Po co Michnik buszował w archiwach MSW?

12 kwietnia 1990 roku wydarzyło się coś, co do dziś budzi emocje, podejrzenia i polityczne spory. Tego dnia do archiwów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych weszła grupa, która z czasem przeszła do historii jako „komisja Michnika”. Oficjalnie miała zbadać stan dokumentacji archiwalnej resortu. Nieoficjalnie — według krytyków — mogła otworzyć drzwi do najbardziej wrażliwych materiałów schyłku PRL.

Już następnego dnia temat zaczął żyć własnym życiem. „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że jej redaktor naczelny, poseł Adam Michnik, przegląda „teczki z aktami obecnych liderów „S” zawierające materiały o ich działalności do grudnia 1988 roku”. To jedno zdanie wystarczyło, by wokół całej sprawy narosła atmosfera tajemnicy, niedopowiedzeń i politycznej podejrzliwości.

Tutaj pisałam o zażyłości Adama Michnika z Wojciechem Jaruzelskim: https://dorotakania.pl/2025/12/13/falszywe-pojednanie-jak-adam-michnik-wybielal-stan-wojenny-i-jego-architektow/

Czym była komisja Michnika?

Formalnie była to Komisja do spraw zbiorów archiwalnych MSW, powołana 20 marca 1990 roku przez ministra edukacji narodowej Henryka Samsonowicza, na wniosek Komitetu Doradczego przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Jej zadaniem miało być zbadanie stanu zachowania dokumentacji archiwalnej MSW.

W skład zespołu weszli:

  • Bogdan Kroll — dyrektor Archiwum Akt Nowych, przewodniczący komisji,
  • prof. Jerzy Holzer — historyk związany z PAN,
  • prof. Andrzej Ajnenkiel — historyk,
  • Adam Michnik — wówczas poseł OKP i redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”.

Zespół pracował w archiwach MSW od 12 kwietnia do 27 czerwca 1990 roku. Oficjalnie chodziło o zabezpieczenie materiałów i ocenę ich stanu. Jednak już sam skład komisji oraz szczególny status jej prac sprawiły, że od początku ciągnął się za nią cień kontrowersji.

Poufna komisja, niejawne działania i brak ewidencji

Największe wątpliwości budzi dziś nie tylko to, do jakich akt komisja miała dostęp, ale również to, że — jak wskazują dostępne relacje — nie zachowano pełnej ewidencji korzystania z dokumentów. Nie ma pełnej informacji o tym, kto zamawiał konkretne teczki, kiedy je otrzymywał, kiedy oddawał oraz co kopiował lub notował.

W przypadku archiwów tej rangi taki brak śladów proceduralnych musi budzić pytania. Zwłaszcza że mówimy o materiałach zgromadzonych przez aparat bezpieczeństwa PRL — dokumentach, które mogły mieć znaczenie nie tylko historyczne, ale również polityczne.

Według relacji uczestników komisji badaczy nie dopuszczono do akt Departamentu I SB, czyli wywiadu. Z tego powodu mieli oni koncentrować się przede wszystkim na zasobie Departamentu III, odpowiedzialnego za walkę z działalnością uznawaną przez władze PRL za antypaństwową. Ale właśnie ten obszar obejmował materiały dotyczące opozycji, środowisk niezależnych i działaczy „Solidarności”.

To oznacza, że komisja poruszała się w samym centrum politycznego pola minowego.

A później Michnik mówił, że akta SB są „straszne” i stał się jednym z największych wrogów lustracji.

Tło: niszczenie akt i strach przed ujawnieniem prawdy

Działalność komisji nie zaczęła się w próżni. Już wcześniej pojawiały się sygnały, że w archiwach resortu dochodzi do niszczenia dokumentacji. W grudniu 1989 roku w Konstancinie-Jeziornie odnaleziono ślady niszczenia materiałów MSW. Sprawa wywołała poruszenie i presję opinii publicznej.

19 stycznia 1990 roku sejmowa Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW, kierowana przez Jana Rokitę, zażądała wyjaśnień od ministra Czesława Kiszczaka. Kilkanaście dni później przedstawiciele resortu przekonywali, że działania są legalne i wynikają z reorganizacji aparatu bezpieczeństwa. Te tłumaczenia nie uspokoiły jednak nastrojów.

W końcu 31 stycznia 1990 roku gen. Kiszczak wydał zakaz niszczenia dokumentacji. Problem polega na tym, że wiele wskazuje na to, iż temat nie zniknął, a wokół archiwów nadal panowała atmosfera niepewności, pośpiechu i walki o kontrolę nad pamięcią PRL. A „zniszczone” akta zostały po po prostu „sprywatyzowane” przez byłych esbeków.

Co naprawdę robiła komisja?

To pytanie wraca regularnie od ponad trzech dekad. Oficjalnie komisja odbyła osiem posiedzeń, a jej prace — według jednej z relacji — miały zająć łącznie zaledwie kilkanaście godzin. Efektem był raport wskazujący na niekompletność akt, potrzebę lepszej ochrony dokumentacji oraz konieczność dalszej kontroli zasobu.

Ale z raportu nie wynika precyzyjnie, co dokładnie działo się przez ponad dwa miesiące pracy zespołu.

Pod osłoną działań eksperckich mogło dojść do selektywnego przeglądania teczek, w tym materiałów dotyczących osób odgrywających ważną rolę w życiu publicznym. Pojawiały się sugestie, że dostęp do archiwów mógł zostać wykorzystany nie tylko do celów naukowych czy zabezpieczających, ale również do rozpoznania politycznego.

Brak transparentności stał się jednym z najmocniejszych argumentów przemawiających za tym, że sprawa do dziś nie została uczciwie wyjaśniona.

Jerzy Holzer i cień współpracy z SB

Szczególnie mocno w późniejszych latach wrócił temat prof. Jerzego Holzera, jednego z członków komisji. W 2005 roku okazało się, że w połowie lat 60. historyk był zarejestrowany Służbą Bezpieczeństwa jako tajny informator ps. „Jurek”

Sprawa zrobiła się jeszcze bardziej drażliwa, ponieważ Holzer był przecież członkiem zespołu, który jako jeden z pierwszych po przełomie 1989 roku uzyskał dostęp do archiwów MSW. Dla części komentatorów była to okoliczność kompromitująca całą komisję. Pytano wprost: jak to możliwe, że do badania materiałów po SB dopuszczono osobę z przeszłością uwikłaną we współpracę z bezpieką?

Dodatkowe kontrowersje budziły publikacje i relacje wskazujące, że Holzer miał utrzymywać kontakty ze służbami także później. Część tych wątków do dziś pozostaje przedmiotem sporów, interpretacji i wzajemnych oskarżeń. Tym bardziej że sam historyk po 1976 roku związał się z opozycją, a moment definitywnego zerwania jego dawnych kontaktów ze służbami nie został jednoznacznie ustalony.

W czerwcu 2005 roku „Rzeczpospolita” opisała sprawę pod znamiennym tytułem: „Holzer się przyznaje”. Gazeta przypomniała, że historyk w programie telewizyjnym „Misja specjalna” potwierdził dawną współpracę z SB – mówił, że polegała ona na pisaniu ekspertyz. W archiwach IPN znajduje się między innymi dokument potwierdzający odbiór pieniędzy na dojazd do polskiej ambasady w Niemczech.

W tym samym czasie wróciły pytania o samą komisję. Ze sprawozdania jej prac — jak zauważano — nadal nie wynikało jasno, co przez dwa i pół miesiąca robili jej członkowie, mając dostęp do materiałów bezpieki. Ówczesny szef MSW w rządzie Mazowieckiego, Krzysztof Kozłowski, pytany przez dziennikarzy, dlaczego nie sprawdził agenturalnej przeszłości członków komisji, odpowiadał, że nie miał do tego podstaw prawnych.

To tłumaczenie dla wielu obserwatorów było niewystarczające.

Sama nazwa „komisja Michnika” również nie była neutralna była — symbolem przekonania, że cały mechanizm powołano przede wszystkim po to, by umożliwić Adamowi Michnikowi dostęp do wrażliwych materiałów.

Taką interpretację przez lata podtrzymywali m.in. Krzysztof Wyszkowski i Antoni Macierewicz, którzy twierdzili, że członkowie komisji mogli wykorzystywać dostęp do archiwów do przeglądania interesujących ich teczek personalnych. Padały nawet sugestie, że część materiałów mogła zostać użyta później jako broń polityczna.

Archiwa MSW, polityka i walka o wpływy

Warto pamiętać, że wiosną 1990 roku nie chodziło wyłącznie o archiwistykę. Toczyła się realna walka o to, kto przejmie kontrolę nad dokumentami po PRL, kto będzie mógł je interpretować i kto zdecyduje, co pozostanie tajemnicą, a co stanie się publiczną wiedzą.

W tle były:

  • niszczone akta,
  • spór o przejmowanie zasobów przez różne instytucje,
  • obawy o ujawnienie nazwisk współpracowników,
  • napięcie między nową elitą polityczną a strukturami dawnego państwa,
  • oraz pytanie, czy III RP rzeczywiście chciała pełnej prawdy o PRL.

W tym sensie komisja Michnika stała się czymś więcej niż tylko zespołem ekspertów. Stała się symbolem epoki — czasu, w którym dokumenty mogły decydować o karierach, autorytetach i politycznych losach całego państwa.

Największa zagadka: czego nie zapisano?

Najbardziej uderzające w tej historii jest to, że w centrum sporu znajdują się nie tylko dokumenty, które przetrwały, ale również te ślady, których… nie zostawiono. Brak pełnej dokumentacji obiegu akt, brak precyzyjnego rozliczenia pracy komisji, brak jasnych odpowiedzi co do zakresu udostępnionych materiałów — wszystko to sprawia, że sprawa do dziś budzi emocje, ponieważ dotyka samego rdzenia polskiego sporu o lustrację, rozliczenie PRL i rolę elit III RP. Pytanie nie brzmi już tylko: co robiła komisja w archiwach MSW?. Pytanie brzmi szerzej: kto pierwszy uzyskał dostęp do wiedzy, która mogła zmieniać polityczną rzeczywistość po 1989 roku?

I właśnie dlatego temat komisji Michnika, choć dotyczy wydarzeń sprzed ponad trzech dekad, nadal wywołuje emocje. Bo w tej historii chodzi nie tylko o archiwa. Chodzi o władzę nad pamięcią, kontrolę nad kompromitującą wiedzą i o to, kto po upadku PRL naprawdę rozdawał karty.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania