Major Hubal. Ostatni rycerz września, który nie złożył broni

30 kwietnia 1940 roku, w sosnowym zagajniku pod Anielinem, zginął major Henryk Dobrzański „Hubal” — żołnierz, kawalerzysta, olimpijczyk i dowódca, który po klęsce wrześniowej odmówił zdjęcia munduru. Kiedy inni szukali schronienia w konspiracji albo drogi na Zachód, on wybrał lasy Kielecczyzny i Spalszczyzny. Nie chciał być legendą. Chciał pozostać żołnierzem Wojska Polskiego. A jednak właśnie wtedy, gdy padł od niemieckiej kuli, narodził się mit człowieka, którego Niemcy nazwali „Szalonym Majorem”, a Polacy zapamiętali jako symbol niezłomności.

Tutaj pisałam o niezłomnym żołnierzu Stanisławie Sojczyńskim ps. Warszyc.https://dorotakania.pl/2026/02/19/komunisci-bali-sie-ich-za-zycia-zamordowani-przez-ub/

Henryk Dobrzański „Hubal” – człowiek z innej epoki

Urodził się 22 czerwca 1897 roku w Jaśle, w rodzinie o silnych tradycjach patriotycznych. Nazywał się Henryk Dobrzański, herbu Leliwa. Jeszcze jako nastolatek wszedł na drogę, z której już nigdy nie zawrócił — drogę służby, ryzyka i wojennego losu.

Gdy wybuchła I wojna światowa, był zbyt młody, by legalnie wstąpić do wojska. Nie zatrzymało go to. Zmienił rok urodzenia i zgłosił się do Legionów Polskich. Tak zaczynała się biografia człowieka, który przez całe życie będzie podporządkowany jednej zasadzie: honor żołnierza jest ważniejszy niż bezpieczeństwo.

W Legionach szybko trafił do kawalerii. Koń, szabla, mundur i dyscyplina stały się jego światem. Później walczył w szeregach odrodzonego Wojska Polskiego, brał udział w walkach o granice II Rzeczypospolitej, w wojnie polsko-ukraińskiej i wojnie polsko-bolszewickiej. Za odwagę odznaczono go m.in. Krzyżem Walecznych oraz Orderem Virtuti Militari.

To nie był człowiek gabinetów. To był oficer frontu.

Żelazny major, piękny Henio i mistrz kawalerii

W dwudziestoleciu międzywojennym Henryk Dobrzański stał się jedną z barwniejszych postaci polskiej kawalerii. W wojsku mówiono o nim „żelazny major”. Kobiety miały nazywać go „pięknym Heniem”. Był energiczny, przystojny, pewny siebie, czasem trudny, ale zawsze wierny mundurowi.

Jednocześnie rozwijał karierę sportową. Jako znakomity jeździec startował w prestiżowych zawodach hippicznych w Polsce i za granicą — m.in. w Warszawie, Londynie, Mediolanie, Nicei i Monaco. Był częścią polskiej elity jeździeckiej, która w latach 20. budowała międzynarodowy prestiż II RP.

W 1928 roku znalazł się w ekipie olimpijskiej na igrzyska w Amsterdamie jako zawodnik rezerwowy. Dla oficera kawalerii była to nie tylko sportowa nobilitacja. Był to znak, że polska szkoła jazdy konnej stała się jednym z symboli państwa, które dopiero co wróciło na mapę Europy.

W 1930 roku Dobrzański ożenił się z Zofią Zakrzeńską. Dwa lata później przyszła na świat ich córka Krystyna. Po latach wspominała ojca jako człowieka, który uczył ją odwagi od najmłodszych lat. Nawet wtedy, gdy była jeszcze niemowlęciem, miał sadzać ją na koniu — ku przerażeniu obserwatorów.

Taki właśnie był. Nie uznawał lęku za argument.

Wrzesień 1939. Koniec państwa, ale nie koniec walki

Kiedy 1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polskę, major Dobrzański był już oficerem przeniesionym w stan spoczynku. Ale wojna natychmiast przywróciła go do służby. Szukał przydziału. Trafił do 110. Rezerwowego Pułku Ułanów, gdzie został zastępcą dowódcy ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego.

Po agresji sowieckiej 17 września 1939 roku sytuacja polskich oddziałów stała się dramatyczna. Armia Polska była ściskana z dwóch stron — przez Niemców i Sowietów. Część jednostek rozwiązywano. Inne próbowały przebijać się ku granicom. Dobrzański nie przyjął jednak logiki klęski.

Kiedy Warszawa skapitulowała 28 września 1939 roku, dla wielu oznaczało to koniec zorganizowanego oporu. Dla niego — tylko zmianę warunków walki.

Właśnie wtedy miały paść słowa, które stały się częścią legendy majora Hubala:

„Broni nie złożę. Munduru nie zdejmę. Tak mi dopomóż Bóg”.

To zdanie nie było teatralną deklaracją. Było programem działania.

Narodziny Hubala

Na początku października 1939 roku Dobrzański dotarł z grupą żołnierzy w rejon Gór Świętokrzyskich. Początkowo myślał o przebiciu się przez Węgry do Francji, gdzie odtwarzano polskie siły zbrojne. Ostatecznie jednak zdecydował, że zostanie w kraju.

Przyjął pseudonim „Hubal”. Jego formacja otrzymała nazwę Oddział Wydzielony Wojska Polskiego.

To określenie było niezwykle ważne. Dobrzański nie uważał siebie za partyzanta w potocznym znaczeniu. Nie chciał być watażką ani dowódcą luźnej grupy zbrojnej. Uważał, że reprezentuje ciągłość Armii Rzeczypospolitej. W jego rozumieniu Polska nie skapitulowała, a on i jego ludzie pozostali jej żołnierzami.

W szczytowym momencie pod jego rozkazami znalazło się około 300 żołnierzy i ochotników. Byli wśród nich kawalerzyści, piechurzy, ludzie z okolicznych wsi, byli żołnierze kampanii wrześniowej, młodzi chłopcy pragnący walczyć dalej.

Dla okolicznej ludności widok umundurowanego polskiego oddziału miał znaczenie ogromne. Po klęsce wrześniowej, po ucieczkach, kapitulacjach, aresztowaniach i terrorze okupanta, nagle w lasach pojawili się żołnierze, którzy nadal nosili polskie mundury.

To działało mocniej niż ulotka. Mocniej niż szeptana plotka.

Polska armia jeszcze istniała.

Oddział Wydzielony Wojska Polskiego i konspiracja

Wbrew powtarzanym czasem opiniom Hubal nie był przeciwnikiem konspiracji. Nie odrzucał pracy podziemnej jako takiej. Sam podjął próbę tworzenia struktur terenowych.

W październiku 1939 roku zaczął organizować Okręg Bojowy Kielce. Chodziło o przygotowanie ochotników, budowanie zaplecza, szkolenie ludzi i stworzenie siatki, która w odpowiednim momencie mogłaby wesprzeć działania zbrojne.

Dobrzański wierzył, że wiosną 1940 roku alianci — Francja i Wielka Brytania — ruszą z ofensywą przeciw Niemcom. W takim scenariuszu polski oddział w kraju miał stać się zaczynem większej akcji. Hubal nie planował samotnego powstania. Chciał doczekać momentu, w którym wojna znów nabierze rozpędu.

Była w tym nadzieja, ale i tragiczna pomyłka. Zachód nie ruszył tak, jak oczekiwali Polacy. A Niemcy nie zamierzali tolerować polskiego oddziału operującego niedaleko ich struktur wojskowych.

Pierwsze potyczki i rosnąca legenda

Oddział Hubala przemieszczał się między wsiami i lasami Kielecczyzny. Starał się unikać niepotrzebnych starć. Ale wojna ma własną logikę.

Do pierwszych potyczek dochodziło już jesienią 1939 roku. Polscy żołnierze ścierali się z niemieckimi patrolami i formacjami policyjnymi. Każde takie starcie miało znaczenie większe niż jego wymiar militarny. Wieść o oddziale, który nie skapitulował, rozchodziła się po wsiach, miasteczkach i lasach.

Dla Niemców było to wyzwanie. Dla Polaków — znak, że opór trwa.

Okupant zaczął traktować Oddział Wydzielony Wojska Polskiego jako problem polityczny i propagandowy. Niewielka formacja majora Dobrzańskiego stała się dla Niemców dowodem, że kampania wrześniowa nie zakończyła wszystkiego.

W ich raportach i relacjach pojawiał się obraz dowódcy niebezpiecznego, nieprzewidywalnego, wymykającego się standardowym schematom. Stąd określenie „Szalony Major”.

Ale w tym „szaleństwie” była metoda: trwać, nie poddać się, zachować mundur i broń.

Konflikt z dowództwem ZWZ

Działalność Hubala budziła jednak coraz większy niepokój w kierownictwie polskiej konspiracji. Związek Walki Zbrojnej stawiał wtedy przede wszystkim na budowę tajnych struktur, unikanie przedwczesnych wystąpień i ochronę ludności cywilnej przed represjami.

W marcu 1940 roku do wsi Gałki Krzczonowskie, gdzie stacjonował oddział, przybył ppłk Leopold Okulicki „Miller” z rozkazem demobilizacji. Hubalowi proponowano funkcję w strukturach konspiracyjnych. Jego żołnierze mieli przejść do pracy podziemnej.

Dobrzański nie przyjął tego rozwiązania wprost. Nie chciał rozwiązać oddziału własnym rozkazem. Pozostawił decyzję swoim ludziom. Kto chciał odejść — mógł odejść. Kto chciał zostać — zostawał.

Większość oficerów i część żołnierzy opuściła oddział. Przy Hubalu pozostało około 70–80 ludzi.

Była to chwila przełomowa. Od tej pory jego formacja była mniejsza, bardziej ruchliwa, ale też coraz bardziej osamotniona.

Hucisko. Zwycięstwo, które sprowadziło burzę

Największe starcie oddziału miało miejsce 30 marca 1940 roku pod Huciskiem. Niemcy rzucili przeciwko Hubalowi znaczne siły. Mimo przewagi przeciwnika Polacy zdołali przebić się i zadać mu dotkliwe straty.

Dla żołnierzy Hubala było to zwycięstwo. Dla Niemców — upokorzenie.

Ale cena tego zwycięstwa miała okazać się straszliwa.

Po walce pod Huciskiem i kolejnych starciach Niemcy rozpoczęli brutalną akcję represyjną. Od 30 marca do 11 kwietnia 1940 roku spacyfikowali dziesiątki miejscowości związanych rzeczywiście lub rzekomo z pomocą dla oddziału.

Spalono 31 wsi. Zamordowano 712 osób. Mieszkańców bito, aresztowano, wywożono na roboty przymusowe i do obozów.

To były tzw. pacyfikacje hubalowskie — jedna z pierwszych tak szeroko zakrojonych akcji terroru niemieckiego przeciw ludności cywilnej na ziemiach polskich.

Wśród miejscowości dotkniętych represjami znalazły się m.in. Gałki Krzczonowskie, Hucisko, Skłoby, Szałas Stary, Królewiec i Adamów.

Tragedia ludności cywilnej

Wokół Hubala narosło wiele mitów. Jednym z nich jest twierdzenie, że nie liczył się z losem mieszkańców wsi. Rzeczywistość była bardziej dramatyczna.

Dobrzański wiedział, że Niemcy stosują odpowiedzialność zbiorową. Wiedział, że każda pomoc udzielona polskim żołnierzom może ściągnąć na ludzi śmierć. Po pacyfikacjach przeżywał tragedię cywilów i obwiniał się o ich cierpienie.

Po kwietniowych represjach oddział zaczął częściej unikać postojów we wsiach. Hubal starał się nie narażać mieszkańców bardziej, niż wymuszała to sytuacja.

Ale niemiecki terror miał złamać nie tylko oddział. Miał złamać więź między polskim wojskiem a polską wsią. Okupant chciał przekazać prosty komunikat: kto pomaga żołnierzom, ten zapłaci życiem.

Mimo to legenda Hubala nie zgasła. Przeciwnie — rosła, karmiona zarówno podziwem, jak i bólem.

Ostatni marsz majora Hubala

Kwiecień 1940 roku był dla oddziału czasem nieustannego pościgu. Niemcy organizowali obławy. Hubalczycy byli zmęczeni, głodni, stale w ruchu. Brakowało im odpoczynku, amunicji, bezpiecznych punktów oparcia.

Pod koniec miesiąca Hubal przeszedł w rejon Lasów Spalskich. Rankiem 30 kwietnia 1940 roku jego oddział zatrzymał się w sosnowym zagajniku Zaczynki, niedaleko wsi Anielin.

Po nocnym marszu żołnierze odpoczywali. Wtedy Niemcy uderzyli.

W pierwszych minutach walki major Henryk Dobrzański „Hubal” został trafiony kulą w klatkę piersiową. Zginął na miejscu. Poległ także kpr. Antoni Kossowski „Ryś”.

Dla oddziału był to cios śmiertelny. Dla Niemców — długo oczekiwany sukces.

Ciało Hubala zostało rozpoznane, sfotografowane i zbezczeszczone. Niemcy przewieźli je najpierw do Studzianny, później prawdopodobnie do Tomaszowa Mazowieckiego. Miejsce pochówku ukryli tak starannie, że do dziś nie zostało odnalezione.

Nie chcieli grobu. Bali się, że stanie się miejscem kultu.

I mieli rację.

Nieznany grób i nieśmiertelna legenda

Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywa major Hubal. Przez lata wskazywano różne możliwe miejsca: Tomaszów Mazowiecki, Wąsosz, cmentarz w Inowłodzu. Poszukiwania nie przyniosły ostatecznej odpowiedzi.

Paradoksalnie brak grobu tylko wzmocnił legendę. Hubal pozostał postacią zawieszoną między historią a mitem — jak rycerz, który zniknął w lesie, ale którego obecność wciąż powraca w opowieściach.

Po jego śmierci żołnierze oddziału wydali komunikat, w którym pisali o dowódcy jako o człowieku, który nie złamał przysięgi żołnierskiej i nie splamił honoru polskiego żołnierza.

Resztki oddziału walczyły jeszcze przez pewien czas, próbując przedostać się w inne rejony. Ostatecznie w czerwcu 1940 roku, po wieści o kapitulacji Francji, grupa hubalczyków rozproszyła się. Broń ukryto. Ludzie przeszli do dalszej działalności konspiracyjnej.

Oddział przestał istnieć.

Ale legenda Hubala dopiero się zaczynała.

Hubal nie mieści się w łatwych formułach. Nie jest pomnikowym bohaterem bez rys. Jest człowiekiem z krwi i kości — upartym, dumnym, odważnym, tragicznym. Człowiekiem, który nie potrafił pogodzić się z tym, że państwo upadło, armia została rozbita, a mundur trzeba ukryć na dnie skrzyni.

On tego munduru nie zdjął.

W czasach, gdy Polska była rozszarpywana przez dwóch okupantów, jego oddział przypominał, że ciągłość Wojska Polskiego nie została zerwana. Dla mieszkańców Kielecczyzny widok Hubala i jego żołnierzy był czymś więcej niż epizodem wojennym. Był dowodem, że kapitulacja nie musi oznaczać końca.

Major Hubal – ostatni żołnierz września

Henryk Dobrzański „Hubal” przeszedł do historii jako pierwszy partyzant II wojny światowej i jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli polskiego oporu. Ale sam zapewne nie nazwałby siebie partyzantem. Do końca uważał się za oficera regularnego Wojska Polskiego.

Jego śmierć 30 kwietnia 1940 roku pod Anielinem zamknęła pewien rozdział wojny obronnej 1939 roku. Był jak ostatni akord września — spóźniony, samotny, ale donośny.

Nie złożył broni.
Nie zdjął munduru.
Nie wyrzekł się przysięgi.

I dlatego major Hubal pozostał w polskiej pamięci nie tylko jako dowódca oddziału, lecz jako znak, że nawet po klęsce można ocalić honor.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z materiałów Instytutu Pamięci Narodowej

Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.

Twoje wsparcie jest bezcenne!

patronite.pl/dorota.kania

buycoffee.to/dorota-kania