własne bezpieczniki, a potem ze zdumieniem odkrywa kolejne afery.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania