To może być jeden z największych skandali zdrowotnych ostatnich lat. W szkole podstawowej na Dolnym Śląsku wykryto dramatycznie wysokie stężenie rakotwórczego radonu – radioaktywnego gazu, który nie ma zapachu, nie ma koloru i nie daje żadnego ostrzeżenia, ale może zabijać po cichu. Rodzice biją na alarm, naukowcy potwierdzają skalę zagrożenia, a w tle pojawiają się pytania o odpowiedzialność urzędników i to, czy przez lata dzieci mogły uczyć się w miejscu, które szkodziło ich zdrowiu. Wyniki pomiarów, które ujrzały światło dzienne, są tak niepokojące, że tej sprawy nie da się już zamieść pod dywan. Sprawa jest tym bardziej zatrważająca, że nie jest to jedyne miejsce w Polsce, gdzie występuję radon o tak wysokim stężeniu.
To historia, która wielu osobom może przypomnieć film „Erin Brockovich” z Julią Roberts – opowieść o kobiecie, która nie godzi się na milczenie instytucji, gdy w grę wchodzi zdrowie ludzi. Tyle że tym razem nie chodzi o hollywoodzki scenariusz, ale o Jelenią Górę, Szkołę Podstawową nr 5 i pytania, których nie da się już zignorować. Bo gdy rodzice zaczynają podejrzewać, że dzieci mogą przez lata przebywać w miejscu narażonym na działanie radioaktywnego gazu, kończą się półśrodki, a zaczyna walka o prawdę.
W murach placówki w Jeleniej Górze wykryto stężenia radonu, które według ujawnionych wyników sięgają nawet ponad 2000 Bq/m³. To poziom wielokrotnie wyższy od obowiązującej normy odniesienia wynoszącej 300 Bq/m³ – aż o 600 %. Gdy sprawa ujrzała światło dzienne, zaczęły się pytania, nerwowe tłumaczenia i publiczny spór o to, czy pomiary wykonano prawidłowo. W centrum tego dramatu znaleźli się rodzice, dzieci i nauczyciele. A nad wszystkim unosi się jedno słowo, które brzmi jak wyrok: radon.
Radon w szkole w Jeleniej Górze. Wyniki, które wywołały alarm
W Szkole Podstawowej nr 5 w Jeleniej Górze wykryto niepokojąco wysokie stężenie radonu. Jak wynika z ujawnionych informacji, w trzech pomieszczeniach – w tym w dwóch salach lekcyjnych oraz sali gimnastycznej – odnotowano poziomy znacznie przekraczające dopuszczalny pułap odniesienia. Mowa o wartościach sięgających ponad 2000 Bq/m³, podczas gdy obowiązująca norma wynosi 300 Bq/m³.
To nie jest drobne przekroczenie. To wynik, który musiał uruchomić alarm. Tym bardziej że radon jest gazem bezbarwnym, bezwonnym i radioaktywnym. Nie da się go wyczuć. Nie ostrzega zapachem, nie zostawia śladów widocznych gołym okiem. Przenika do budynków z gruntu, dostaje się przez szczeliny, instalacje i fundamenty, a następnie gromadzi się przede wszystkim na niższych kondygnacjach – w piwnicach i na parterze.
Właśnie dlatego problem radonu w szkołach i innych budynkach użyteczności publicznej jest tak niebezpieczny. Zagrożenie może istnieć przez lata, pozostając niewidzialne dla rodziców, nauczycieli i samych uczniów.
Miasto mówiło o błędnej interpretacji. Instytut wydał mocne oświadczenie
Miesiąc po otrzymaniu wyników badań zaczęły pojawiać się kolejne, niezwykle istotne informacje. Prezydent Jeleniej Góry Jerzy Łużniak (Koalicja Obywatelska) powoływał się na interpretacje sugerujące, że badania zostały wykonane niewłaściwie albo co najmniej błędnie odczytane. W przestrzeni publicznej zaczęto więc budować przekaz, że sprawa może być mniej groźna, niż wynikałoby to z pierwszych doniesień.
Ale potem głos zabrał Instytut Medycyny Pracy im. prof. Jerzego Nofera – jednostka, która odpowiadała za pomiary. I to właśnie ten komunikat wywrócił narrację.
W oficjalnym stanowisku instytut oświadczył, że „wszystkie dotychczasowe pomiary zostały wykonane prawidłowo, zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa oraz w oparciu o akredytowaną metodykę pomiarową”. Naukowcy zaznaczyli także, że pojawiające się publicznie sugestie dotyczące rzekomo niewłaściwego sposobu prowadzenia badań są „nieuzasadnione”.
To oświadczenie miało ogromne znaczenie. Oznaczało bowiem, że nie mówimy o nieporozumieniu, błędzie technicznym czy pomyłce laboratoryjnej, ale o wiarygodnych wynikach wykonanych według procedur. Instytut podkreślił przy tym, że rzetelność badań potwierdza akredytacja AB 327 Polskiego Centrum Akredytacji.
W praktyce był to sygnał jasny: problem jest realny.

Dlaczego sprawa jest tak poważna?
Radon to naturalny gaz szlachetny, będący źródłem promieniowania jonizującego. Powstaje w łańcuchu przemian promieniotwórczych uranu obecnego w podłożu geologicznym. Szczególnie wysokie stężenia mogą pojawiać się tam, gdzie skały zawierają więcej uranu – dlatego niektóre regiony Polski są pod tym względem znacznie bardziej narażone niż inne.
Najgroźniejsze w radonie jest to, że pozostaje niewidoczny i niewyczuwalny. Człowiek nie ma naturalnego mechanizmu ostrzegawczego. Gaz przedostaje się do budynków z gruntu, a następnie może koncentrować się we wnętrzach z powodu różnicy ciśnień i tzw. efektu kominowego. Budynek, cieplejszy niż otoczenie, dosłownie „zasysa” radon z podłoża.
Co ważne, radon sam w sobie nie „skaża” mebli, komputerów czy ścian w takim sensie, jak kojarzy się to z katastrofami nuklearnymi. Zagrożenie polega na czym innym. W wyniku rozpadu radonu powstają jego radioaktywne pochodne, m.in. polon, bizmut i ołów. To one, łącząc się z pyłami obecnymi w powietrzu, dostają się do dróg oddechowych i osiadają w płucach. Właśnie ten mechanizm ma związek z procesami nowotworowymi.
Dlatego radon jest dziś uznawany za karcynogen klasy I, a więc czynnik rakotwórczy najwyższego ryzyka.
Rak płuc, WHO i liczby, które nie pozostawiają złudzeń
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, radon jest drugą po paleniu tytoniu przyczyną raka płuc na świecie i pierwszą przyczyną raka płuc u osób niepalących. Szacunki WHO wskazują, że może odpowiadać za 3–14 proc. przypadków raka płuc, w zależności od kraju i uwarunkowań geologicznych.
Istotna jest też sama skala ryzyka – wzrost stężenia radonu o każde kolejne 100 Bq/m³ zwiększa ryzyko raka płuc o 16 proc. Z tego punktu widzenia znaczenie mają nie tylko skrajne przypadki, ale również wieloletnie przebywanie w budynkach, gdzie poziom przekracza wartości uznawane za bezpieczne.
WHO rekomenduje poziom 100 Bq/m³ jako wartość zalecaną i statystycznie bezpieczniejszą. Tymczasem w Polsce prawny poziom odniesienia ustalono na 300 Bq/m³. To już samo w sobie pokazuje, że prawo operuje granicą kompromisową, a nie optymalną z punktu widzenia zdrowia.
Mocna teza z naukowych analiz
Według oficjalnych statystyk śmiertelności z powodu raka płuc wywołanego działaniem radonu w pomieszczeniach, Polska ma zajmować pierwsze miejsce na świecie zarówno pod względem śmiertelności przypisywanej temu czynnikowi, jak i średniego stężenia radonu w budynkach.
Zgodnie z tym około 7 proc. wszystkich zgonów z powodu raka płuc w Polsce można przypisywać właśnie radonowi.
Jeśli te ustalenia są trafne, to problem przestaje być lokalnym incydentem z Jeleniej Góry. Zaczyna wyglądać jak systemowe zaniedbanie o potencjalnie ogólnopolskiej skali.
Nauka zaostrza ocenę ryzyka
Jeszcze bardziej niepokojące są zmiany w podejściu nauki do skutków narażenia na radon. Przez dekady sądzono, że zachorowanie wymaga bardzo długiej ekspozycji – kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Tymczasem według nowszych ustaleń wystarczający może być już okres kilku lat.
Równie mocno zmieniła się ocena skali śmiertelności. Tam, gdzie kiedyś mówiono o kilku zgonach na tysiąc osób narażonych przy określonym stężeniu, nowsze analizy pokazują wzrost tych wskaźników nawet kilkukrotny. Szczególnie dramatycznie wygląda to w przypadku osób palących, u których ryzyko związane z radonem rośnie jeszcze bardziej.
Nauka coraz częściej łączy narażenie na radon nie tylko z rakiem płuc, ale również z innymi chorobami nowotworowymi i nienowotworowymi, takimi jak POCHP, choroby neurodegeneracyjne, rak przełyku czy nawet białaczka. To oznacza, że obraz zagrożenia może być znacznie szerszy, niż przez lata zakładano.
Dlaczego właśnie Jelenia Góra? Sudety to obszar szczególnego ryzyka
Sprawa Jeleniej Góry nie jest przypadkowa. To właśnie Sudety i Przedgórze Sudeckie od lat są wskazywane jako obszary o podwyższonym potencjale radonowym. W przekazanych materiałach pada stwierdzenie, że około 10 proc. powierzchni Polski to obszary szczególnego ryzyka, związane z naturalną obecnością uranu w skałach.
Wśród miejscowości o rekordowo wysokich stężeniach radonu w budynkach autor materiałów wymienia przede wszystkim Jelenią Górę, gdzie odnotowywano wartości sięgające nawet 15 000 Bq/m³, a także Świeradów-Zdrój z poziomem 5723 Bq/m³. Wspomniane zostały także inne lokalizacje z wysokimi wynikami, m.in. Kraków, Suwalszczyzna, Chełm i Sandomierz.
Najbardziej alarmujące jest to, że w Kotlinie Jeleniogórskiej nawet ponad 60 proc. pomiarów ma przekraczać obowiązujący poziom odniesienia. Problem dotyczy nie jednej szkoły, ale całego regionu i wielu budynków użyteczności publicznej, mieszkań oraz miejsc pracy.
Potężny problem
Radon jest w praktyce jedynym źródłem promieniowania jonizującego, na które społeczeństwo może być masowo narażone w własnych domach i miejscach pracy. To sprawia, że temat nie powinien być traktowany jak margines debaty o zdrowiu publicznym.
Są rzypadki pomiarów w placówkach oświatowych, gdzie stężenia sięgały ponad 3000 Bq/m³. Według wyliczeń osoby przebywające tam przez osiem godzin dziennie mogą otrzymywać dawki promieniowania znacząco przekraczające poziomy kojarzone z dopuszczalnym narażeniem.
W sprawie SP nr 5 w Jeleniej Górze podano, że szkoła rozpoczęła już działania naprawcze. Mowa o remoncie piwnicy, wykonaniu nowej podłogi z hydroizolacją oraz wprowadzeniu rotacyjnego systemu korzystania z zagrożonych pomieszczeń.
Jeżeli wdrażane są działania techniczne i organizacyjne, to znaczy, że zagrożenie musiało zostać potraktowane poważnie. A skoro tak, to dlaczego wcześniej w przestrzeni publicznej pojawiały się sugestie podważające prawidłowość pomiarów?
Przepisy na papierze
Najbardziej wstrząsający fragment całej historii może jednak dotyczyć nie samej szkoły, lecz państwa. Przepisy dotyczące radonu istnieją, lecz ich praktyczne wykonywanie jest znikome.
Po nowelizacji Prawa atomowego z 2019 roku do polskiego systemu prawnego wprowadzono m.in. art. 23b, który ustalił poziom odniesienia dla średniorocznego stężenia radonu w powietrzu w miejscach pracy i pomieszczeniach przeznaczonych na pobyt ludzi na poziomie 300 Bq/m³.
Kolejne przepisy nakładają na kierowników jednostek – a więc m.in. dyrektorów szkół, kierowników urzędów czy właścicieli firm – konkretne obowiązki. Chodzi o:
pomiar radonu,
coroczną kontrolę,
optymalizację narażenia,
pisemne informowanie pracowników o wynikach,
informowanie o dawkach promieniowania,
a w niektórych sytuacjach także o kwalifikowanie pracowników do odpowiednich kategorii narażenia.
Te same standardy ochrony powinny w praktyce dotyczyć również uczniów, skoro to oni przez wiele godzin dziennie przebywają w zagrożonych pomieszczeniach.
27 powiatów radonowych i dwa miliony ludzi
Szczególnie ważne znaczenie ma rozporządzenie Ministra Zdrowia z 2020 roku, które wskazało tzw. powiaty radonowe. Na ich terenie obowiązki związane z pomiarami i ochroną radiologiczną są dodatkowo wyeksponowane. Lista obejmuje 27 powiatów i miast na prawach powiatu, zamieszkanych przez około 2 miliony osób.
Na Dolnym Śląsku znalazły się na niej m.in. Jelenia Góra, powiat karkonoski, wałbrzyski, kłodzki, lubański, zgorzelecki i kilka innych. Oznacza to, że temat nie jest egzotycznym wyjątkiem, tylko dotyczy rozległego obszaru kraju.
Sytuacja jest dramatyczna: państwo tworzy przepisy, wyposaża się nawet w mechanizmy karne i administracyjne, ale nie korzysta z nich w praktyce.
A kary przewidziane w prawie są surowe. Za brak wymaganego powiadomienia czy niedopełnienie obowiązków informacyjnych grożą sankcje finansowe.
Istnieje także przepis, o którym mało kto w Polsce wie. Zbywca albo wynajmujący budynek, lokalu czy pomieszczenia przeznaczonego na pobyt ludzi powinien na żądanie nabywcy lub najemcy przekazać informację o wartości średniorocznego stężenia radonu.
To oznacza, że temat radonu w mieszkaniu, radonu w domu czy radonu w wynajmowanym lokalu może w najbliższych latach stać się równie drażliwy jak kwestie wilgoci, azbestu czy wad konstrukcyjnych. Zwłaszcza jeśli społeczna świadomość zacznie rosnąć.
Dlaczego wciąż panuje cisza?
Po pierwsze – niska świadomość społeczna. Większość ludzi po prostu nie wie, czym jest radon, jak działa i gdzie może występować.
Po drugie – instytucjonalny chaos. W Polsce odpowiedzialność za nowe budynki przypisano jednej administracji, a za istniejące – innej. Taki podział, zdaniem autora, prowadzi do urzędowej spychologii.
Po trzecie – czynnik ekonomiczny. Tam, gdzie uznanie problemu mogłoby oznaczać kosztowne remonty, utratę dochodów albo konieczność czasowego wyłączania obiektów, pojawia się naturalna pokusa zamiatania sprawy pod dywan.
W regionach turystycznych, takich jak Karkonosze czy Kotlina Kłodzka, skala potencjalnych konsekwencji mogłaby być szczególnie duża.
Początek lawiny?
Sprawa wyszła z gabinetów, laboratoriów i urzędowych szuflad. Trafiła do rodziców. A gdy pytania o zdrowie dzieci spotykają się z urzędniczym spokojem, społeczny gniew rośnie bardzo szybko.
Dlatego historia SP nr 5 w Jeleniej Górze może okazać się czymś znacznie większym niż lokalny incydent. Może stać się początkiem ogólnopolskiej debaty o tym, czy polskie szkoły, przedszkola, urzędy i mieszkania są rzeczywiście bezpieczne, oraz czy państwo naprawdę kontroluje zagrożenie, o którym wie od lat.
Najważniejsze pytania, które dziś pozostają bez odpowiedzi
Po całej tej historii pozostaje kilka zasadniczych pytań.
Ile szkół i przedszkoli w Polsce działa w budynkach, gdzie poziom radonu przekracza normy?
Ilu rodziców zostało o tym rzetelnie poinformowanych?
Ilu pracodawców faktycznie wykonuje obowiązkowe pomiary?
Ile postępowań wszczęto i ile kar nałożono?
Czy państwo wie o skali problemu, ale nie chce go głośno nazwać?
Bo jeśli wyniki z Jeleniej Góry są jedynie fragmentem większego obrazu, to mówimy nie o pojedynczym zaniedbaniu, lecz o jednym z najpoważniejszych przemilczanych zagrożeń zdrowotnych w Polsce.
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
