Myśleli, że walczą o wolną Polskę. W rzeczywistości od początku prowadzili ich funkcjonariusze bezpieki.
Noc była zimna i bezksiężycowa. Nad lasami Pomorza pojawił się amerykański samolot. Chwilę później w ciemność spadły dwie sylwetki. Na plecach mieli radiostacje, dolary, rozkazy i wiarę, że wracają do okupowanej przez komunistów Polski jako żołnierze tajnej misji Zachodu.
Nie wiedzieli, że od miesięcy są elementem perfekcyjnie przygotowanej prowokacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Nie wiedzieli, że każdy ich krok obserwuje bezpieka.
Nie wiedzieli, że ludzie, którym ufali, byli agentami komunistycznego aparatu terroru.
I nie wiedzieli, że wyrok śmierci zapadł na nich jeszcze zanim otworzyły się spadochrony.
Dionizy Sosnowski i Stefan Skrzyszowski zostali zrzuconi do Polski przez Amerykanów w listopadzie 1952 roku. Obaj wierzyli, że uczestniczą w wielkiej operacji wywiadowczej przeciwko sowietyzacji kraju. Obaj byli przekonani, że działają dla Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Obaj zostali wykorzystani przez komunistyczną bezpiekę w jednej z najbardziej cynicznych operacji stalinowskiej Polski – akcji o kryptonimie „Cezary”.
Sześć miesięcy później zostali zamordowani strzałem w tył głowy w więzieniu mokotowskim.
Tego samego dnia: 15 maja 1953 roku.
Operacja „Cezary”
Po wojnie komunistyczne władze panicznie bały się podziemia niepodległościowego. Mimo tysięcy aresztowań i egzekucji wciąż istnieli ludzie gotowi walczyć z nowym systemem narzuconym przez Moskwę.
W Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego narodził się więc diaboliczny plan.
Funkcjonariusz bezpieki Henryk Wendrowski stworzył fikcyjną strukturę podziemia – tak zwaną V Komendę WiN. Na papierze wyglądała jak prawdziwa organizacja konspiracyjna. W rzeczywistości była sterowaną przez UB pułapką.
Tutaj pisałam o Henryku Wndrowskim: https://dorotakania.pl/2025/10/09/__trashed/
Celem operacji było nie tylko rozpracowanie resztek podziemia w kraju. Chodziło o coś znacznie większego.
Komuniści chcieli skompromitować Zachód.
Przez podstawionych ludzi przekazywano Amerykanom i polskiej emigracji fałszywe informacje. Udawano istnienie silnej konspiracji w Polsce. Zachodnie służby wierzyły, że wspierają antykomunistyczny ruch oporu.
Historia Dionizego Sosnowskiego i Stefana Skrzyszowskiego to jedna z najbardziej porażających opowieści o działalności komunistycznej bezpieki w Polsce.
To nie była zwykła operacja kontrwywiadowcza.
To była perfekcyjnie przygotowana prowokacja, w której aparat bezpieczeństwa manipulował ludźmi gotowymi oddać życie za wolność Polski.
Komuniści stworzyli fałszywą konspirację. Wciągnęli do niej patriotów. A potem ich zamordowali.
Historia operacji „Cezary” pozostaje jednym z najbardziej mrocznych symboli terroru stalinowskiego w Polsce.
Student medycyny, który chciał uciec na Zachód
Dionizy Sosnowski urodził się w 1929 roku w Goniądzu. Był inteligentny, ambitny, marzył o studiach medycznych i normalnym życiu.
Rozpoczął naukę w Warszawie, ale szybko przekonał się, że w stalinowskiej Polsce pochodzenie i poglądy mogą przekreślić przyszłość. Problemy polityczne zmusiły go do przerwania studiów.
W 1951 roku pojawiła się szansa. Wyjazd młodzieży do Berlina.
Dla wielu była to propaganda komunistyczna. Dla Sosnowskiego – okazja do ucieczki za żelazną kurtynę. Bezpieka dowiedziała się o planach młodego studenta niemal natychmiast.
Wtedy pojawił się agent MBP Jarosław Hamiwka, działający pod pseudonimem „Kamiński”. Zaczął budować wokół Sosnowskiego legendę konspiracyjną. Młody student uwierzył, że trafia do prawdziwej organizacji niepodległościowej.
Był idealnym kandydatem. Młody, antykomunistyczny, inteligentny i gotowy ryzykować życie.
W nocy z 5 na 6 stycznia 1952 roku został przerzucony przez zieloną granicę do Niemiec. Tam czekał już kolejny etap gry.
Monachium
W Monachium Sosnowski przeszedł specjalistyczne szkolenie radiotelegraficzne. Kurs organizowała Delegatura Zagraniczna WiN we współpracy z polskimi władzami emigracyjnymi i amerykańskimi instruktorami. Szkolono ludzi do działań dywersyjnych i wywiadowczych.
Sosnowski był przekonany, że przygotowuje się do walki o wolną Polskę. Nie miał pojęcia, że cała operacja jest kontrolowana przez komunistyczną bezpiekę.
Po ukończeniu szkolenia został awansowany na stopień kaprala podchorążego rezerwy i odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami.
W oczach emigracyjnych władz był bohaterem.
W oczach UB – pionkiem przeznaczonym do likwidacji.
Żołnierz AK ścigany przez komunistów
Historia Stefana Skrzyszowskiego była jeszcze bardziej dramatyczna.
Urodzony w 1911 roku, przed wojną służył w Wojsku Polskim w oddziałach telegraficznych. Prawdopodobnie pod koniec wojny działał w Armii Krajowej.
W 1944 roku został wcielony do Ludowego Wojska Polskiego, ale szybko zrozumiał, co grozi byłym akowcom.
Zdezerterował. Od tej chwili żył pod fałszywym nazwiskiem Janusz Patera.
Ukrywał się na Pomorzu, pracował jako mechanik, próbował przetrwać. Ale komunistyczne państwo nie zapominało o takich ludziach.
W maju 1951 roku jego brat Marian nawiązał kontakt z człowiekiem przedstawiającym się jako działacz WiN.
Był nim agent bezpieki Henryk Wendrowski.
Skrzyszowski uwierzył, że podziemie nadal istnieje i że Zachód przygotowuje operację przeciwko komunistom. To była dokładnie ta iluzja, którą chciało stworzyć MBP.
Skok do Polski
W listopadzie 1952 roku Dionizy Sosnowski i Stefan Skrzyszowski wsiedli do amerykańskiego samolotu. Mieli wrócić do Polski jako elitarni emisariusze.
Nocą z 4 na 5 listopada zostali zrzuconi na teren Pomorza, w okolicach Nadleśnictwa Warcino.
Na ziemi czekali już ludzie „V Komendy WiN”. Czyli funkcjonariusze sterowani przez komunistyczną bezpiekę.
Przejęto sprzęt, pieniądze, radiostacje i wyposażenie.
Sosnowski i Skrzyszowski nadal wierzyli, że wykonują tajną operację niepodległościową. Pisali raporty. Przekazywali informacje. Działali zgodnie z instrukcjami.
Nie wiedzieli, że wszystko trafia prosto do MBP.
Aresztowania
6 grudnia 1952 roku komuniści zakończyli operację.
Rozpoczęły się aresztowania. Dionizy Sosnowski i Stefan Skrzyszowski zostali zatrzymani jako „amerykańscy szpiedzy” i „wrogowie Polski Ludowej”.
Proces miał charakter pokazowy. Wyroki były ustalone wcześniej.
18 lutego 1953 roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem niesławnego ppłk. Mieczysława Widaja skazał obu na karę śmierci.
W sali sądowej nie chodziło o sprawiedliwość. Chodziło o propagandę.
Adwokat Stefana Skrzyszowskiego mówił wręcz, że proces ma „dodatnie znaczenie”, bo społeczeństwo powinno zobaczyć, że „wróg jeszcze kąsa”.
Był to język terroru stalinowskiego państwa.

Egzekucja
15 maja 1953 roku pod murem mokotowskiego więzienia czekał Aleksander Drej komunistyczny bandyta – kat z Rakowieckiej.
Tutaj pisałam o kacie z Rakowieckiej: https://dorotakania.pl/2025/11/27/kat-z-rakowieckiej/
Obu wyprowadzono z cel śmierci więzienia mokotowskiego przy ulicy Rakowieckiej 37. Tam kończyły się historie setek żołnierzy podziemia niepodległościowego.
Szybka egzekucja. Strzał w tył głowy. Anonimowy dół.
Tak komunistyczna Polska traktowała ludzi, którzy wierzyli w niepodległość.
Sosnowski miał zaledwie 23 lata. Skrzyszowski – 41.
Obaj do końca mogli wierzyć, że zostali zdradzeni przez konspirację. Prawdopodobnie nigdy nie poznali całej prawdy.
Pogrobowiec
Najbardziej wstrząsający rozdział tej historii miał dopiero nadejść.
Żona Stefana Skrzyszowskiego – Wanda Salmonowiczówna – została aresztowana przez komunistów i skazana na dziewięć lat więzienia.
Była w ciąży. 12 sierpnia 1953 roku, trzy miesiące po egzekucji Stefana, urodziła syna w więziennym szpitalu.
Dziecko przyszło na świat za kratami. Ojciec już nie żył.
Matkę wraz z noworodkiem przewieziono później do więzienia w Grudziądzu.
Przez lata kobieta żyła pod kontrolą komunistycznych organów bezpieczeństwa. Musiała meldować się w prokuraturze i dopiero tam oficjalnie poinformowano ją o śmierci męża.
Komuniści chcieli, żeby zniknęli na zawsze
Ciała zamordowanych potajemnie zakopano na warszawskich Powązkach, w osławionej kwaterze „Ł – „Łączve”.
To tam komunistyczni oprawcy ukrywali szczątki swoich ofiar.
Przez dziesięciolecia rodziny nie wiedziały, gdzie pochowano ich bliskich.
Dopiero prace ekshumacyjne prowadzone przez zespół prof. Krzysztofa Szwagrzyka pozwoliły odnaleźć szczątki obu mężczyzn.
Szczątki Dionizego Sosnowskiego odnaleziono w 2013 roku. Tożsamość Stefana Skrzyszowskiego potwierdzono kilka lat później.
Po ponad pół wieku wrócili z bezimiennego dołu śmierci.
Przy pisaniu tekstu korzystałam z materiałów Instytutu Pamięci Narodowej
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
