Cień SB. Tajemnicze morderstwa po zabójstwie księdza Popiełuszki

Dwie kobiety, dwa makabryczne morderstwa i jeden przerażający trop prowadzący do SB. Małgorzata Targowska – Grabińska i Aniela Piesiewicz nie były działaczkami opozycji ani politykami. Obie zostały zamordowane w wyjątkowo brutalny sposób: z poderżniętymi gardłami, skrępowanymi ciałami i śladami przypominającymi metody znane ze zbrodni funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Śledztwa szybko ugrzęzły, akta jednej ze spraw zniknęły, a podejrzenia od początku prowadziły w stronę Służby Bezpieczeństwa.

Warszawa lat 80. do dziś skrywa tajemnicę, której nikt nie odważył się wyjaśnić do końca.

Tajemniczy „robotnik” na Saskiej Kępie

Czwartek, 9 maja 1985 roku.
Warszawska Saska Kępa tonęła w wiosennym słońcu. Wąskie uliczki pachniały świeżym deszczem i kwitnącymi kasztanami, a mieszkańcy eleganckiej dzielnicy żyli pozorami normalności. Ale pod cienką warstwą codzienności pulsował strach. W PRL ludzie wiedzieli jedno — jeśli aparat władzy postanowił kogoś zastraszyć, nikt nie był bezpieczny.

Około godziny 9.15 w mieszkaniu Małgorzaty i Aleksandra Grabińskich rozległ się dzwonek do drzwi. Małgorzata Targowska-Grabińska była tłumaczką. Inteligentna, spokojna, ostrożna. Pracowała nad przekładami zachodnich bestsellerów. Razem z mężem planowali niewielki remont mieszkania.

Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyła młodego mężczyznę około trzydziestki. Schludny. Uprzejmy. Kulturalny. Nie wyglądał jak robotnik. Przedstawił się spokojnym głosem. Przyniósł farby i lakier do malowania krat.

Kobieta była zdziwiona: niczego i nikogo przecież nie zamawiała.

Ale mężczyzna znał szczegóły remontu. Mówił pewnie. Nie wyglądał groźnie. W czasach PRL ludzie często załatwiali sprawy „przez spółdzielnię”, bez wcześniejszych zapowiedzi. Małgorzata wpuściła go do środka.

To była ostatnia decyzja w jej życiu.

Telefon do męża

Zaniepokojona kobieta zadzwoniła jeszcze do męża. Aleksander Grabiński był wtedy w pracy. Prowadził ważne rozmowy z zagranicznymi kontrahentami. Odebrał telefon w pośpiechu.

— Słuchaj, przyszedł jakiś człowiek z lakierem do krat… zamawiałeś coś?

Aleksander był rozkojarzony.

— Oddzwonię później.

Nie wiedział, że właśnie słyszy głos żony po raz ostatni. Kilka minut później rzeczywiście oddzwonił.

Ale tym razem słuchawkę podniósł obcy mężczyzna. Spokojnie wyjaśnił, że zostawi materiały i kartkę z rozliczeniem. Mówił rzeczowo, bez emocji. Aleksander nie wyczuł nic podejrzanego.

Nie miał pojęcia, że rozmawia z człowiekiem, który za chwilę zamorduje jego żonę.

Brutalna zbrodnia

Po zakończonej rozmowie wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Morderca zaatakował Małgorzatę nożem. Podciął jej gardło.

Potem skrępował ręce białym sznurkiem. Na końcu przykrył głowę poduszką.

Z mieszkania zabrał tylko kilka drobiazgów i biżuterię — jakby chciał upozorować zwykły rabunek. Ale śledczy szybko zrozumieli, że coś się nie zgadzało.

To nie wyglądało na przypadkowy napad. To wyglądało jak egzekucja.

Aleksander wrócił do domu około 17.30. Już od progu poczuł niepokój.

Drzwi były uchylone. Nigdy wcześniej się to nie zdarzało. Wszedł do salonu i zamarł. W kałuży krwi, leżała jego żona..

Małgorzata zginęła niemal dokładnie tak, jak bohaterka powieści „Igła” Kena Folletta, którą właśnie tłumaczyła.

Ten szczegół prześladował go przez lata.

Milicyjne metody

PRL-owskie śledztwo szybko zamieniło się w koszmar.

Zamiast tropić mordercę, funkcjonariusze zaczęli naciskać na Aleksandra Grabińskiego. Przesłuchiwano go godzinami. Bito. Próbowano wymusić przyznanie się do winy. Dopiero po czasie SB zorientowała się, że prawdopodobnie doszło do fatalnej pomyłki.

Bo kilka ulic dalej mieszkała… druga Małgorzata Grabińska.

To właśnie ten wątek do dziś budzi największe przerażenie.

Na Saskiej Kępie mieszkał również Paweł Grabiński z żoną Małgorzatą — syn znanego adwokata Andrzeja Grabińskiego.

Nazwisko mecenasa było doskonale znane władzom PRL. Bronił opozycjonistów. Występował w procesach politycznych.

A przede wszystkim był oskarżycielem posiłkowym w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki.

To mogło wystarczyć, by znaleźć się na celowniku Służby Bezpieczeństwa.

Według świadków podczas procesu toruńskiego pod adresem adwokata padały jawne groźby. Funkcjonariusze i ludzie związani z aparatem bezpieczeństwa mieli dawać do zrozumienia, że każdy może stać się ofiarą. Także rodzina.

Straszliwa pomyłka służb?

Istniał jednak problem.

Prawdziwa Małgorzata Grabińska — synowa mecenasa — wyprowadziła się z Saskiej Kępy kilka tygodni wcześniej. Czy możliwe, że zleceniodawcy zabójstwa o tym nie wiedzieli?Czy morderca dostał jedynie nazwisko i przybliżony adres?

Ta teoria od lat wraca w publikacjach dotyczących nierozwiązanych zbrodni PRL.

Bo wszystko pasowało do ostrzeżenia: profesjonalny sprawca, brak świadków, pozorowany rabunek.

I brutalność przypominająca działania ludzi wyszkolonych do zastraszania.

Świadkowie widzieli mężczyznę przed zbrodnią.

Pracownice spółdzielni rzemieślniczej zapamiętały elegancko ubranego człowieka o delikatnych dłoniach.

Nie wyglądał jak robotnik. Nie zachowywał się nerwowo. Nie rzucał się w oczy.

Był dokładnie taki, jaki powinien być profesjonalista. Portret pamięciowy trafił do mediów.

Nigdy go nie rozpoznano.

Dziwne wydarzenie

Tego samego dnia coś dziwnego spotkało również Pawła Grabińskiego, syna mecenasa Andrzeja Grabińskiego.

Znajomy poprosił go o pomoc przy zepsutym samochodzie w okolicach Falenicy.

Paweł pojechał na miejsce.

Nikogo tam nie było. Ani samochodu. Ani znajomego. Po powrocie Paweł dowiedział się, że nikt nie prosił go o taką przysługę.

Przypadek? A może próba wywabienia go z domu?

Małgorzata, synowa mecenasa Andrzeja Grabińskiego, mogła być postrzegana przez aparat bezpieczeństwa jako idealny cel nacisku. Uderzenie w nią lub jej najbliższych mogło stanowić brutalny sygnał ostrzegawczy wymierzony w adwokata, który od lat pozostawał w konflikcie z komunistycznym systemem. Andrzej Grabiński wielokrotnie odmawiał współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, przez co znalazł się pod stałą obserwacją i miał otrzymywać pogróżki. W środowisku dobrze wiedziano również, że Małgorzata była dla niego osobą wyjątkowo ważną i darzoną ogromną sympatią. To właśnie dlatego mogła zostać uznana za jego najbardziej wrażliwy „punkt nacisku”.

Śledztwo zabójstwa Małgorzaty Targońskiej – Grabińskiej umorzono z powodu niewykrycia sprawców. Aleksander Grabiński składał odwołania. Bezskutecznie.

W końcu akta trafiły do archiwum. A później… zniknęły.

Dziennikarze po latach ustalili, że dokumentacja sprawy po prostu przepadła. Nie wiadomo kiedy. Nie wiadomo dlaczego.

W sprawach związanych z PRL takie „zaginięcia” zdarzały się zadziwiająco często.

Kolejna zbrodnia

Sobota, 22 lipca 1989 roku. Warszawska Starówka.

Polska właśnie wchodziła w okres politycznego chaosu. Dwa dni wcześniej generał Wojciech Jaruzelski został wybrany na prezydenta PRL. Formalnie system się chwiał, ale ludzie dawnej bezpieki nadal pozostawali wpływowi.

Tamtego wieczoru Krzysztof Piesiewicz odwiedzał swojego przyjaciela — reżysera Krzysztofa Kieślowskiego. Miał jeszcze pojechać do swojej 82-letniej matki, Anieli.

Zadzwonił wcześniej, obiecał pomoc. nAle wyszedł od Kieślowskiego późno.

Kiedy podjechał pod kamienicę przy ulicy Długiej, nie wysiadł z samochodu. Było bardzo późno a on był zmęczony. Odjechał.

Być może właśnie wtedy uratował sobie życie.

Następnego ranka pielęgniarka nie mogła dostać się do mieszkania Anieli Piesiewicz. Adwokat przyjechał natychmiast.

Do środka weszli przez taras. Na podłodze leżała maczeta. W mieszkaniu panował chaos.

W końcu Krzysztof Piesiewicz dostrzegł łóżko przygniecione fotelem i poduszkami.

Obok leżały obcęgi i pilnik. Kiedy odrzucił poduszki, ciało matki.

Była skrępowana. Kabel oplatał ręce, nogi i szyję. Pętla zaciskała się przy każdym ruchu. Sekcja zwłok wykazała uduszenie.

Brzmiało to przerażająco znajomo Zabójstwo identyczne jak śmierć księdza Jerzego Popiełuszki.

Tutaj pisałam o zabójcach księdza Jerzego: https://dorotakania.pl/2026/02/08/prosze-zlagodzic-wyroki-tajny-parasol-kiszczaka-nad-zabojcami-ks-jerzego-popieluszki/

Śledczy szybko zauważyli podobieństwa.

Skrępowanie ciała. Sposób działania sprawców. Brutalność.

Wszystko przypominało sposób, w jaki związano ciało księdza Jerzego Popiełuszki przed wrzuceniem go do Wisły.

Trop prowadził do Służby Bezpieczeństwa

Wszczęto śledztwo. Pojawiali się podejrzani. Pojawiały się nazwiska informatorów MO. W pewnym momencie jeden z zatrzymanych miał wprost stwierdzić, że sprawa Anieli Piesiewicz „wiąże się z SB”.

Ale sprawa stanęła w miejscu Żadnych skazań. Żadnych sprawców.Żadnej odpowiedzi. Śledztwo w sprawie śmierci Anieli Piesiewicz trwało do 16 czerwca 1990. Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście umorzyła je z powodu braku wykrycia sprawców.

28 września 1990 roku śledztwo w sprawie śmierci Anieli Piesiewicz zostało wznowione po zażaleniu złożonym przez pełnomocnika Krzysztofa Piesiewicza, mecenasa Czesława Jaworskiego. W nowym postępowaniu pojawiły się tropy, które po raz kolejny skierowały uwagę śledczych w stronę środowisk przestępczych powiązanych z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL.

Jednym z zatrzymanych był Zygmunt G., który w rozmowach miał przechwalać się udziałem w „prasowaniu babki żelazkiem” oraz opowiadać o kobiecie przykrytej „kocami, narzutami i krzesłami” — szczegółach niezwykle zbliżonych do miejsca zbrodni. Niedługo później śledczy zatrzymali także Mariusza J., twierdzącego, że posiada informacje o grupie dokonującej napadów na warszawskim Starym Mieście.

W trakcie postępowania pojawiło się nazwisko Zbigniewa R., jednego z członków grupy. Mężczyzna miał utrzymywać, że zabójstwo Anieli Piesiewicz było powiązane ze służbami bezpieczeństwa Polski Ludowej, a sam Mariusz J. pełnił rolę „informatora Komendy Głównej MO”. Trop okazał się jednak ślepą uliczką. Jeden z kluczowych członków grupy wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, a ustalenie jego miejsca pobytu okazało się niemożliwe.

Mimo kolejnych przesłuchań i nowych hipotez śledztwo nie doprowadziło do przełomu. 30 października 2005 roku prokuratura definitywnie umorzyła postępowanie. Tajemnica śmierci Anieli Piesiewicz do dziś pozostaje niewyjaśniona. Do dziś także nie znaleziono zabójcy Małgorzaty Targowskiej – Grabińskiej.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z książki Patryka Pleskota „Zabić. Mordy polityczne w PRL”. Wydawnictwo Znak, Kraków 2016.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania