Janina Lewandowska nie miała zginąć. Nie była żołnierzem frontowym, nie musiała iść na wojnę — a jednak znalazła się w samym centrum jednej z największych zbrodni XX wieku. Córka generała Józefa Dowbora-Muśnickiego, dowódcy zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, została jako jedyna kobieta zamordowana w Katyniu. Jej historia to nie tylko opowieść o śmierci, ale o wyborze, odwadze i pamięci, którą przez lata próbowano zagłuszyć. Dziś wraca z pełną siłą dzięki książce Agaty Puścikowskiej, dostępnej w sprzedaży od kilku tygodni. „Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej„. Wydawnictwo ZNAK
To nie jest kolejna grzeczna opowieść o „bohaterce z podręcznika”. To książka, która zrywa z wygodnym schematem, odrywa Janinę Lewandowską od pomnikowego cokołu i pokazuje ją taką, jaką była naprawdę: jako córkę generała, kobietę z pasją, lotniczk, osobę targaną dramatami rodzinnymi, naznaczoną chorobą, dojrzewającą w cieniu wielkiej historii i ostatecznie zmiażdżoną przez jeden z najpotworniejszych mechanizmów XX wieku.
A przede wszystkim przypomina rzecz, która powinna wybrzmiewać w Polsce dużo mocniej niż dotąd: Janina Lewandowska była jedyną kobietą zamordowaną w Katyniu.
To zdanie zna wielu. Ale niewielu naprawdę rozumie, co się za nim kryje.
Bo za tym jednym zdaniem nie stoi wyłącznie data egzekucji ani dramatyczny dopisek do historii zbrodni katyńskiej. Stoi za nim całe życie — gęste, niespokojne, pełne napięć, ambicji, bólu, marzeń i wyborów, które prowadziły ją przez muzykę, przez lotnictwo, przez wojenny chaos, aż do sowieckiej niewoli. I właśnie dlatego opowieść o Janinie Lewandowskiej porusza mocniej niż niejeden fikcyjny dramat. Bo w tej historii wszystko wydarzyło się naprawdę.
Nie tylko Katyń. Nie tylko śmierć. Nie tylko symbol
Przez lata o Janinie Lewandowskiej mówiono najczęściej jednym tchem z jednym faktem: jedyna kobieta wśród ofiar Katynia. W polskiej pamięci zbiorowej takie skróty bywają wygodne. Szybko porządkują rzeczywistość. Dają prosty komunikat. Pozwalają zamknąć czyjeś życie w jednym zdaniu, jednym haśle, jednym historycznym przypisie.
Ale życie Janiny Lewandowskiej nie mieści się w przypisie.
To była postać o wiele bardziej skomplikowana, bardziej ludzka, a przez to znacznie bardziej przejmująca. Agata Puścikowska — sięgając do archiwów, wspomnień, relacji rodzinnych, dokumentów zebranych w Muzeum Powstańców Wielkopolskich w Lusowie, a także do materiałów wcześniej niepublikowanych — zbudowała portret kobiety, która wymyka się prostym definicjom. Z jednej strony wychowana w domu o silnym etosie patriotycznym i wojskowym rygorze, z drugiej zanurzona w muzyce, kulturze, emocjach. Z jednej strony dzielna i twarda, z drugiej zwyczajna, pełna wahań, pragnień i ludzkich słabości. Z jednej strony córka legendarnego generała, z drugiej — dziewczyna próbująca odnaleźć własną drogę, niekoniecznie tę, którą wyznaczyła jej rodzinna legenda.
To właśnie czyni tę opowieść tak mocną. Janina Lewandowska nie jest tu spiżowym pomnikiem. Jest człowiekiem.
Urodzona w cieniu historii
Janina Antonina Lewandowska z domu Dowbor-Muśnicka przyszła na świat 22 kwietnia 1908 roku w Charkowie. Była córką generała Józefa Dowbora-Muśnickiego i Agnieszki z domu Korsuńskiej. Urodziła się w świecie, który już wtedy pękał pod naporem historii. Imperium rosyjskie chwiało się w posadach, Europa szła ku katastrofie, a losy rodzin takich jak Dowbor-Muśniccy były wpisane w wielką politykę, wojny, przesiedlenia i nieustanne przemieszczanie się między porządkami, które właśnie się kończyły i tymi, które dopiero miały nadejść.
Gdy rodzina po latach dotarła do Polski, ostatecznie osiadła w Lusowie pod Poznaniem. Tam zaczęło się życie pozornie stabilniejsze, ale jednocześnie głęboko naznaczone dyscypliną, poczuciem obowiązku i cieniem wielkiej rodzinnej legendy. Trudno było być dzieckiem Józefa Dowbora-Muśnickiego i nie czuć ciężaru nazwiska. Trudno było dorastać w domu, w którym patriotyzm, wojskowy rygor, pamięć o służbie Polsce i wysokie wymagania były nie dodatkiem, lecz fundamentem codzienności.
A jednak ten dom nie był jednowymiarowy. Obok zasad była w nim także muzyka. To właśnie matka zaszczepiła Janinie zamiłowanie do sztuki. I choć później w życiu córki generała pojawią się szybowce, spadochrony, lotniska, wojskowa łączność i front wojenny, to wszystko zaczęło się od dźwięków.
Dziewczynka, która miała grać, a nie ginąć w lesie katyńskim
Zanim Janina Lewandowska wzniosła się ku niebu, próbowała odnaleźć się w świecie muzyki. Po zdaniu matury w prestiżowym poznańskim gimnazjum generałowej Zamoyskiej rozpoczęła naukę w Państwowym Konserwatorium Muzycznym w Poznaniu. Uczyła się gry na fortepianie, rozwijała śpiew solowy, próbowała wejść w świat sceny. Chciała śpiewać. Chciała być artystką. Przez moment wydawało się, że właśnie to będzie jej droga.
Ale życie Janiny już wtedy zaczęło wymykać się planom.
Kariera muzyczna nie rozwinęła się tak, jak mogła marzyć młoda, ambitna kobieta. Pojawiły się drobne role, okazjonalne występy, epizody, które nie przerodziły się w prawdziwy artystyczny przełom. Występowała pod pseudonimem Janina Doris. Te informacje same w sobie wiele mówią: już wtedy próbowała wyjść poza rolę przypisaną jej przez rodzinne nazwisko. Szukała własnego miejsca, własnej tożsamości, własnej sceny.
To się nie udało. Ale nie dlatego, że brakowało jej charakteru. Przeciwnie — właśnie charakter pchnął ją dalej.
Choroba, która miała przekreślić wszystko
W tej historii jest też wątek, który jeszcze mocniej odsłania skalę jej wewnętrznej siły. W młodości Janina Lewandowska ciężko chorowała. Pojawiają się relacje, że mogła cierpieć na pląsawicę, poważne schorzenie neurologiczne, które przez długi czas mogło niemal wykluczyć ją z normalnego życia. W świecie, w którym kobieta i tak miała wyznaczone ścisłe granice, ciężka choroba mogła być wyrokiem podwójnym: na słabość, zależność i rezygnację z marzeń.
Ale Janina nie była stworzona do rezygnacji.
To jedna z najbardziej poruszających warstw jej biografii. Bo kiedy patrzy się na jej późniejsze życie — szybowce, spadochrony, lotnisko, wojna, niewola, Katyń — łatwo zapomnieć, że wcześniej była dziewczyną, która musiała najpierw wygrać walkę o własną sprawność, o własną przyszłość, o prawo do normalnego życia. To nie była bohaterka z papieru. To była kobieta, która już bardzo wcześnie nauczyła się, że los potrafi uderzać z pełną siłą.
Niebo zamiast sceny
Gdy muzyka nie dała jej spełnienia, Janina odnalazła inną przestrzeń wolności. Tą przestrzenią okazało się lotnictwo.
To był wybór niezwykły. W latach 30. kobieta w świecie lotniczym nadal była wyjątkiem. Oczywiście fascynacja awiacją ogarniała wówczas całą Europę, ale czym innym jest podziwiać samoloty, a czym innym wejść w ten świat naprawdę: szkolić się, ryzykować, skakać, latać, stawać obok mężczyzn i udowadniać, że w powietrzu liczy się charakter, nie płeć.
Janina Lewandowska weszła w ten świat bez reszty. Należała do Aeroklubu Poznańskiego. Szkoliła się w Rządkowie pod Chodzieżą, zdobywając kategorie szybowcowe A i B. Później przechodziła kursy spadochronowe i rozwijała kolejne umiejętności lotnicze. Według popularnie przywoływanych opowieści była nawet pierwszą kobietą w Europie, która oddała skok spadochronowy z wysokości pięciu tysięcy metrów. Niezależnie od tego, jak dziś precyzyjnie weryfikować ten fakt, samo jego funkcjonowanie w opowieściach o Janinie mówi bardzo wiele: była postrzegana jako osoba odważna, bezkompromisowa, przekraczająca granice.
I właśnie dlatego jej historia tak bardzo wykracza poza szkolny schemat „ofiary Katynia”. Janina Lewandowska była kobietą nowoczesną. Nie czekała, aż świat da jej zgodę. Sama brała swoje miejsce.
Córka generała, która nie chciała być tylko „czyjąś córką”
W każdej biografii osób pochodzących z wielkich domów jest pewne ukryte napięcie. Z jednej strony nazwisko otwiera drzwi. Z drugiej — potrafi przygniatać. Człowiek staje się „czyimś dzieckiem”, „czyimś cieniem”, „czyjąś kontynuacją”. W przypadku Janiny Dowbor-Muśnickiej to napięcie musiało być szczególnie silne.
Jej ojciec był legendą. Generał Józef Dowbor-Muśnicki zapisał się w historii Polski jako postać wybitna. Ale dom rodzinny nie był przecież muzeum narodowych cnót. Był żywym organizmem, pełnym emocji, napięć i trudnych doświadczeń. Agata Puścikowska pokazuje, że rodzina Dowbor-Muśnickich nie była rodziną „z obrazka”. Były w niej konflikty, trudne relacje, ciężar wysokich wymagań, poczucie odpowiedzialności niemal nie do uniesienia.
A jednak właśnie ten dom wyposażył Janinę w coś najcenniejszego — w przekonanie, że Polska nie jest abstrakcją, lecz zobowiązaniem. Że służba ojczyźnie nie jest pustym hasłem. Że w chwilach próby nie wolno się usuwać.
To później wróci ze zdwojoną siłą.
Radiotelegrafia, wojskowy rygor i przygotowanie do wojny
W 1936 roku Janina ukończyła dziesięciomiesięczny IX Kurs Juzistek w Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu. Ten fakt ma znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać. Bo choć w popularnych opowieściach o niej często pojawia się obraz „pilotki w mundurze”, rzeczywistość była bardziej złożona. Janina nie była klasycznie wyszkolonym oficerem lotnictwa w sensie zawodowej służby wojskowej, ale miała konkretne, cenne kompetencje i przygotowanie na czas wojny. Uczyła się łączności, radiotelegrafii, sanitariatu, zasad funkcjonowania w warunkach zagrożenia.
Po kursie została skierowana do pracy w urzędzie telegraficzno-telefonicznym we Lwowie, a później pracowała na Poczcie Głównej w Poznaniu. Można powiedzieć, że jej biografia znów rozpięła się między dwoma światami: z jednej strony cywilna codzienność, z drugiej gotowość do chwili próby. Właśnie wtedy dojrzewał w niej typ postawy, który ostatecznie doprowadzi ją tam, skąd już nie wróci.
Bo kiedy we wrześniu 1939 roku Polska stanęła wobec zagłady, Janina nie uznała, że jej to nie dotyczy.
Miłość na chwilę przed wojną
Jest w tej historii również miejsce na miłość — i właśnie dlatego jest ona jeszcze bardziej bolesna. Podczas pokazów szybowcowych w Tęgoborzu koło Nowego Sącza Janina poznała Mieczysława Lewandowskiego, instruktora szybowcowego. Połączyło ich uczucie, ale też wspólna pasja. Nie była to relacja zbudowana na salonowych gestach. To było porozumienie ludzi, których pociągało ryzyko, przestrzeń, wolność i niebo.
W czerwcu 1939 roku wzięli ślub — najpierw cywilny w Poznaniu, potem kościelny w Tęgoborzu. Wszystko wskazywało na to, że zaczynają wspólne życie. Można sobie wyobrazić ten moment: młodzi, zakochani, z planami, z poczuciem, że najważniejsze dopiero przed nimi. A przecież katastrofa już wisiała nad Europą. Wystarczyło kilka tygodni, by wszystko runęło. Agata Puścikowska opisuje wojenne i powojenne losy Mieczysława Lewandowskiego.
Wrzesień 1939. Nie musiała iść, a jednak poszła
To jeden z najważniejszych rysów jej charakteru. Janina Lewandowska nie musiała iść na wojnę, a jednak uznała, że udział w obronie ojczyzny jest jej obowiązkiem. To zdanie nie jest jedynie podniosłym ozdobnikiem. Ono naprawdę oddaje istotę tej postawy.
Nie ma całkowitej pewności, czy otrzymała formalny przydział do konkretnej jednostki. Wiadomo jednak, że w pierwszych dniach wojny ruszyła na wschód, prawdopodobnie dołączając do rzutu kołowego Bazy Lotniczej nr 3, którego zadaniem była ewakuacja personelu i sprzętu w celu tworzenia zapasowych lotnisk. Polska właśnie się rozpadała, front przesuwał się gwałtownie, państwo było ściskane przez dwóch agresorów, a chaos wojenny odbierał ludziom poczucie jakiegokolwiek oparcia.
W takich warunkach wielu próbowało po prostu przeżyć. Ona szła dalej.
Wojenny chaos i tajemnica munduru
To właśnie w tej części jej biografii zaczynają się pytania, na które historia nie dała już pełnej odpowiedzi. Istnieją różne wersje dotyczące tego, w jaki sposób Janina Lewandowska dostała się do niewoli sowieckiej. Jedna z relacji mówi, że została zestrzelona przez Niemców i podczas skoku spadochronowego znalazła się po stronie sowieckiej. Inna — że została schwytana podczas przemarszu i odwrotu. Pojawia się także wersja, zgodnie z którą oficerowie kazali jej założyć mundur podporucznika lotnictwa, aby ochronić ją przed bezpośrednim zagrożeniem ze strony sowieckich żołnierzy.
Ten szczegół brzmi niemal jak gotowa scena filmowa: młoda kobieta, w chaosie rozpadającego się świata, wkłada męski mundur, który ma ją ochronić. A potem właśnie ten mundur staje się jednym z elementów, które przypieczętują jej los.
Bo jeśli Sowietom można było wmówić cokolwiek, to nie to, że mundur nic nie znaczy.
Ostaszków i Kozielsk. Kobieta pośród skazanych
Po wzięciu do niewoli Janina przeszła przez sowiecki system obozowy. Przebywała najpierw w Ostaszkowie, później w Kozielsku. Właśnie tam, w miejscu, które stało się jednym z symboli przygotowań do zbrodni katyńskiej, zapamiętano ją jako osobę dzielną, skupioną i godną.
To niezwykle przejmujące, że w obozowych wspomnieniach nie jawi się jako „sensacja”, jako egzotyczny przypadek kobiety wśród mężczyzn, lecz jako ktoś, kto zachowuje spokój i siłę. Współwięźniowie wspominali, że trzymała się dzielnie, wzorowo znosiła warunki obozowe, uczestniczyła w tajnym życiu religijnym. Śpiewała. Pomagała przy wypiekaniu komunikantów. W świecie upokorzenia i odczłowieczenia próbowała ocalić porządek ducha.
Jednocześnie zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Podczas przesłuchań podała fałszywe dane — zmieniła rok urodzenia, zataiła prawdziwe imię ojca. Wiedziała, że nazwisko Dowbor-Muśnicki dla sowieckiego aparatu może oznaczać coś więcej niż zwykłą tożsamość. To nie była drobna nieścisłość. To była rozpaczliwa próba ratunku.
Nie uratowała jej.
Lista śmierci
Na liście wywozowej nr 040/1 z 20 kwietnia 1940 roku widnieje pod pozycją 53. Sowiecki system działał z zimną precyzją. Człowiek stawał się numerem, aktami, rubryką, transportem, nazwiskiem do odhaczenia. W tym właśnie sensie Katyń był nie tylko miejscem zbrodni, ale też miejscem triumfu nieludzkiej administracji śmierci.
Transport wyruszył około 20 kwietnia. Najprawdopodobniej dwa dni później, 22 kwietnia 1940 roku, Janina Lewandowska została zamordowana przez funkcjonariuszy NKWD w Katyniu. Strzał w tył głowy. Standard sowieckiego ludobójstwa. Rutyna egzekutorów. Koniec życia kobiety, która jeszcze kilka miesięcy wcześniej latała, kochała, planowała, szukała swojego miejsca, żyła.
I jest w tym coś niemal nie do zniesienia: zginęła dokładnie w dniu swoich urodzin.
Jedyna kobieta zamordowana w Katyniu
To właśnie ten fakt najmocniej zapisał się w pamięci historycznej. Janina Lewandowska była jedyną kobietą zamordowaną w Katyniu. Wśród tysięcy polskich oficerów, policjantów, urzędników, przedstawicieli elit państwa polskiego znalazła się jedna kobieta. Sama ta okoliczność jest wstrząsająca. Ale jeszcze bardziej wstrząsające jest to, że przez wiele lat także po śmierci pozostawała jakby ukryta.
Bo historia Janiny nie kończy się na egzekucji.
Niemcy odnajdują ciało i decydują się milczeć
Wiosną 1943 roku, gdy Niemcy prowadzili ekshumacje w Lesie Katyńskim, odnaleźli jej ciało. Była jedyną wydobytą z mogił kobietą. I właśnie ten fakt okazał się dla nich niewygodny. Choć Niemcy chcieli wykorzystać odkrycie katyńskich grobów propagandowo przeciw Sowietom, obecność kobiety wśród ofiar najwyraźniej uznali za element trudny do opanowania, nieprzewidywalny, potencjalnie kłopotliwy. Nie ujawnili tego szerzej.
Tak oto Janina została ukryta po raz drugi — najpierw przez sowiecki aparat śmierci, później przez propagandową kalkulację III Rzeszy.
To jeden z najbardziej uderzających wymiarów tej historii. Nawet jej śmierć nie mogła należeć w pełni do prawdy. Nawet po wydobyciu z ziemi nie odzyskała od razu należnego miejsca w pamięci.
Czaszka ukrywana przez dziesięciolecia
W tej opowieści jest również wątek niemal sensacyjny, ale prawdziwy. Po ekshumacjach jej czaszka, wraz z kilkoma innymi szczątkami ofiar katyńskich, trafiła do Wrocławia. Przewiózł ją niemiecki lekarz medycyny sądowej prof. Gerhard Buhtz. Później przez wiele lat szczątki były ukrywane przez polskiego profesora Bolesława Popielskiego, który nie ujawnił tej tajemnicy aż do kresu własnego życia. Dopiero tuż przed śmiercią, w 1997 roku, przekazał prawdę współpracownikom.
Późniejsze badania potwierdziły, że są to szczątki ofiar katyńskich. Jedną z czaszek zidentyfikowano jako należącą do Janiny Lewandowskiej. Stało się to w 2005 roku metodą superprojekcji. Po 65 latach część jej doczesnych szczątków wróciła do rodzinnego grobowca w Lusowie.
To brzmi niemal nieprawdopodobnie: kobieta zamordowana w Katyniu wraca do domu dopiero po tylu dekadach, po wojnie, po komunizmie, po kłamstwie katyńskim, po milczeniu, po ukrywaniu, po tajemnicy.
A jednak właśnie tak było.
Rodzina rozszarpana przez dwa totalitaryzmy
Historia Janiny Lewandowskiej staje się jeszcze bardziej przejmująca, gdy spojrzeć na los całej rodziny. Jej młodsza siostra, Agnieszka Dowbor-Muśnicka, została zamordowana przez Niemców w Palmirach. Dwie córki generała. Dwa totalitaryzmy. Dwa lasy śmierci. Jedna rodzina.
Trudno o bardziej dojmujący obraz polskiego losu w 1940 roku.
Z jednej strony Katyń, symbol sowieckiej eksterminacji polskich elit. Z drugiej Palmiry, symbol niemieckiego terroru wymierzonego w polską inteligencję i patriotyczne środowiska. Siostry Dowbor-Muśnickie są więc nie tylko bohaterkami osobnej rodzinnej tragedii. Stają się także symbolem Polski rozrywanej jednocześnie przez dwa zbrodnicze systemy.
A przecież na tym dramat rodziny się nie kończył. W biografii Dowbor-Muśnickich pojawiają się także tragiczne losy braci, wewnętrzne pęknięcia, samotność, rozproszenie, cierpienie. Ta rodzina naprawdę nie była rodziną „z obrazka”. I może właśnie dlatego opowieść o Janinie brzmi tak prawdziwie. Nie jest legendą wykutą na potrzeby patriotycznej akademii. Jest opowieścią o realnym człowieku, realnym domu i realnym bólu.
Książka Agaty Puścikowskiej robi coś więcej niż przypomina nazwisko
To dlatego książka Agaty Puścikowskiej jest tak ważna. Nie tylko dlatego, że przypomina o Janinie Lewandowskiej, ale dlatego, że wyciąga ją z dwóch pułapek: z pułapki patosu i z pułapki historycznego skrótu. Oczyszcza jej postać z mitów, uproszczeń i szkolnych klisz. Pokazuje, że ta historia ma znacznie głębszy sens.
To książka o kobiecie, która mogła zostać artystką, a została lotniczką. O córce generała, która nie chciała być tylko dodatkiem do rodzinnej legendy. O osobie chorej, która się nie poddała. O kobiecie nowoczesnej, która w świecie zdominowanym przez mężczyzn znalazła własną drogę. O patriotce, która potraktowała służbę dosłownie. O więźniarce, która nawet w obozie zachowała godność. Wreszcie — o ofierze systemu, którą przez dziesięciolecia ukrywano nawet po śmierci.
Właśnie dlatego ta książka pojawia się dziś w idealnym momencie. W czasach, gdy historia bywa przerabiana na szybkie emocje, polityczne hasła albo internetowe skróty, potrzeba takich opowieści jak ta — gęstych, skomplikowanych, opartych na archiwach, a jednocześnie głęboko ludzkich.
Janina Lewandowska była kimś więcej niż „kobietą z Katynia”
I może właśnie to jest najważniejsze. Bo choć określenie „jedyna kobieta zamordowana w Katyniu” pozostanie z nią na zawsze, to nie może być jedynym kluczem do tej postaci. Janina nie zaczyna się w Katyniu. Nie zaczyna się nawet we wrześniu 1939 roku. Zaczyna się znacznie wcześniej: w domu o silnych zasadach, przy fortepianie, w cieniu rodzinnej legendy, w walce z chorobą, w pierwszych próbach dorosłego życia, na lotniskach, w skokach spadochronowych, w radiotelegraficznym szkoleniu, w miłości, w małżeństwie, w wyborze, by nie stać z boku, gdy ojczyzna płonie.
To wszystko trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć wagę jej śmierci.
Bo tylko wtedy widać wyraźnie, że Katyń nie zamordował anonimowej postaci z historycznej notki. Katyń zamordował konkretną kobietę. Młodą. Odważną. Ambitną. Żywą. Pełną planów. I właśnie dlatego jej historia wciąż tak mocno boli.
Pamięć, która wraca po latach
Dziś Janina Lewandowska jest stopniowo przywracana zbiorowej pamięci. Pośmiertnie awansowano ją do stopnia porucznika. Jej imieniem nazwano ulice, ronda, drużyny harcerskie. W Lusowie przechowywane są pamiątki po niej. Powstały filmy dokumentalne. Jej nazwisko wraca w rocznicowych przemówieniach, publikacjach, uroczystościach. Narodowy Bank Polski wyemitował monetę upamiętniającą zamordowane siostry: Janinę Lewandowską i Agnieszkę Dowbor-Muśnicką.
To wszystko jest ważne. Ale pamięć o Janinie nie powinna kończyć się na tablicach, nazwach ulic czy rocznicowych gestach. Ona zasługuje na coś więcej — na prawdziwe zrozumienie. Na opowieść, która nie odhumanizuje jej po raz kolejny przez samą wzniosłość.
Bo najgłębsza siła tej historii tkwi właśnie w człowieczeństwie.
Są w historii Polski postacie, których los wydaje się niemal zbyt symboliczny, by mógł być prawdziwy. Janina Lewandowska należy do tego grona. Urodzona 22 kwietnia, zamordowana 22 kwietnia. Córka generała. Lotniczka. Kobieta w męskim mundurze pośród tysięcy oficerów. Więźniarka Kozielska. Ofiara NKWD. Jedyna kobieta zabita w Katyniu. Później odnaleziona, ukrywana, odzyskana po dziesięcioleciach.
Ta historia ma w sobie wszystko: dramat osobisty, wymiar narodowy, tajemnicę, śledczy rys archiwalnego dochodzenia, rodzinne napięcia, wielką politykę i intymny ludzki los. Nic dziwnego, że książka Agaty Puścikowskiej budzi tak duże zainteresowanie. Bo opowiada nie tylko o śmierci, lecz o życiu, które było większe niż legenda.
I może właśnie dlatego dziś, gdy ta książka jest już dostępna dla czytelników, warto powiedzieć to wyraźnie: Janina Lewandowska nie może pozostać jedynie historycznym dopiskiem do zbrodni katyńskiej. Powinna wrócić do polskiej pamięci jako pełnowymiarowa bohaterka swojej epoki — kobieta, która nie uciekała przed życiem, nie cofnęła się przed wojną i nie poddała się nawet wtedy, gdy wszystko zostało jej odebrane.
Bo są takie postacie, których nie da się już uciszyć.
A Janina Lewandowska z całą pewnością jest jedną z nich.
Przy pisaniu tekstu korzystałam z książki Agaty Puścikowskiej „Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej”. Wydawnictwo ZNAK oraz z materiałów IPN
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
