Sprawa rtm. Pileckiego. Oskarżyciel i skazany

Poniżej publikuję mój tekst, który ukazał się w dzienniku „Życie” 25 marca 2001 roku

PROKURATOR

Czesław Łapiński, rocznik 1912, były żołnierz Armii Krajowej. Później oskarżyciel w stalinowskim wymiarze sprawiedliwości. Wysoki, siwe włosy, ciemne oczy patrzą uważnie. Uśmiecha się niemal podczas całej rozmowy.

Irytuje się tylko w momencie, gdy pada pytanie, dlaczego po wojnie przeszedł na drugą stronę.

— Nie chciałem, ale musiałem. Takie były czasy. Nie wiecie, co się wtedy działo — mówi podniesionym głosem.

Rozmawiamy w dużym mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu. Podniszczone meble, dawno nieodnawiane ściany i okna. Na wysłużonym biurku kupon totolotka i stary aparat telefoniczny. Na regale z lat sześćdziesiątych książki. Obok „Kubusia Puchatka” książka o rotmistrzu Pileckim.

— Zrobiono ze mnie kata, pozbawiono uprawnień kombatanckich. Skreślono z listy adwokatów. To straszne brzemię — żali się Łapiński.

Starannie dobiera słowa, wysławia się piękną polszczyzną. O Tadeuszu Płużańskim mówi krótko. Woli opowiadać o całym procesie. Dla niego Płużański jest jednym z oskarżonych, dla których domagał się kar zgodnie ze swoim sumieniem i regułami prawa, jak podkreśla.

Wojskowa kariera

Jak to się stało, że Czesław Łapiński, przedwojenny absolwent renomowanego liceum, student prawa, dziennikarz, żołnierz Armii Krajowej, zdecydował się na przejście na drugą stronę? Że od początku lat pięćdziesiątych pracował w Wojskowym Wymiarze Sprawiedliwości i jako prokurator domagał się kar śmierci dla dawnych towarzyszy?

Wojna zastała go w momencie, gdy przygotowywał się do egzaminu wieńczącego czwarty rok prawa. Zmobilizowany do pułku artylerii został jego dowódcą. Po klęsce wrześniowej wstąpił do PLAN – Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, w której był także Tadeusz Płużański. Później wstąpił do Armii Krajowej. Walczył w Powstaniu Warszawskim na Ochocie. Ranny trafił do Milanówka. W Warszawie została żona z dwuletnim synem.

Gdy spłonęła willa na Mokotowie, w której mieszkali Łapińscy, żona z synem i ojcem schronili się w rodzinnej miejscowości Pokojówki pod Opatowem. Tam ich odnalazł Łapiński.

— Postanowiliśmy zamieszkać w Łodzi, gdzie przed wojną teść miał kancelarię notarialną. Tam też zgłosiłem się do wojska — opowiadał Łapiński.

Po co?

— Bo byłem niedowartościowanym artylerzystą — mówi krótko. — Nic nie powiedziałem o przynależności do AK. Nie ujawniłem się. Bałem się, że zobaczą we mnie zakonspirowanego żołnierza Armii Krajowej, gotowego włączyć się w odpowiednim momencie do walki kontrrewolucyjnej.

Dla komunistycznego wojska Łapiński był cennym nabytkiem. Wykształcony, mający niemalże zaliczone studia prawnicze, został natychmiast skierowany do prokuratury wojskowej. Pytany, czy nie zdawał sobie sprawy ze zbrodniczego systemu, do którego dołączył, Łapiński podnosi głos i tłumaczy:

— Miałem nadzieję, że alianci nas nie zostawią, mimo układu z Jałty, że nie pozwolą Rosjanom na samowolne działanie.

1945 roku zostaje szefem prokuratury rejonowej w Łodzi. Trwa nagonka na „imperialistycznych bandytów”. Na wniosek oskarżycieli zapadają wyroki śmierci.

— Byłem tylko przełożonym, dlatego czasami chodziłem na procesy — usprawiedliwia się po latach.

Z funkcji szefa prokuratury rejonowej zostaje odwołany w 1947 roku i przeniesiony jako wiceprokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej do Departamentu Sprawiedliwości, do sekcji ułaskawień. Twierdzi, że wtedy ujawnił swoją przynależność do AK.

— Do procesu Pileckiego włączono mnie tuż przed terminem rozprawy. Wszystko było przygotowane, nawet zostały już rozpisane wyroki. Ja miałem tylko je odczytać, ale postanowiłem zapoznać się z aktami — mówi.

— Zgodnie z prawem, przeglądając akta, nabrałem przekonania, że sprawa nie była dęta. Nie znalazłem w niej niczego, co wskazywałoby na manipulację — usprawiedliwia się Łapiński.

Na stwierdzenie, że niemal wszystkie procesy w owych czasach były spreparowane, a nieprawdziwe zarzuty wymuszane torturami, Łapiński mówi niezrażony:

— Pilecki przyznał się m.in. do tego, że przesyłał informacje do Londynu. Zeznania Płużańskiego też były spójne i świadczyły o jego winie. Widziałem, mając niezależność procesową, grono patriotów, którzy zdecydowali się walczyć, ale cały proces toczył się z zachowaniem i poszanowaniem obowiązującego wtedy prawa.

— Zresztą miałem obietnicę szefa Naczelnej Prokuratury WojskowejStanisława Zarakowskiego, że wyroki śmierci, których mam się domagać, są zwykłą formalnością, że nikt nie zostanie stracony. Przecież dla mnie było szokiem oskarżać takiego bohatera, jakim był Pilecki — podkreśla z patosem Łapiński. — A później ten szubrawiec Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Czesław Łapiński w Wojskowym Wymiarze Sprawiedliwości pracował do lutego 1953 roku.

— Ja i inni koledzy odeszliśmy. Wtedy zaczęły się najkrwawsze i najbardziej zafałszowane procesy — mówi z przekonaniem.

Czy rzeczywiście w to wierzy, czy też jest to reakcja obronna? Nie wiadomo.

W latach pięćdziesiątych został adwokatem.

— Przez trzydzieści lat byłem obrońcą, a przez trzydzieści siedem obrońcą wojskowym. Przyczyniłem się do wcześniejszego wyjścia z więzienia Makarego Sieradzkiego, skazanego w procesie Pileckiego na karę dożywotniego więzienia, ale nikt o tym nie pamięta. Przez ostatnie dwadzieścia lat media widzą we mnie kata, tylko kata. A mnie pozbawiono uprawnień kombatanckich, skreślono z listy adwokatów, a informacje o mojej wysokiej emeryturze są mocno przesadzone — dodaje.

— Razem z dodatkiem pielęgnacyjnym niecałe 1400 zł — żali się Łapiński.

Pytany, czy od czasu procesu, od którego minęły 53 lata, chociaż raz spotkał się z Tadeuszem Płużańskim, człowiekiem, na którego sąd wydał karę śmierci, Czesław Łapiński milknie. Po dłuższej chwili mówi:

— Nie, nigdy się z nim nie spotkałem. Kilka lat temu, po publikacji w „Życiu Warszawy” artykułu na temat sprawy Pileckiego, wysłałem do niego list z propozycją spotkania, ale on nie odpowiedział. Chciałem mu wyjaśnić, jak wtedy było. On nie chciał się ze mną spotkać.

Tutaj pisałam o „Warszycu”. którego oskarżał Czesław Łapiński https://dorotakania.pl/2026/02/19/komunisci-bali-sie-ich-za-zycia-zamordowani-przez-ub/

SKAZANIEC

Tadeusz Płużański, rocznik 1920. Ujmujący, wita nas w urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Ze spokojem opowiada o tragicznym okresie swojego życia.

Mimo że minęło pięćdziesiąt lat od momentu aresztowania, pamięta wszystko niemal z fotograficzną dokładnością. I to, co mówił oskarżyciel Czesław Łapiński, i to, z jakim przekonaniem wystąpił o najwyższy wymiar kary.

— Bez wahania wnioskował o karę śmierci dla Witolda Pileckiego, Marii Szelągowskiej i dla mnie. Nawet głos mu nie drgnął, gdy to mówił — wspomina Tadeusz Płużański.

Płużański i Łapiński — dwóch ludzi, których życiowa droga przez pewien czas biegła w tym samym kierunku. Później rozeszła się w dwie przeciwne strony.

— W pewnym momencie stanęliśmy w punkcie drastycznego wyboru. Albo wierzyć w to, co się robi, iść za głosem sumienia, albo przejść na stronę Sowietów. To, co się później stało, jest właśnie konsekwencją owego wyboru. Owszem, rozumiem tłumaczenie Łapińskiego. On faktycznie musiał robić to, co mu kazano. Był narzędziem systemu, ale nie był bezwolny. Sam się zgłosił do wojska, zgodził się na funkcję oskarżyciela. Żądał dla nas wyroków śmierci, robił to z zapałem i przekonaniem. Nie wierzę jednak, że o niczym nie wiedział, bo tkwił przecież w tym mechanizmie — tak Tadeusz Płużański komentuje wypowiedzi Łapińskiego.

— Do Łapińskiego nie czuję żalu ani nienawiści. Mojego wyboru nie mogę rozpatrywać w kategorii uczuć. Zdecydowałem się na walkę z okupantem i poniosłem tego konsekwencje: śledztwo bezpieki, wyrok i długoletnie więzienie — tłumaczy Płużański.

Łapiński także poniósł konsekwencje swojego wyboru. W czasie, gdy Płużański odsiadywał wyrok, był wziętym adwokatem. Gdy Płużański w 1956 roku, po wyjściu z więzienia, pracował jako ślusarz, Łapiński był cenionym członkiem palestry i bogatym człowiekiem. Obecne śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej jest także konsekwencją wyboru Czesława Łapińskiego.

Walka z okupantem

W kampanii wrześniowej dziewiętnastoletni Tadeusz Płużański brał udział jako ochotnik. Był ciężko ranny w bitwie o Janów Lubelski.

Do konspiracji przystąpił w grudniu 1939 roku. Był aresztowany przez Gestapo w 1940 roku. Przez pięć lat przebywał w niemieckim obozie koncentracyjnym w Stutthofie.

Po ucieczce Niemców postanowił wracać do Warszawy. Współwięźniowie ze Stutthofu ostrzegli go, żeby nie mówił Rosjanom, jak długo przebywał w obozie.

— Sam fakt, że ktoś mógł być w tych strasznych warunkach tyle czasu, wystarczał Sowietom, by posądzić człowieka o kolaborację i zastrzelić bez żadnego sądu — mówi Tadeusz Płużański.

Dociera do Warszawy, ale przedwojenne mieszkanie na Czerniakowie pozostaje zajęte. Wynajmuje lokum w Piastowie i nawiązuje kontakty z Witoldem Pileckim. Posługuje się fałszywymi dokumentami na nazwisko Tadeusz Radwan.

Jako kurier przedostaje się przez zieloną granicę do II Korpusu generała Andersa. Tam proponują mu pozostanie, ale Tadeusz Płużański odmawia. Po trzech miesiącach pobytu we Włoszech postanawia wracać. Żołnierze II Korpusu nie rozumieją jego decyzji.

— Moje miejsce było w Polsce, chciałem wracać. Uważałem, że okupacja sowiecka nie będzie długa, nie będzie trwała wiecznie — wspomina Tadeusz Płużański.

W Warszawie praca konspiracyjna idzie pełną parą. Mimo zachęty do ujawnienia się żołnierze Armii Krajowej nie wierzą w obietnice władzy ludowej. Wiedzą, że funkcjonuje Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Znana jest prawda o sowieckich metodach śledztw. Komunistyczna prasa donosi o coraz to nowych procesach „wrogów ludu” i „reakcyjnego podziemia”.

Grupa Pileckiego przygotowuje się do ewentualnej walki. Gromadzi broń i na bieżąco informuje władze w Londynie o sytuacji w kraju. Tymczasem w Polsce bezpieka rozpracowuje akowskie podziemie. Ma swoich konfidentów, którzy dostarczają informacje o niepodległościowych organizacjach.

Kilka miesięcy przed aresztowaniem Tadeusz Płużański spotyka na ulicy znajomego z konspiracji — Leszka Kuchcińskiego, który żali się, że nie wie, gdzie ma się podziać. Płużański proponuje mu wspólne mieszkanie.

— Kuchciński wiedział o mnie niemal wszystko. Zdawał sobie doskonale sprawę, że działam w konspiracji, że jestem w grupie Witolda Pileckiego. W pewnym momencie nawet do nas dołączył i razem z nami uczestniczył w pracy konspiracyjnej — opowiada Tadeusz Płużański.

Później się okazało, że Kuchciński współpracował z UB. Jego ewentualna działalność spowodowała wpadkę całej grupy Pileckiego. Co stało się z samym Kuchcińskim — nie wiadomo. Zaledwie kilka tygodni po zatrzymaniu wszystkich członków grupy Pileckiego Kuchciński wyszedł z domu i nigdy już nie wrócił. Jego żona do dziś nic o nim nie wie. Wiele wskazuje na to, że po wykonaniu zadania bezpieka zlikwidowała swojego informatora.

Wyrok: kara śmierci

Tadeusz Płużański został zatrzymany w marcu 1947 roku, sześć dni po ślubie.

— Byłem na poczcie w Warszawie, gdy podeszło do mnie dwóch panów i poprosiło o wyjście na zewnątrz. Cały czas utrzymywałem, że nazywam się Tadeusz Radwan, że nie wiem, o co chodzi. „Wszystko sobie wyjaśnimy” — usłyszałem. Doprowadzili mnie najpierw do siedziby bezpieki przy ulicy Koszykowej. Wtedy już nie miałem wątpliwości, że ktoś na nas doniósł — wspomina.

Śledztwo osobiście prowadził Józef Różański.

— W pokoju przesłuchań czekał na mnie wytworny, wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. Oświadczył, że nie będą się ze mną szarpali: „Ty jesteś twardy, ale mamy twoją żonę. Ona przed chwilą siedziała na tym miejscu, co ty. Ratuj ją, bo ty masz już u mnie dwa wyroki śmierci” — mówił do mnie Różański.

Oficerowie śledczy torturowali żonę Płużańskiego, maltretowali ją psychicznie. Grozili, że jeżeli nie podpisze wszystkiego, co jej podsuwają, rozstrzelają jej męża. Pani Stanisława Płużańska była w ciąży. Tortury spowodowały poronienie. Więziona w strasznych warunkach, w celi wypełnionej wodą i ekskrementami, pozbawiona opieki medycznej, cudem przeżyła. Skazana na osiem lat więzienia, wolność odzyskała dopiero w latach pięćdziesiątych.

Tadeusz Płużański starał się ochronić żonę, ale nic to nie dało.

— Nie pomagało, że mieli dowody winy w ręku. Przyznałem się do wszystkiego, nawet do tego, czego nie popełniłem, czyli do przygotowania zamachów i pełnienia funkcji rezydenta wywiadu. Przesłuchujący mnie śledczy żądali wciąż więcej i więcej. Robili wszystko, by doprowadzić mnie do psychicznego załamania.

Przydzielona z urzędu adwokat, Alicja Pintarowa, swojego klienta broniła w ten sposób, że przed sądem potwierdziła jego winę. Podczas jednego ze spotkań powiedziała wprost, że wykonuje polecenia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Tadeusz Płużański nie zgodził się na to, by w jego imieniu wysłała prośbę o ułaskawienie do Bolesława Bieruta. Po wyroku został osadzony w celi śmierci, w której spędził 73 dni.

— Pewnego dnia otworzyły się drzwi celi i strażnik powiedział do mnie: „Płużański”. Odpowiedziałem: „Tadeusz”. A on: „Wychodzić” — i dodał: „Nie jesteście ułaskawieni”. Byłem przekonany, że idę na śmierć — mówił pan Tadeusz.

Strażnik wprowadził Płużańskiego w błąd. Okazało się bowiem, że matka — Leokadia Płużańska — zwróciła się do Bieruta z prośbą o ułaskawienie. Bierut wniosek uwzględnił.

— Przywieziono mnie do Wronek, gdzie miałem odsiadywać dożywotnie więzienie. Wolność odzyskałem po dziesięciu latach, w czasie odwilży — mówi Tadeusz Płużański.

Życie na wolności

Po zwolnieniu poszukuje pracy i znajomości. Zostaje zatrudniony jako ślusarz, później jako dziennikarz.

— Pomogli mi dobrzy ludzie, dzięki którym znalazłem pracę w partyjnej gazecie Naczelnej Redakcji Robotniczej. Pracowałem w dziale kultury. Ja — uznany za wroga Polski Ludowej — śmieje się pan Tadeusz.

1957 roku rozpoczyna studia na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.

— Byłem najstarszym studentem, nawet nazywano mnie seniorem roku.

Po obronie pracy magisterskiej, której promotorem był Leszek Kołakowski, rozpoczyna przewód doktorski. Przeszłość dała jednak o sobie znać, mimo wybitnej działalności naukowej. Profesorem zostaje dopiero w 1979 roku.

Tadeusz Płużański jest jedyną żyjącą ofiarą Czesława Łapińskiego. Od momentu wyjścia z więzienia wiedział już, że nie można pominąć milczeniem zbrodni bezpieki. Ze spokojem mówi:

— Nareszcie, po tylu latach, ta sprawa zostanie wyjaśniona do końca.

Sprawa rotmistrza Pileckiego

Rotmistrz Witold Pilecki jest zaliczany do najwybitniejszych bohaterów II wojny światowej. Urodzony w rodzinie kresowej o tradycjach niepodległościowych, od najmłodszych lat był związany ze skautingiem i polską konspiracją.

1918 roku zgłosił się na ochotnika do samoobrony wileńskiej, gdzie walczył do końca wojny polsko-bolszewickiej. W okresie międzywojennym wraz z żoną i dziećmi mieszkał w majątku pod Lidą.

Po klęsce wrześniowej wstąpił do Armii Krajowej. W 1940 roku został ochotnikiem do Auschwitz i tam zorganizował konspirację. Przekazywał także na zewnątrz informacje o zbrodniach dokonywanych przez hitlerowców w obozie.

Po 947 dniach przebywania w Auschwitz Pileckiemu, zagrożonemu zdemaskowaniem, udało się uciec. Dotarł do Warszawy, do Komendy Głównej Armii Krajowej. Był organizatorem struktur konspiracyjnych przygotowanych na wypadek okupacji radzieckiej w Polsce.

Powstaniu Warszawskim był dowódcą zgrupowania Chrobry II. Po upadku powstania dostał się do oflagu w Murnau. Po kapitulacji Niemiec zgłosił się do II Korpusu, gdzie otrzymał rozkazy dotyczące dalszej działalności konspiracyjnej w Polsce.

Znowu jako ochotnik postanowił wrócić do kraju. Granicę przekroczył jako Roman Jezierski. Aresztowany na początku maja 1947 roku przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, poddany torturom, przez osiem miesięcy śledztwa przebywał w całkowitej izolacji od innych więźniów.

Akt oskarżenia, zaakceptowany przez naczelnika Wydziału II Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, majora Adama Humera, podpisany przez zastępcę Naczelnego Prokuratora Wojska Polskiego, podpułkownika Henryka Podlaskiego, został przesłany 7 lutego 1948 roku do Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie.

Przewodniczącym składu sędziowskiego był Jan Hryckowian, były żołnierz Armii Krajowej, podobnie jak oskarżyciel Czesław Łapiński.

Grupę Pileckiego oskarżono m.in. o prowadzenie działalności wywiadowczej na rzecz obcego mocarstwa, magazynowanie broni, przygotowanie zbrojnego zamachu i posługiwanie się fałszywymi dokumentami.

Na proces grupy Pileckiego wstęp miała ograniczona liczba osób i to ze specjalnymi przepustkami. Większość publiczności stanowili funkcjonariusze UB i przedstawiciele komunistycznej prasy. Tytuły relacji były wymowne: „Szpiedzy Andersa przed sądem”„Instrukcje Andersa dla organizacji szpiegowskiej nakazywały współpracę z ukraińskimi bandytami”.

Ostatecznie wyroki śmierci otrzymali: Witold PileckiMaria Szelągowska i Tadeusz PłużańskiMakary Sieradzki został skazany na karę dożywotniego więzienia. Witold Różycki — na 15 lat. Maksymilian Kaucki — na 12 lat. Ryszard Jamontt-Krzywicki — na 8 lat. Jerzy Nowakowski — na 5 lat.

Natychmiast po orzeczeniu wyroku przez sąd do Bolesława Bieruta przesłano prośbę o ułaskawienie PileckiegoSzelągowskiej i Płużańskiego.

20 maja 1948 roku Bierut zatwierdził wyrok śmierci wobec Witolda Pileckiego. Skorzystał natomiast z prawa łaski wobec Marii Szelągowskiej i Tadeusza Płużańskiego, którym kary śmierci zamieniono na wyroki dożywotniego więzienia.

Rotmistrz Witold Pilecki został stracony w mokotowskim więzieniu 25 maja 1948 roku.

  • Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
  • Twoje wsparcie jest bezcenne!
  • buycoffee.to/dorota-kania
  • patronite.pl/dorota.kania