Kto boi się Aneksu WSI? Strach „elit” III RP

Decyzja Prezydenta RP dr. Karola Nawrockiego o rozpoczęciu procedury odtajnienia i publikacji Aneksu do Raportu z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych wywołała polityczne trzęsienie ziemi. Wystarczyła sama zapowiedź, by natychmiast odezwali się ci sami ludzie, którzy od lat robią wszystko, by ten dokument nigdy nie ujrzał światła dziennego.

Reakcje były gwałtowne, nerwowe i – co znamienne – przewidywalne. Alarm podnieśli dawni funkcjonariusze służb specjalnych PRL, środowiska związane z WSI, politycy starego układu, medialni komentatorzy oraz ci wszyscy, których kariery mogły być budowane w cieniu dawnych wpływów.

Pytanie brzmi dziś jednoznacznie: czego tak naprawdę boją się przeciwnicy publikacji Aneksu WSI?

Déjà vu z 2007 roku

Obecna sytuacja do złudzenia przypomina wydarzenia z roku 2007, kiedy po likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych zapowiedziano publikację Raportu z weryfikacji WSI.

Wówczas również rozległ się potężny lament. Mówiono, że ujawnienie dokumentów:

  • „doprowadzi do kryzysu państwa”,
  • „osłabi pozycję Polski na arenie międzynarodowej”,
  • „narazi bezpieczeństwo narodowe”,
  • „zniszczy relacje sojusznicze”.

Dziś – niemal słowo w słowo – powtarzane są te same tezy. Ten sam język strachu. Ta sama narracja. Ci sami obrońcy milczenia.

A przecież warto przypomnieć, co naprawdę zawierał Raport z weryfikacji WSI. by zrozumieć skalę tej sprawy, trzeba przypomnieć, czym były Wojskowe Służby Informacyjne.

Formacja ta powstała formalnie w 1991 roku, już po upadku PRL, jednak jej kadrowy i organizacyjny fundament tworzyły struktury wywodzące się bezpośrednio z komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. WSI utworzono z połączenia dwóch wcześniejszych służb: Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW), działającej od 1957 roku i odpowiedzialnej m.in. za kontrwywiad wojskowy, oraz Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, czyli wywiadu wojskowego funkcjonującego od 1951 roku. Największe kontrowersje budzi fakt, że po transformacji ustrojowej nie przeprowadzono realnej i głębokiej weryfikacji tych kadr. Wielu funkcjonariuszy dawnego systemu bez większych przeszkód kontynuowało kariery już w strukturach III RP. Dla znacznej części opinii publicznej był to symbol ciągłości wpływów PRL w nowym państwie.

Dopiero po latach podjęto decyzję o przecięciu tego systemu. W 2006 roku zlikwidowano WSI, a w ich miejsce utworzono Służbę Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) oraz Służbę Wywiadu Wojskowego (SWW). Równocześnie powołano Komisję Weryfikacyjną, której przewodniczył ówczesny wiceminister obrony narodowej Antoni Macierewicz. Zadaniem komisji było sprawdzenie kadr dawnej służby, analiza dokumentów oraz zbadanie, czy w strukturach WSI dochodziło do nadużyć, patologii i działań godzących w interes państwa.

Efektem prac komisji był opublikowany w lutym 2007 roku Raport z weryfikacji WSI, który stał się jednym z najbardziej kontrowersyjnych dokumentów III RP. Raport ujawniał bowiem liczne nieprawidłowości, opisywał mechanizmy budowania politycznych i biznesowych wpływów, wskazywał na obecność osób związanych z dawnymi strukturami komunistycznymi oraz informował o osobach, które miały być szkolone przez KGB lub GRU w Związku Sowieckim.

Dokument ten po raz pierwszy na tak szeroką skalę pokazał opinii publicznej, że po 1989 roku część instytucji państwa mogła działać pod wpływem ludzi dawnego systemu.

Tutaj pisałam o Aleksandrze Makowskim, funkcjonariusz SB wystepującym w Raporcie w weryfikacji WSI: https://dorotakania.pl/2026/02/07/czlowiek-od-najbrudniejszych-zadan-departamentu-i-msw-aleksander-makowski-twarze-bezpieki/

A także tutaj:

Dokument przedstawiał szereg informacji dotyczących nieprawidłowości w działalności WSI, wskazując nie tylko na problemy związane z funkcjonowaniem wojskowych służb specjalnych, ale również na ich wpływy w różnych obszarach życia publicznego po 1989 roku. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych wątków raportu była kwestia relacji WSI ze środowiskiem dziennikarskim oraz prób oddziaływania na media w III RP.

Szczególne emocje wzbudził Aneks nr 16, w którym znalazły się się nazwiska 64 osób, wśród których wymieniano dziennikarzy, oficerów oraz tajnych współpracowników. Według ustaleń raportu osoby te miały uczestniczyć w działaniach wykraczających poza ustawowe zadania związane z obronnością państwa. Sam fakt pojawienia się przedstawicieli mediów w takim kontekście stał się jednym z najmocniej komentowanych fragmentów całego dokumentu.

Raport wskazywał, że WSI miały podejmować próby manipulowania środowiskiem medialnym, inspirowania określonych publikacji, kreowania pożądanych narracji oraz wykorzystywania dziennikarzy do działań dezinformacyjnych. Autorzy dokumentu sugerowali, że część osób mogła nawet nie zdawać sobie sprawy, iż staje się narzędziem operacji prowadzonych przez służby. Tego rodzaju mechanizm miał polegać na podsuwaniu tematów, ukierunkowywaniu przekazu lub budowaniu określonego obrazu wydarzeń w przestrzeni publicznej.

W debacie publicznej, jaka rozgorzała po publikacji raportu, pojawiały się nazwiska dziennikarzy i publicystów, którzy mieli być wymieniani w kontekście ustaleń dokumentu: Edward Krzemień Jerzy Marek Nowakowski, Milan Subotić, Jarosław Szczepański, Jerzy Tepli, Andrzej Bilik, Grzegorz Woźniak, Jarosław Kociszewski. Samo pojawienie się nazwisk dziennikarzy i ludzi mediów wywołało liczne polemiki, zaprzeczenia i spory o granice odpowiedzialności mediów oraz sposób działania służb specjalnych po transformacji ustrojowej.

W Raporcie opisano także związki ludzi z afery FOZZ z mediami m.in Telewizji Polsat Zygmunta Solorza oraz TVN Jana Wejcherta i Mariusza Waltera.

Sprawa dziennikarzy w raporcie WSI do dziś pozostaje jednym z najbardziej drażliwych tematów związanych z działalnością służb po 1989 roku. Był to dowód na konieczność oczyszczenia życia publicznego i ujawnienia wpływów dawnych struktur. Raport pokazał, że media, polityka i służby specjalne przez lata mogły pozostawać ze sobą znacznie bliżej powiązane, niż oficjalnie przyznawano.

Aneks został sporządzony w 2007 roku i od 18 lat przechowywany jest w Kancelarii Tajnej Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Oznacza to, że kolejni prezydenci mieli formalną możliwość podjęcia decyzji o jego ujawnieniu, lecz żaden się na to nie zdecydował. Sam ten fakt wywołuje liczne pytania. Skoro Raport z weryfikacji WSI został opublikowany już w 2007 roku, dlaczego dokument uzupełniający przez niemal dwie dekady pozostawał ukryty? Czy chodziło o względy bezpieczeństwa, czy raczej o polityczną niewygodę? Czy jego treść mogła dotyczyć osób wpływowych także w kolejnych latach III RP?

Po objęciu urzędu Prezydenta RP Karol Nawrocki zdecydował się wrócić do tej sprawy. Polecił Biuru Bezpieczeństwa Narodowego przeprowadzenie analiz oraz prac merytorycznych mających przygotować zanonimizowaną wersję dokumentu do odtajnienia i podania do publicznej wiadomości. Jak przekazano, proces wszedł już w fazę formalno-prawną bezpośrednio zmierzającą do ujawnienia Aneksu. Za przygotowanie dokumentu odpowiadać ma gen. Andrzej Kowalski, zastępca szefa BBN. Prace prowadzone są zgodnie z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego z 27 czerwca 2008 roku, który wskazywał konieczność anonimizacji danych wrażliwych oraz tych informacji, których ujawnienie mogłoby naruszyć bezpieczeństwo Rzeczypospolitej. Oznacza to, że dokument – jeśli zostanie opublikowany – ma zostać przygotowany w sposób zgodny z prawem i z zachowaniem interesu państwa.

Mimo tego już sama zapowiedź publikacji wywołała polityczną panikę. W przestrzeni publicznej znów pojawiły się argumenty znane sprzed lat: o rzekomym zagrożeniu dla państwa, destabilizacji sytuacji międzynarodowej czy ataku na demokratyczne instytucje. To właśnie te reakcje sprawiają, że sprawa Aneksu WSI staje się jeszcze bardziej intrygująca. Historia pokazuje bowiem prostą zasadę: dokumenty nieistotne nikogo nie przerażają. Jeżeli natomiast przez 18 lat nie zdecydowano się ich ujawnić, a dziś sama zapowiedź publikacji budzi tak wielkie emocje, można przypuszczać, że Aneks może zawierać treści wyjątkowo niewygodne.

Możliwe, że chodzi o nazwiska osób wpływowych do dziś, dawne relacje polityczno-biznesowe, mechanizmy awansów w III RP, powiązania środowisk służb specjalnych z mediami lub biznesem, a może informacje pokazujące kulisy transformacji ustrojowej po 1989 roku. To dlatego Aneks WSI nie jest wyłącznie dokumentem historycznym. Może okazać się jednym z najważniejszych materiałów pozwalających zrozumieć, jak naprawdę budowano państwo po upadku komunizmu i kto zachował wpływy mimo formalnej zmiany ustroju.

Publikacja dokumentu może więc wywołać jedną z największych debat politycznych ostatnich lat. Może uruchomić dyskusję o wpływach dawnych służb, postawić pytania o odpowiedzialność elit III RP, a także zmienić ocenę procesów, które przez lata przedstawiano opinii publicznej jako sukces demokratycznej transformacji. I być może właśnie dlatego tak wielu ludzi wolałoby, aby Aneks WSI nigdy nie ujrzał światła dziennego. Bo czasem największym zagrożeniem dla utrwalonego układu nie jest polityka, lecz po prostu prawda.

Panika po decyzji prezydenta

Decyzja Prezydenta RP Karola Nawrockiego o podjęciu finalnych działań zmierzających do odtajnienia Aneksu do raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych wywołała polityczną burzę. W obozie rządzącym zapanowało wyraźne poruszenie, a reakcje części polityków i komentatorów pokazały, że sprawa może mieć znacznie większy ciężar, niż chcieliby to przedstawiać przeciwnicy publikacji dokumentu. Zdaniem wielu obserwatorów nie chodzi jedynie o historyczny materiał archiwalny, lecz o dokument, który może ujawnić sieć powiązań, zależności i wpływów sięgających czasów PRL, ale obecnych także w III RP. To właśnie dlatego po ogłoszeniu decyzji prezydenta natychmiast ruszyła fala ataków personalnych oraz oskarżeń pod adresem głowy państwa.

Szczególnie charakterystyczne było użycie dobrze znanego politycznego mechanizmu – zarzutu działania „na rzecz Rosji”. Tego typu oskarżenia pojawiły się błyskawicznie ze strony środowisk koalicji rządzącej oraz sprzyjających jej komentatorów. Problem polega jednak na tym, że Rosja swoje dawne i obecne powiązania zna doskonale i potrafi z nich korzystać. To polska opinia publiczna przez lata była pozbawiona wiedzy o tym, kto za kim stoi, kto z kim współpracował i jakie interesy były chronione. W efekcie społeczeństwo pozostawało podatne na manipulację, a państwo mogło być narażane na realne zagrożenia. Dlatego reakcje po decyzji prezydenta mówią niemal tyle samo, co sam Aneks WSI. Warto uważnie obserwować, kto dziś najgłośniej domaga się utrzymania tajności dokumentu.

W centrum zainteresowania znajduje się pytanie: co tak naprawdę kryje Aneks do raportu z likwidacji WSI? Sam raport z 2007 roku liczył blisko 400 stron i wywołał ogromne emocje. Aneks ma być jednak dokumentem znacznie obszerniejszym – według dostępnych informacji zawiera nawet dwa razy więcej materiału, a także zdecydowanie szerszy katalog nazwisk oraz opisów operacji. Pojawiają się twierdzenia, że dokument ma wskazywać osoby współpracujące z rosyjskimi służbami, a także szczegółowo opisywać działania uderzające w bezpieczeństwo państwa polskiego. Mowa m.in. o nielegalnym handlu bronią, praniu brudnych pieniędzy, inwigilacji polityków oraz wykorzystywaniu struktur państwowych do celów pozapaństwowych.

Były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, który kierował procesem likwidacji WSI i pracami nad raportem, wielokrotnie podkreślał, że przygotowano zawiadomienia do prokuratury wobec około 800 osób związanych ze służbami, wobec których miały istnieć podstawy do podejrzeń o działania przestępcze. Jak zaznaczał, sprawa nie dotyczy wyłącznie przeszłości, ponieważ część tych osób wciąż żyje, pozostaje aktywna zawodowo, funkcjonuje w przestrzeni publicznej i może wywierać wpływ na polskie państwo. Nazwiska rosyjskich agentów czy osób uwikłanych w zależności opisane w Aneksie nie są jednak oficjalnie znane, ponieważ dokument od blisko dwóch dekad pozostaje zamknięty w kancelarii tajnej. Mimo to przez lata pojawiały się medialne przecieki, sugestie i fragmentaryczne informacje pochodzące z różnych źródeł.

Sprawa nabiera dodatkowego znaczenia w kontekście tragicznych wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Prezydent Lech Kaczyński miał według licznych relacji planować publikację Aneksu po powrocie z uroczystości upamiętniających 70. rocznicę zbrodni katyńskiej. Do publikacji jednak nie doszło, ponieważ prezydent zginął wraz z 96 osobami w katastrofie smoleńskiej. Antoni Macierewicz wielokrotnie przypominał, że śp. Lech Kaczyński był zdecydowany ujawnić dokument jeszcze przed wyborami prezydenckimi. Jak zaznaczał, stawką nie było jedynie rozliczenie powiązań z czasów PRL, lecz ujawnienie ich wpływu na Polskę już po 1989 roku.

Macierewicz wskazywał również, że kwestia osób mogących pozostawać w zależności od Rosji lub rosyjskich służb jest fundamentalnym problemem bezpieczeństwa państwa, zwłaszcza jeśli chodzi o struktury wojskowe i kontrwywiadowcze. W jego ocenie obecność takich osób w kierownictwie instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo oznacza ryzyko szantażu, uzależnienia oraz działań sprzecznych z interesem Polski. To dlatego – jak twierdził – osoby takie powinny zostać odsunięte od wpływu na strategiczne obszary państwa, a jeśli popełniły przestępstwa, ponieść odpowiedzialność.

Choć pełnej treści Aneksu opinia publiczna nie zna, przez lata narastała wiedza o rosyjskich wpływach i patologicznych układach w służbach specjalnych. WW debacie publicznej pojawiały się nazwiska osób związanych z wojskowymi służbami specjalnymi, a uwagę komentatorów zwracał m.in. gen. Marek Dukaczewski, były szef WSI, który po powrocie Donalda Tuska do władzy stał się częstym ekspertem medialnym w sprawach bezpieczeństwa.

W tym kontekście znaczenie ma także raport Państwowej Komisji ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–2022, którą kierował prof. Cenckiewicz. Komisja sformułowała daleko idące rekomendacje wobec szeregu polityków, w tym Donalda Tuska, Jacka Cichockiego, Bogdana Klicha, Tomasza Siemoniaka i Bartłomieja Sienkiewicza, uznając, że nie powinni pełnić funkcji związanych z bezpieczeństwem państwa. W ocenie komisji osoby te, nadzorując służby specjalne, nie dochowały należytej staranności i poprzez zaniechania umożliwiły rozwój intensywnych kontaktów SKW z rosyjską FSB, czyli służbą państwa uznawanego za nieprzyjazne Polsce.

Komisja wskazała również jednoznacznie, że byli szefowie SKW – gen. Janusz Nosek, gen. Piotr Pytel – oraz zastępca szefa SKW płk Krzysztof Dusza nie powinni otrzymywać stanowisk związanych z bezpieczeństwem państwa. Według ustaleń komisji mieli oni angażować się w liczne kontakty z przedstawicielami FSB, nie zachowując standardów ostrożności kontrwywiadowczej, nie dokumentując odpowiednio spotkań i przedstawiając przełożonym niepełny obraz relacji z rosyjską służbą. Dodatkowo wskazywano, że po ujawnieniu informacji o kontaktach SKW-FSB prowadzono działania o charakterze dezinformacyjnym. Raport komisji nie został jednak wykorzystany jako punkt wyjścia do dalszych działań państwa – przeciwnie, po objęciu władzy Donald Tusk komisję zlikwidował, a dokument usunięto ze stron rządowych.

To wszystko sprawia, że obecna histeryczna reakcja części elit politycznych na decyzję prezydenta jest odbierana jako sygnał alarmowy. Najgłośniej protestują ci, którzy od lat sprzeciwiają się ujawnianiu archiwów, rozliczaniu wpływów dawnych służb i przejrzystości życia publicznego. Jako jeden z pierwszych głos zabrał gen. Marek Dukaczewski. Podobnych wypowiedzi pojawiło się znacznie więcej. W niemal każdej powraca ten sam motyw – oskarżenie przeciwników o prorosyjskość. To stały mechanizm polityczny stosowany zawsze wtedy, gdy zagrożone zostają utrwalone wpływy.

Głośnym przykładem takiej narracji była wypowiedź Waldemara Żurka, który przekonywał, że publikacja raportów dotyczących działalności polskich służb jest absurdem w obecnej sytuacji geopolitycznej, a w Moskwie mogą „zacierać ręce”, widząc działania polskich władz. Tego typu słowa pokazują, że przeciwnicy ujawnienia dokumentów próbują budować atmosferę strachu, sugerując, iż jawność i rozliczenie przeszłości służą Rosji. Zwolennicy publikacji odpowiadają jednak, że to właśnie tajemnica, brak wiedzy i niejawne zależności stanowią największy prezent dla obcych służb.

Zanonimizowane kopie Aneksu trafiły już do marszałków Sejmu i Senatu. Choć wymagana jest ich opinia, nie ma ona charakteru wiążącego. Jak podkreśla rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, ostateczna decyzja należy do głowy państwa. W praktyce oznacza to, że mimo politycznego oporu publikacja dokumentu jest realna. Można więc spodziewać się dalszych prób blokowania procesu, kolejnych medialnych ataków oraz nacisków politycznych.

Jedno jest pewne: ujawnienie Aneksu WSI byłoby wydarzeniem o ogromnym znaczeniu politycznym i historycznym. Mogłoby wstrząsnąć sceną polityczną, odsłonić kulisy budowy elit III RP, pokazać skalę wpływów dawnych służb i uruchomić debatę, której przez lata skutecznie unikano. Dlatego właśnie reakcje po decyzji prezydenta są tak gwałtowne. Dla jednych to spóźniony akt oczyszczenia państwa. Dla innych – groźba ujawnienia prawdy, która przez lata pozostawała zamknięta w sejfie.

Dukaczewski, Derlatka, Komorowski i inni

Zapowiedź Prezydenta RP Karola Nawrockiego dotycząca rozpoczęcia finalnej procedury odtajnienia Aneksu do Raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych uruchomiła lawinę komentarzy. Szczególnie głośno odezwali się przedstawiciele środowisk związanych z dawnymi służbami wojskowymi, byli funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa oraz politycy od lat sprzeciwiający się rozliczeniu WSI. Sama skala nerwowych reakcji pokazuje, że sprawa nie dotyczy wyłącznie dokumentu historycznego, lecz materiału, który może mieć znaczenie także dziś.

Jak poinformował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, głowa państwa weszła w etap formalno-prawny bezpośrednio zmierzający do ujawnienia dokumentu. Oznacza to, że po blisko dwóch dekadach Aneks WSI może wreszcie trafić do opinii publicznej. Dla części dawnych elit III RP to perspektywa wyjątkowo niewygodna.

Jednym z pierwszych i najgłośniejszych przeciwników publikacji stał się gen. Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych. Dukaczewski, który był szkolony w Moskwie i przez lata należał do najbardziej rozpoznawalnych twarzy WSI, rozpoczął intensywny medialny objazd, ostrzegając przed konsekwencjami ujawnienia dokumentu. W kolejnych wywiadach przekonywał, że publikacja może zaszkodzić bezpieczeństwu państwa, osłabić interes narodowy i stać się elementem politycznej gry.

Były szef WSI twierdził, że jeśli zawartość Aneksu przypomina raport z 2007 roku, trudno oczekiwać czegokolwiek dobrego. Mówił o rzekomej kompromitacji autorów raportu, pozwach sądowych oraz szkodach dla państwa. W jego narracji powracał dobrze znany motyw: dokumenty dotyczące WSI lepiej pozostawić w ukryciu, bo ich ujawnienie ma rzekomo służyć destabilizacji kraju.

Jeszcze bardziej wymowne były kolejne wypowiedzi Dukaczewskiego, w których przyznawał, że nie zna treści Aneksu, a jednocześnie ostrzegał, że może on naruszyć bezpieczeństwo państwa. Taka argumentacja budzi zdziwienie wielu komentatorów – skoro sam zainteresowany deklaruje brak wiedzy o zawartości dokumentu, to na jakiej podstawie tak stanowczo sprzeciwia się jego publikacji?

Dukaczewski sięgał również po dramatyczne argumenty, twierdząc, że w przeszłości po ujawnieniu nazwisk agentów miało dojść do tragedii. Problem polega na tym, że tego typu tezy od lat budzą kontrowersje, a wiele z nich nie znajduje potwierdzenia w faktach. Krytycy byłego szefa WSI wskazują, że podobne wypowiedzi mają przede wszystkim budować atmosferę strachu i przekonywać opinię publiczną, że jawność jest groźniejsza niż wieloletnia tajemnica.

W podobnym tonie wypowiadał się płk Andrzej Derlatka, były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, a po 1989 roku szef Agencji Wywiadu. Również on przestrzegał przed skutkami ujawnienia dokumentu, sugerując negatywne konsekwencje dla Polski. Dla wielu obserwatorów symboliczne jest to, że przeciw publikacji występują właśnie osoby od lat związane z dawnymi strukturami bezpieczeństwa lub ich następcami. To dodatkowo wzmacnia społeczne pytania: czy chodzi o bezpieczeństwo państwa, czy raczej o bezpieczeństwo konkretnych środowisk?

Do grona przeciwników ujawnienia Aneksu dołączył także były prezydent Bronisław Komorowski. Oceniał on, że publikacja może pogłębić negatywną opinię o Polsce i utrwalić obraz kraju, który zniszczył własny wywiad wojskowy. Stwierdził również, że dokument jest już przestarzały i „trąci myszką”, a ewentualne szkody dawno zostały wyrządzone. W jego opinii obecna decyzja prezydenta miałaby mieć wyłącznie polityczny charakter.

Wypowiedzi Komorowskiego wywołały jednak przypomnienie ważnego kontekstu historycznego. W 2006 roku, gdy Sejm decydował o likwidacji WSI, był on jedynym posłem Platformy Obywatelskiej, który głosował przeciw rozwiązaniu tej formacji. Później jego nazwisko pojawiło się także w przestrzeni publicznej w kontekście ustaleń raportu z weryfikacji WSI, m.in. przy sprawie lokaty znacznej sumy pieniędzy w tzw. Papabanku, instytucji wiązanej przez media z wpływami środowisk dawnych służb specjalnych.

To wszystko sprawia, że obecne protesty dawnych polityków i generałów są odbierane nie tylko jako głos w debacie, lecz jako element obrony określonego porządku politycznego. Przeciwnicy publikacji przekonują, że dokument może zaszkodzić państwu. Zwolennicy ujawnienia odpowiadają natomiast, że największą szkodą dla państwa było przez 18 lat ukrywanie materiału, który może wyjaśnić kulisy działania WSI oraz ich wpływów po 1989 roku.

Warto zauważyć jeszcze jeden mechanizm. Niemal wszyscy przeciwnicy publikacji używają podobnych argumentów: zagrożenie bezpieczeństwa, prezent dla Rosji, destabilizacja państwa, gra polityczna. To ta sama narracja, która pojawiała się już w 2007 roku przy publikacji raportu z likwidacji WSI. Mimo upływu lat i zmieniających się realiów politycznych przekaz pozostał niemal identyczny.

Tymczasem pytanie podstawowe pozostaje bez odpowiedzi: jeśli Aneks jest nieistotny, przestarzały i bez znaczenia – dlaczego jego ujawnienie budzi aż tak wielki opór? Skoro dokument „trąci myszką”, jak twierdzą jego przeciwnicy, to dlaczego tak intensywnie walczą, by nie ujrzał światła dziennego?

Dla wielu Polaków odpowiedź jest oczywista. Aneks może zawierać informacje o sieciach zależności, wpływach, personalnych powiązaniach i mechanizmach funkcjonowania państwa, które przez lata pozostawały poza społeczną kontrolą. Może pokazać, jak duża część elit III RP była związana – bezpośrednio lub pośrednio – z ludźmi dawnych służb.

Ostateczna decyzja o publikacji należy do prezydenta. Opinie marszałków Sejmu i Senatu nie mają charakteru wiążącego. Oznacza to, że mimo politycznych protestów i medialnej ofensywy przeciwników ujawnienia, Aneks WSI może zostać opublikowany.

Jeśli tak się stanie, będzie to jedno z najważniejszych wydarzeń politycznych ostatnich lat. I być może właśnie dlatego dawny układ reaguje dziś z tak wielkim niepokojem. Bo czasem najbardziej boją się ci, którzy najlepiej wiedzą, co może znajdować się w środku.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania