19 kwietnia 1943 roku Niemcy wkroczyli do warszawskiego getta, by dokończyć plan zagłady.
Getto warszawskie zostało utworzone przez niemieckie władze okupacyjne 2 października 1940 roku, a zamknięte 16 listopada 1940 roku. W szczytowym momencie przebywało w nim około 450 tysięcy Żydów stłoczonych na niewielkim obszarze. Głód, epidemie, przeludnienie i terror każdego dnia zbierały śmiertelne żniwo. Latem 1942 roku, podczas tzw. wielkiej akcji likwidacyjnej, okupanci wywieźli do niemieckiego obozu zagłady w Treblince około 265 tysięcy ludzi, a kolejne tysiące zamordowali na miejscu. Po tej operacji w getcie pozostały już tylko dziesiątki tysięcy osób.
Powstanie
Decyzję o przeprowadzeniu operacji podjął Heinrich Himmler, przekonany, że akcja przebiegnie szybko i bez większego oporu. Stało się jednak inaczej. Gdy o świcie oddziały Waffen-SS wkroczyły na teren dzielnicy zamkniętej, zostały zaatakowane przez bojowników Żydowskiej Organizacji Bojowej oraz Żydowskiego Związku Wojskowego. Do stłumienia powstania skierowano ponad dwa tysiące żołnierzy Wehrmachtu, SS oraz formacji kolaboracyjnych ukraińskich, litewskich i łotewskich, wspieranych przez artylerię i pojazdy opancerzone. Jednak Niemcy ponieśli straty i musieli wycofać się z pierwszego natarcia. Spotkali opór, którego nie przewidzieli. 19 kwietnia 1943 roku rozpoczęło się powstanie w getcie warszawskim przeciwko III Rzeszy w okupowanej Europie.
Przez lata opowieść o tym powstaniu skupiała się głównie wokół Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB). Tymczasem obok niej walczyła druga formacja – Żydowski Związek Wojskowy (ŻZW), organizacja przez dekady marginalizowana, przemilczana i spychana na margines historii.
Przez długie lata pamięć o Żydowskim Związku Wojskowym pozostawała na marginesie oficjalnej narracji o powstaniu w getcie warszawskim. W centrum opowieści stawiano przede wszystkim działaczy Żydowskiej Organizacji Bojowej, podczas gdy rola drugiej formacji bywała pomniejszana, a niekiedy wręcz przemilczana. Zdaniem wielu badaczy nie był to przypadek, lecz efekt powojennej polityki historycznej.
Historyk dr Piotr Gontarczyk wskazywał, że źródłem tego zjawiska były względy ideologiczne i polityczne. Jak podkreślał:
„Żydowski Związek Wojskowy został skazany na zapomnienie z uwagi na orientację polityczną, która miała proweniencję narodową, syjonistyczną. W przeciwieństwie do Żydowskiej Organizacji Bojowej, która powstała dużo później i gromadziła głównie lewicową młodzież bez przeszkolenia wojskowego, ŻZW dla komunistów był bardzo niewygodny.”
To właśnie ten „niewygodny” rodowód miał sprawić, że po wojnie bohaterowie ŻZW nie doczekali się należnego miejsca w podręcznikach, mediach i publicznej pamięci. Formacja związana z nurtem narodowym i syjonistycznym, utrzymująca kontakty z polskim podziemiem niepodległościowym, nie pasowała do narracji budowanej w realiach Polski Ludowej.
W efekcie przez dekady znacznie częściej przypominano nazwiska związane z ŻOB, podczas gdy o takich postaciach jak Paweł Frenkel, Leon Rodal czy Dawid Wdowiński mówiło się niewiele. Dopiero po upadku komunizmu zaczęto szerzej przywracać pamięć o żołnierzach ŻZW i ich udziale w najcięższych walkach powstania, szczególnie w rejonie Placu Muranowskiego.
Ludzie bez drogi odwrotu
Po jednej stronie byli żołnierze III Rzeszy – uzbrojeni, wyszkoleni, pewni swej przewagi. Po drugiej ludzie skazani na śmierć, którzy postanowili umrzeć inaczej, niż zaplanowali ich oprawcy. Nie mogąc złamać oporu w bezpośrednich walkach, Niemcy rozpoczęli systematyczne niszczenie getta. Palono dom po domu, wysadzano bunkry, gazem i ogniem wypędzano ludzi z piwnic i schronów. Całe kwartały miasta zamieniały się w morze ruin i popiołu.
W getcie walczyły dwie główne organizacje: Żydowska Organizacja Bojowa i Żydowski Związek Wojskowy.
O pierwszej świat zapamiętał więcej. O drugiej przez lata mówiono mniej, jakby jej żołnierze zginęli podwójnie – najpierw od kul, później od milczenia.
A przecież to właśnie ludzie ŻZW szykowali się do bitwy, która miała przejść do historii.
Muranów
Na Placu Muranowskim czekała reduta.
W jednym z budynków, przy Muranowskiej 7, działał sztab. Historyk Emanuel Ringelblum wspominał później pomieszczenia pełne broni, granatów, mundurów, raportów i pośpiechu. Jak w regularnym wojsku. Jak w armii państwa, którego już nie było.
Emanuel Ringelblum opisywał ją jak prawdziwy sztab wojskowy:
„W dużych salach znajdowała się broń różnego rodzaju – ręczne karabiny maszynowe, karabiny, rewolwery, granaty, amunicja, mundury niemieckie (…) W pokoju kierownictwa był wielki ruch, jak w prawdziwym sztabie”.
Relacja Ringelbluma obala powielany przez lata obraz chaotycznej, symbolicznej walki bez struktur i przygotowania. ŻZW był realną organizacją bojową, posiadającą uzbrojenie, logistykę i system dowodzenia.
Historycy podkreślają, że odtworzenie walk ŻZW jest dziś niezwykle trudne. Większość bojowców zginęła podczas powstania lub później, próbując wydostać się z getta.
To właśnie brak ocalałych świadków sprawił, że ich historia mogła zostać łatwiej zagubiona.
Paweł Frenkel, Leon Rodal, którzy mogli ratować siebie, a wybrali walkę. Nie dlatego, że wierzyli w zwycięstwo. Dlatego, że nie chcieli umrzeć na kolanach. Przez lata mówiono głównie o Żydowskiej Organizacji Bojowej. Na zapomnienie mieli być skazani inni: Paweł Frenkel. Leon Rodal. Dawid Wdowiński. Józef Celmajster. Kałmen Mendelson. Mieczysław Ettinger. Szmul Zygielbojm.
Pierwszy ogień
Kiedy Niemcy wkroczyli do getta, odpowiedział im ogień.
Nie spodziewali się tego. Mieli wejść, spędzić ludzi, wyprowadzić transporty, zamknąć sprawę. Tymczasem ulice eksplodowały strzałami.
Granaty spadały z okien. Snajperzy strzelali z dachów. Wąskie przejścia zamieniały się w pułapki.
Raporty niemieckie pełne były zaskoczenia. To nie miała być bitwa. A jednak nią była.
Dowódca pacyfikacji getta, Jürgen Stroop, przyznał później, że Plac Muranowski był broniony najzacieklej. Ogień broni maszynowej blokował natarcie. Niemcy musieli cofać się i wracać z cięższym sprzętem.
Tam, gdzie spodziewali się bezbronnych ofiar, spotkali żołnierzy.
Dwie flagi
Nad jednym z budynków pojawiły się dwa sztandary – biało-czerwona flaga Polski i flaga żydowska.
Dla jednych był to symbol. Dla innych prowokacja. Dla Niemców – policzek.
W samym środku okupowanej Warszawy, pośród ruin i płomieni, dwa narody ogłaszały, że jeszcze żyją.
Świat milczał
Gdy w getcie trwały walki, Polskie Państwo Podziemne, Armia Krajowa i Delegatura Rządu informowały Zachód o niemieckich zbrodniach. Nadawano depesze, przesyłano raporty, alarmowano alianckie stolice.
Wzywano do bombardowań torów. Do odwetu. Do nacisku. Do czegokolwiek.
Odpowiedzią było milczenie.
W Londynie siedział człowiek, który czytał te wiadomości dzień po dniu. Nazywał się Szmul Zygielbojm.
Był przedstawicielem polskich Żydów, działaczem Bundu, członkiem Rady Narodowej RP. Mówił politykom o zagładzie. Pisał listy. Alarmował radio BBC. Prosił o reakcję.
Widział jednak, że świat słucha tak, jak słucha się dalekiej burzy – z zainteresowaniem, ale bez ruchu.
List
Kiedy powstanie dogasało, Zygielbojm podjął decyzję.
Zażył środki nasenne. Zostawił list.
Napisał:
„Nie mogę żyć, gdy resztki narodu żydowskiego w Polsce, którego jestem przedstawicielem, są likwidowane”.
I jeszcze:
„Śmiercią swoją pragnę wyrazić najsilniejszy protest przeciw bierności, z którą świat przygląda się zagładzie ludu żydowskiego”.
To był krzyk człowieka, który zrozumiał, że nawet śmierć może przemówić głośniej niż raporty.
Koniec getta
Niemcy palili dom po domu. Ogień wypędzał ludzi z bunkrów. Piwnice stawały się grobami. Ulice znikały pod gruzem.
Większość walczących zginęła.
Niektórzy polegli z bronią w ręku. Inni udusili się w schronach. Jeszcze inni zginęli podczas prób ucieczki kanałami i ruinami miasta.
Paweł Frenkel, Leon Rodal, setki bezimiennych bojowców – wielu z nich nie doczekało nawet grobu z nazwiskiem.
Kulminacja nastąpiła 16 maja 1943 roku, gdy Niemcy wysadzili Wielką Synagogę przy ulicy Tłomackie – symbol żydowskiej Warszawy. Tego samego dnia dowódca pacyfikacji getta SS-Gruppenführer Jürgen Stroop wysłał triumfalny meldunek:
„Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje.”
(Es gibt keinen jüdischen Wohnbezirk in Warschau mehr!)
Był to raport z dokonanej zbrodni. W czasie likwidacji getta Niemcy około 7 tysięcy osób rozstrzelali na miejscu, kolejne 7 tysięcy wywieźli do Treblinki, a około 36 tysięcy deportowali do obozów pracy na Lubelszczyźnie. Tylko nielicznym udało się przedostać kanałami na stronę aryjską.
Po wszystkim teren getta został zrównany z ziemią, lecz pamięć o powstaniu przetrwała. Stało się ono jednym z najważniejszych symboli oporu wobec niemieckiego ludobójstwa i dowodem, że nawet w obliczu pewnej śmierci człowiek może wybrać walkę o własną godność.
Przy pisaniu testu korzystałam m.in z materiałów Instytutu Pamięci Narodowej oraz Muzeum Getta Warszawskiego.
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
