Kwaśniewscy: system wpływów

Za wizerunkiem byłej pary prezydenckiej kryje się historia, która zaczyna się w PRL, przechodzi przez najgłośniejsze afery III RP i prowadzi do świata wielkiego biznesu i politycznych wpływów. To opowieść o władzy, która nie zniknęła – tylko zmieniła formę.

Powstaje film o Jolancie i Aleksandrze Kwaśniewskich. Dla jednych to gotowy materiał na opowieść o spektakularnym sukcesie: ona — elegancka, błyskotliwa, lubiana przez Polaków pierwsza dama, on — były prezydent, który przez lata uchodził za symbol nowoczesnej, pogodnej i „europejskiej” Polski. Ta historia jest jednakznacznie bardziej złożona — i zdecydowanie mniej pocztówkowa.

Bo jeśli z tej opowieści usunie się PRL-owskie korzenie, polityczne kariery budowane jeszcze w poprzednim systemie, aferę z wykształceniem, Charków, Rywina, Orlen, Petera Vogla, Kulczyka, Burismę, Acron, Wiaczesława Kantora, pytania o majątek, wpływy, fundację, otoczenie dawnych ludzi służb i klimat „czerwonej arystokracji”, to nie zostanie biografia. Zostanie fałszywa legenda.

A legenda — zwłaszcza filmowa — bywa bardzo wygodna. Wygładza twarze, wycisza skandale, zdejmuje ciężar z życiorysów. Tyle że w przypadku Kwaśniewskich prawdziwa opowieść zaczyna się właśnie tam, gdzie kończą się uśmiechnięte zdjęcia z bankietów i telewizyjnych salonów.

Po upadku PRL nie zniknął. Przeciwnie — błyskawicznie odnalazł się w nowych realiach. Mimo, że nie dostał się do sejmu w 1989 roku, z polityki nie zniknął. Współtworzył SdRP, a później Sojusz Lewicy Demokratycznej. W III RP nie spadł znikąd. On po prostu przeszedł z jednego ustroju do drugiego niemal suchą stopą.

Jolanta Kwaśniewska: resortowe korzenie

Równie ciekawa jest biografia Jolanty Kwaśniewskiej, którą przez lata przedstawiano głównie jako klasę, wdzięk i społeczne zaangażowanie. Urodziła się 3 czerwca 1955 roku w Gdańsku jako córka Anny Laskowskiej i Juliana Konty. Matka pracowała jako księgowa, natomiast ojciec był pułkownikiem i szefem łączności Kaszubskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza, formacji funkcjonującej najpierw pod nadzorem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a później MSW.

Formacji, która była częścią służb specjalnych PRL: aparatu represji.

Także życiorys zawodowy Jolanty Kwaśniewskiej nie zaczyna się w próżni. Studiowała prawo na Uniwersytecie Gdańskim, działała w Socjalistycznym Związku Studentów Polskich, pracowała w środowisku spółdzielni studenckich i OHP. Po studiach przeniosła się do Warszawy. Potem była praca w firmie PAAT, związanej z produkcją dla IKEA, a następnie własny biznes najpierw hadel sztuczną biżuterią a potem agencja nieruchomości Royal Wilanów.

To ważne, bo obraz Jolanty Kwaśniewskiej jako osoby wyłącznie „spoza polityki” jest uproszczeniem. Ona także wyrosła w świecie komunistycznych instytucji, kontaktów i środowisk, które w PRL i wczesnej III RP miały znaczenie. Tyle że znacznie lepiej niż mąż potrafiła nadać temu wszystkiemu elegancką, miękką i medialnie atrakcyjną formę.

„Czerwona arystokracja” i życie w zatoce „Czerwonych świń

Kwaśniewscy przez lata stali się symbolem dobrze urządzonej, pewnej siebie, świetnie odnajdującej się w nowej Polsce elity postkomunistycznej. Nieprzypadkowo przewijał się przy nich motyw „czerwonej arystokracji”. Mieszkali w osiedlu na warszawskim Wilanowie, nieoficjalnie nazywanym „zatoką czerwonych świń” — miejscu zbudowanym jeszcze dla ludzi władzy i przez lata kojarzonym z politykami dawnej PZPR, a później SLD.

W tym środowisku spotykały się nazwiska, które przez lata wyznaczały kierunek polskiej polityki: Józef Oleksy, Jerzy Szmajdziński, Janusz Zemke, Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. To była elita — zamknięty krąg wpływów, który z czasem zaczęto określać mianem „czerwonej arystokracji”.

Ale w tle tej historii pojawia się także postać znacznie bardziej niepokojąca. Władimir Ałganow — sowiecki, a później rosyjski oficer wywiadu, który w latach 1981–1992 pełnił funkcję pierwszego sekretarza ambasady ZSRR w Warszawie. Oficjalnie dyplomata. Nieoficjalnie — człowiek służb. Jego nazwisko powracało w kontekście kontaktów z polskimi elitami politycznymi, budząc pytania, które nigdy nie doczekały się jednoznacznych odpowiedzi.

Kilka lat później pojawiła się kolejna sprawa, która tylko wzmocniła atmosferę niejasności wokół tego środowiska.

W 2006 roku, z inicjatywy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ruszyło śledztwo dotyczące wykupu atrakcyjnych mieszkań przy ulicach Wiktorii Wiedeńskiej i Marconich w Warszawie. Lokale w prestiżowej części stolicy w latach 1996–1998 trafiały w ręce polityków po cenach znacząco odbiegających od rynkowych.

Wśród beneficjentów znaleźli się m.in. Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller i Józef Oleksy.

To nie jest tylko anegdota urbanistyczna. To symbol. Bo III RP nie wszędzie oznaczała zerwanie z PRL. Czasem oznaczała po prostu zmianę dekoracji. Te same środowiska, te same nazwiska, podobne układy, tylko pod nowymi szyldami i w lepszych garniturach.

Moskwa, pożyczka i polityczny start w cieniu starszych graczy

W najgłośniejszej aferze dawnej lewicy, czyli moskiewskiej pożyczce, nazwisko Aleksandra Kwaśniewskiego nie było na pierwszym planie. W centrum znaleźli się przede wszystkim starsi działacze: Mieczysław Rakowski, Leszek Miller, Jerzy Jaskiernia. Jednak to, że w tamtej sprawie nie był głównym bohaterem, nie nie był głównym bohaterem, nie znaczy, że pozostawał z boku całej epoki. Po prostu wtedy dopiero szykował się do skoku na wyższy poziom.

I ten skok wykonał. Zrobił to skuteczniej niż wielu starszych towarzyszy. Gdy oni wikłali się w ciężar przeszłości, on opanował język nowej Polski. Nauczył się mówić do mediów, do wyborców, do elit Zachodu. Problem w tym, że pod nowoczesnym opakowaniem coraz częściej zaczęły wychodzić na jaw stare mechanizmy.

1995: cień kłamstwa na starcie

Jesień 1995 roku była momentem przełomowym. Polska wybierała prezydenta, a w wyścigu stanęli naprzeciw siebie dwaj symboliczni kandydaci dwóch epok: urzędujący prezydent Lech Wałęsa i reprezentant postkomunistycznej lewicy — Aleksander Kwaśniewski.

Dla jednych był świeżą twarzą nowej Polski. Dla innych — człowiekiem systemu, który po prostu zmienił dekoracje.

Kampania była brutalna, napięta i pełna emocji. Ale to nie polityczne starcie okazało się najbardziej wybuchowe. Prawdziwa bomba wybuchła gdzie indziej.

W oświadczeniu wyborczym Aleksander Kwaśniewski wpisał, że posiada wyższe wykształcenie. Problem w tym, że — jak szybko ustalono — studiów nie ukończył.

To nie była drobna nieścisłość. To była informacja, która w kampanii prezydenckiej miała znaczenie fundamentalne — dotyczyła wiarygodności kandydata na najwyższy urząd w państwie.

Sprawa natychmiast wywołała polityczny skandal.

Po ogłoszeniu wyników wyborów do Sądu Najwyższego zaczęły napływać protesty.
Złożono ich setki tysięcy. W wielu z nich podnoszono jeden zasadniczy zarzut:
że wyborcy zostali wprowadzeni w błąd, a kandydat, który wygrał wybory, podał nieprawdę o swoim wykształceniu. Są Najwyższy uznał jednak, że ta informacja nie miała wpływu na wynik wyborczy.

Politycznie — sprawa została zamknięta. Ale nie w świadomości opinii publicznej.

Bo choć Aleksander Kwaśniewski został prezydentem, to jego zwycięstwo od samego początku obciążone było cieniem jednej, prostej informacji: na starcie swojej prezydentury skłamał o wykształceniu

I właśnie ten moment — moment pierwszego wielkiego testu wiarygodności — dla wielu stał się zapowiedzią tego, jak w III RP będą rozgrywane sprawy niewygodne.

„Wakacje z agentem”. Długi cień rosyjskich kontaktów

Do legendy polskiego dziennikarstwa śledczego przeszedł cykl „Wakacje z agentem”, opublikowany w 1997 roku w „Życiu”. Artykuły dotyczyły podobno wspólnego pobytu Aleksandra Kwaśniewskiego i rosyjskiego szpiega Władimira Ałganowa we Władysławowie-Cetniewie w 1994 roku.

Prezydent nazwał publikacje „stekiem bzdur” i zapowiedział proces. Potem ukazały się zdjęcia, pojawiły się kolejne relacje, a sprawa stała się jedną z najbardziej gorących batalii medialnych epoki. Ostatecznie sądy uznały, że dziennikarze nie dochowali należytej staranności, choć sama historia na trwałe weszła do politycznej wyobraźni III RP.

Nawet jeśli procesy nie potwierdziły prasowej wersji w pełnym zakresie, jedno pozostało bezsporne: wokół Kwaśniewskiego i jego otoczenia raz po raz pojawiały się wątki rosyjskie, a opinia publiczna coraz częściej zadawała pytanie, czy to tylko przypadek.

Gest, który obnażył mentalność władzy

W cieniu prezydentury Kwaśniewskiego ogromne znaczenie miało jego otoczenie. Jedną z najważniejszych postaci był Marek Siwiec, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, zarejestrowany w materiałach jako TW „Jerzy”. Przez lata był bliskim współpracownikiem prezydenta i człowiekiem z samego centrum układu władzy.

To właśnie Siwiec stał się bohaterem jednej z najbardziej kompromitujących scen końca lat 90. We wrześniu 1997 roku po wyjściu z helikoptera, w obecności rozbawionego otoczenia, naśladował gesty Jana Pawła II — błogosławił zgromadzonych i pocałował ziemię. Na nagraniu słychać było rozbawienie i komentarze. Kiedy materiał ujawniono, wybuchł skandal. Wizerunek elity władzy został nagle odarty z dekoracji. Zobaczono w nim nie klasę i powagę, lecz cynizm, bufonadę i pogardliwy dystans wobec symboli ważnych dla milionów Polaków.

Formalnie Siwiec zapowiedział dymisję, ale nie została ona przyjęta. To także było znamienne.

BBN, WSI i generał Dukaczewski

Kontrowersje wokół otoczenia Kwaśniewskiego nie kończyły się na Siwcu. W przestrzeni publicznej stale powracał temat wpływów ludzi związanych z wojskowymi służbami PRL i późniejszymi strukturami bezpieczeństwa. Jednym z najczęściej przywoływanych nazwisk był gen. Marek Dukaczewski. Dla przeciwników byłego prezydenta nie był to zestaw przypadkowy — polityk o korzeniach w aparacie PRL, bliscy współpracownicy ze środowisk dawnych służb, a wokół tego aura wpływu, szczelności i politycznej odporności.

Jeśli ktoś chciałby uczciwie opowiedzieć biografię Kwaśniewskiego, nie mógłby ominąć pytania o to, na ile prezydentura tego polityka była także prezydenturą środowisk, które w III RP zachowały zadziwiająco dużą ciągłość.

Charków. Kieliszek, chwiejny krok i „choroba goleni”

Jednym z najgłośniejszych skandali w historii polskiej prezydentury pozostaje Charków. Uroczystość w Piatichatkach miała być symbolicznym hołdem dla polskich oficerów zamordowanych przez NKWD. Miała być chwilą powagi, pamięci i państwowej godności. Tymczasem właśnie tam doszło do scen, które dla wielu stały się kompromitujące.

Tutaj pisałam o skandalu w Charkowie: https://dorotakania.pl/2025/09/17/pijany-prezydent-kwasniewski-w-charkowie-jak-media-tuszowaly-skandal-z-1999-roku/

Aleksander Kwaśniewski został sfotografowany i nagrany z kieliszkiem wódki. Świadkowie mówili, że się chwiał, był blady, musiał podpierać się na innych. Wprost padały słowa, że prezydent był pijany. Zamiast prostego wyjaśnienia ruszyła jednak akcja ratunkowa. Kancelaria Prezydenta mówiła o pomówieniach, a oficjalne tłumaczenie przeszło do historii politycznych kuriozów: „pourazowy zespół przeciążeniowy goleni prawej”.

To zdanie na długo weszło do języka politycznego absurdu. Przez lata sprawę próbowano relatywizować, wyciszać, przykrywać. Dopiero po czasie sam Kwaśniewski przyznał, że wtedy pił alkohol. Skandal pozostał. I nie chodziło wyłącznie o sam fakt picia, ale o mechanizm obrony władzy: zaprzeczanie, zasłanianie się urzędowym bełkotem i wpychanie opinii publicznej w świat jawnie niewiarygodnej wersji wydarzeń.

TW „ALEK

W biografii Aleksandra Kwaśniewskiego jest jeden wątek, który przez lata powracał z wyjątkową siłą — i równie konsekwentnie znikał w półcieniach niedopowiedzeń. Chodzi o sprawę rejestracji jako TW „Alek” oraz dokumentów, które zniknęły w kluczowym momencie historii.

Aleksander Kwaśniewski został zarejestrowany przez Służbę Bezpieczeństwa jako tajny współpracownik (TW) o pseudonimie „Alek” w czerwcu 1983 roku. W ewidencji operacyjnej figurował pod numerem 72 204 do września 1989 roku. 

 W 2000 roku, podczas kampanii wyborczej, Aleksander Kwaśniewski – jako kandydat na urząd prezydenta – złożył oświadczenie lustracyjne.  Oświadczył w nim, że nie był współpracownikiem organów bezpieczeństwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Sąd uznał wówczas, że słowa polityka są zgodne z prawdą.

W 2009 roku historyk IPN Piotr Gontarczyk opublikował analizę, która ponownie rozpaliła tę dyskusję. Według niego Kwaśniewski jako „prominentny członek władz PRL” pojawia się w latach 80. w wielu dokumentach Służby Bezpieczeństwa. To nie były przypadkowe wzmianki, lecz fragment większego obrazu — obrazu człowieka funkcjonującego w samym środku systemu.

W jednej z notatek biograficznych z 1984 roku SB pisała o nim bez ogródek:
„dominantą jego działań i aspiracji jest dążność do objęcia eksponowanego stanowiska w strukturach władzy”

Trudno o bardziej precyzyjne streszczenie drogi politycznej, która kilka lat później zaprowadziła go do najwyższego urzędu w państwie.

Ale to nie wszystko. Gontarczyk zwracał uwagę, że dokumenty SB zawierały również fragmenty dotyczące weryfikowania informacji o domniemanym żydowskim pochodzeniu Kwaśniewskiego. Funkcjonariusze mieli sprawdzać także jego ojca, Zdzisława Kwaśniewskiego, i — jak wynika z ustaleń — uzyskać informacje, że w prywatnych rozmowach mówił on o swoim pochodzeniu.

Sam historyk przyznawał, że początkowo chciał ten wątek pominąć. Zdecydował się jednak go opisać, gdy materiały te wcześniej trafiły do obiegu medialnego, m.in. za sprawą publikacji w „Dzienniku”.

Jednocześnie Gontarczyk podkreślał coś jeszcze ważniejszego: w sprawie Kwaśniewskiego pozostaje „wiele fundamentalnych znaków zapytania”

Według jego ustaleń dokumentacja dotycząca „Alka” została najprawdopodobniej zniszczona jesienią 1989 roku — w momencie, gdy system się rozpadał, a archiwa zaczynały znikać lub być „porządkowane”. Ale — jak zaznaczał — nie można wykluczyć, że część materiałów została wyniesiona poza archiwum MSW.

To właśnie ten brak dokumentów stał się osią sporu.

Afera Rywina – „mogę zatańczyć i zaśpiewać”

Na początku XXI wieku Polska weszła w jeden z najbardziej burzliwych okresów swojej najnowszej historii. Kolejne tygodnie przynosiły nowe informacje, przecieki, nagrania i zeznania. W centrum uwagi znalazła się afera Rywina — sprawa, która obnażyła mechanizmy władzy, o których wcześniej mówiło się jedynie półgłosem.

To wtedy do języka publicznego weszło pojęcie: „grupa trzymająca władzę”

Tutaj pisałam o aferze Rywina: https://dorotakania.pl/2025/09/24/afera-rywina-kulisy-jednego-z-najwiekszych-skandali-iii-rp/

Według ustaleń sejmowej komisji śledczej, producent filmowy Lew Rywin miał złożyć Adamowi Michnikowi propozycję korupcyjną — w zamian za korzystne zmiany w ustawie medialnej. Sprawa szybko przestała być jedynie historią o jednym człowieku. Zaczęła prowadzić znacznie wyżej.

W tle pojawiło się nazwisko Aleksandra Kwaśniewskiego.

Z ustaleń komisji wynikało, że prezydent wiedział o spotkaniu Rywina z Michnikiem oraz o charakterze składanej propozycji. Innymi słowy — miał świadomość, że w grę wchodzi poważna próba wpływania na prawo i media w Polsce.

W takiej sytuacji naturalnym krokiem było wezwanie głowy państwa przed komisję śledczą. Ale odpowiedź była… zaskakująca: „Mogę się stawić. Mogę zaśpiewać i zatańczyć, tylko niech pan powie, po co?”

To zdanie przeszło do historii. Nie tylko jako przykład politycznej ironii, ale przede wszystkim jako sygnał — że człowiek stojący na szczycie władzy nie zamierza tłumaczyć się z wiedzy o jednej z największych afer III RP. Symbol arogancji władzy.

Orlen, Kulczyk i „Pierwszy”

Jeszcze mocniej zrobiło się przy pracach komisji śledczej ds. afery Orlenu. Wtedy na jaw wychodziły kolejne informacje o relacjach Aleksandra Kwaśniewskiego z Janem Kulczykiem, jednym z najpotężniejszych biznesmenów III RP. Ujawniono tajną notatkę wywiadu dotyczącą spotkania Kulczyka z Władimirem Ałganowem w Wiedniu. W tle była sprawa sprzedaży Rafinerii Gdańskiej, a w notatce miał paść sygnał, że Kulczyk powołuje się na poparcie prezydenta, określając go jako „Pierwszego”.

Ten język mówił bardzo wiele. Pokazywał nie tyle oficjalne relacje państwa z biznesem, ile zamknięty świat wpływów, kodów i pośredników. Świat, w którym polityk najwyższego szczebla nie jawi się jako bezstronny strażnik państwa, lecz jako punkt odniesienia dla najtwardszych interesów.

Peter Vogel, czyli „kasjer lewicy”, i najbardziej niewiarygodne ułaskawienie

Przy okazji afery Orlenu wyszła inna sporawa, jedną z najbardziej szokujących decyzji prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego: ułaskawienie Petera Vogla vel Filipczyńskiego, człowieka znanego jako „kasjer lewicy”. To postać niemal filmowa: w PRL skazany za morderstwo, w tajemniczych okolicznościach wychodzi z więzienia, wyjeżdża na Zachód, wraca jako szwajcarski bankier i zaczyna pojawiać się w pobliżu najważniejszych postaci życia publicznego.

Wokół Vogla narosły opowieści o tajnych kontach polskich polityków w Szwajcarii, finansowych przepływach i nieformalnym zapleczu elit lewicy. Kiedy Kwaśniewski tłumaczył, że nie znał szczegółów sprawy i zaufał pozytywnym opiniom sądów oraz prokuratury, wielu odbierało to jako wyjaśnienie niewiarygodne. Trudno było uwierzyć, że głowa państwa, decydując o losie takiej postaci, działała niemal w ciemno.

To właśnie ten rodzaj historii sprawia, że film o Kwaśniewskich bez wątku Vogla byłby zwykłą ucieczką od prawdy.Kwaśniewski ułaskawił łącznie 4245 osób. Sama liczba jeszcze o niczym nie przesądza, ale lista niektórych nazwisk zrobiła ogromne wrażenie. Obok Vogla znalazł się tam choćby Zbigniew Sobotka, skazany w związku z aferą starachowicką. Ta sprawa dotyczyła przecieku informacji do polityków SLD o działaniach organów ścigania. Ułaskawienie człowieka z samego środka polityczno-policyjnego układu musiało budzić pytania.

Właśnie w takich momentach najsilniej wracał zarzut, że prezydent nie stoi ponad plemieniem swojej formacji, lecz w najważniejszych chwilach osłania ludzi systemu.

Fundacja Jolanty Kwaśniewskiej

Wizerunek Jolanty Kwaśniewskiej budowano przez lata jako bezdyskusyjnie pozytywny. Jej fundacja „Porozumienie bez barier” faktycznie angażowała się w sprawy ważne społecznie, zwłaszcza dotyczące osób z niepełnosprawnościami. Ale i tutaj pojawiły się pytania, których w eleganckiej opowieści zwykle się nie eksponuje.

Już na etapie organizowania zaplecza fundacji pojawiły się zarzuty, że żona prezydenta wykorzystywała wpływy polityczne męża, kierując do wojewodów pisma, które miały pomóc w tworzeniu list potencjalnych darczyńców. Potem ujawniono, że pieniądze przekazywały duże firmy i spółki, w tym PKN Orlen, Kulczyk Holding, Bartimpex, PTK Centertel, Grupa Żywiec i inne duże podmioty. Sama lista darczyńców była objęta tajemnicą, a gdy pojawiły się pytania ze strony komisji śledczej ds. PKN Orlen, Kwaśniewska odmówiła jej ujawnienia, powołując się na opinie prawne.

W tle działalności fundacji Jolanty Kwaśniewskiej pojawiały się nazwiska ludzi biznesu związanych z najgłośniejszymi sprawami gospodarczymi III RP. Wśród nich byli Aleksander Żagiel oraz Andrzej Kuna — przedsiębiorcy, którzy w latach 90. współtworzyli w Polsce sieć supermarketów Billa, dziś już nieistniejącą.

Obaj przewijali się także w kontekście prac komisji śledczej ds. PKN Orlen, gdzie analizowano relacje na styku polityki, biznesu i dużych pieniędzy. W tym samym czasie Jolanta Kwaśniewska była przesłuchiwana jako świadek, m.in. w sprawie wątków związanych z zeznaniami składanymi przed komisją.

Choć formalnie nie stwierdzono nieprawidłowości, to zestawienie tych nazwisk w jednym kontekście pokazuje, jak blisko w III RP przenikały się światy, które teoretycznie powinny pozostawać oddzielne.

Komisja ostatecznie nie stwierdziła nieprawidłowości w funkcjonowaniu fundacji. Ale polityczny niesmak pozostał. Bo nawet jeśli wszystko mieściło się w granicach prawa, to pytanie o mieszanie prestiżu urzędu prezydenckiego, wielkiego biznesu i działalności dobroczynnej było jak najbardziej zasadne.

W pewnym momencie popularność Jolanty Kwaśniewskiej była tak duża, że zaczęto mówić o jej starcie w wyborach prezydenckich. Przez długi czas sama nie ucinała tych spekulacji definitywnie. Sondaże dawały jej bardzo wysokie notowania, a ona budowała obraz osoby doskonale przygotowanej do najwyższych funkcji państwowych.

Ostatecznie nie wystartowała, ale sam fakt, że taka możliwość była realnie rozważana, pokazuje skalę politycznego kapitału, jaki zgromadziła była pierwsza dama. W tym sensie nie była tylko ozdobą prezydentury męża. Była jednym z najważniejszych aktywów jego obozu.

Biznes po prezydenturze

Po odejściu z urzędu Aleksander Kwaśniewski nie zniknął z życia publicznego. Przeciwnie — wszedł w świat wielkiego biznesu, doradztwa i międzynarodowych kontaktów. Jego nazwisko zaczęło pojawiać się obok takich podmiotów jak Goldman Sachs, obok ludzi z otoczenia Nursułtana Nazarbajewa, a także przy ukraińskich i rosyjskich oligarchach.

Były prezydent tłumaczył, że działa legalnie, przejrzyście i po prostu zarabia na swojej wiedzy oraz kontaktach. Krytycy zadawali jednak inne pytanie: czy dawny prezydent państwa może bez poważnego zgrzytu moralnego wchodzić w interesy z ludźmi i strukturami tak obciążonymi politycznie?

Burisma. Kwaśniewski w radzie spółki oligarchy Janukowycza

W 2014 roku nazwisko Kwaśniewskiego pojawiło się w radzie dyrektorów cypryjskiej spółki gazowej Burisma Holdings, kontrolowanej przez Mykołę Złoczewskiego, byłego ministra z obozu Wiktora Janukowycza. Złoczewski był typowym oligarchą postsowieckiej Ukrainy — łączył wpływy polityczne z prywatnym biznesem i, według licznych ocen, podejmował decyzje publiczne w taki sposób, by korzystały na tym jego własne interesy.

Kwaśniewski utrzymywał, że jest tylko doradcą, zajmuje się analizą polityczną, a rada dyrektorów nie ma charakteru operacyjnego. Problem polegał na tym, że według części publikacji dokumenty spółki sugerowały znacznie większy zakres uprawnień. Jeszcze bardziej kontrowersyjny był moment wejścia do Burismy — czas Majdanu, czas wojny o kierunek Ukrainy, czas starcia interesów Wschodu i Zachodu.

To nie był zwykły kontrakt menedżerski. To była decyzja obciążona wielką polityką.

Acron, Grupa Azoty i pytanie o lobbing dla rosyjskich interesów

Kolejny rozdział tej historii to sprawa Acronu, rosyjskiego producenta nawozów należącego do oligarchy Wiaczesława Kantora. W 2013 roku Aleksander Kwaśniewski i jego współpracownicy mieli lobbować na rzecz tej firmy w kontekście przejęcia Grupy Azoty. Sprawa była wyjątkowo delikatna, ponieważ Azoty są firmą o znaczeniu strategicznym. Zużywają ogromną część gazu w Polsce, a więc kwestia ich własności nie była wyłącznie gospodarczą transakcją, lecz dotykała bezpieczeństwa państwa.

Kwaśniewski znał Kantora od dawna. Jeszcze jako prezydent odznaczył go wysokim odznaczeniem państwowym. Później zasiadali razem w jednej fundacji. Wypowiedzi współpracowników byłego prezydenta wskazywały, że prowadzono rozmowy z politykami różnych opcji, badano grunt, sprawdzano klimat wokół ewentualnej transakcji. Padały nawet opowieści, że przejęte zakłady mogłyby sponsorować klub piłkarski.

W tej historii najbardziej uderzające było co innego: zaskakująca lekkość, z jaką ludzie dawnej władzy poruszali się między polityką, biznesem i wpływem na strategiczne decyzje gospodarcze.

Ordynacka. Towarzystwo, które nie zniknęło

W tle całej tej opowieści przewija się jeszcze jedno środowisko — Ordynacka, stowarzyszenie wywodzące się z kręgu dawnych działaczy SZSP i ZSP. Dla jednych to tylko relikt minionej epoki. Dla innych — symbol sieci wpływów, która przetrwała transformację i znakomicie odnalazła się w realiach III RP.

To właśnie z tego środowiska wywodziło się wielu ludzi, którzy współtworzyli politykę, biznes i media po 1989 roku. Aleksander Kwaśniewski był jednym z najbardziej rozpoznawalnych przedstawicieli tej formacji — ale nie jedynym.

I choć przez lata mogło się wydawać, że znaczenie Ordynackiej słabnie, że to już historia zamknięta, rozdział dawno zakończony — rzeczywistość pokazała coś zupełnie innego.

Ci ludzie nie zniknęli. Oni po prostu przeczekali.

Po latach w przestrzeni publicznej znów zaczęły wybrzmiewać nazwiska dobrze znane z tamtego kręgu. Marek Siwiec. Włodzimierz Czarzasty. Politycy, którzy wrócili — już nie jako relikt przeszłości, ale jako aktywni uczestnicy współczesnej sceny politycznej.

To właśnie tutaj ta historia zatacza koło.

Bo opowieść o Aleksandrze i Jolancie Kwaśniewskich to nie tylko biografia jednej pary. To opowieść o systemie, który nie zniknął wraz z końcem PRL. Systemie, który zmienił język, styl i dekoracje — ale w wielu miejscach zachował swoje mechanizmy, relacje i wpływy. Od PRL, przez III RP, po współczesność.

Ta historia nigdy się naprawdę nie skończyła.

Zmieniły się nazwiska na szyldach, zmienił się język, zmieniła się scenografia.
Ale mechanizmy — często pozostały te same.

Kwaśniewscy nie są tylko bohaterami opowieści o sukcesie III RP.
Są częścią systemu, który nauczył się przetrwać każdą zmianę.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania