Czerwiec 1982 roku. Polska od sześciu miesięcy żyje pod ciężkim butem stanu wojennego. Na ulicach stoją patrole milicji, tysiące działaczy opozycji siedzi w więzieniach i ośrodkach internowania, telefony są kontrolowane, a każda próba protestu kończy się pałkami ZOMO.
Wydaje się, że komunistyczna władza odzyskała kontrolę. Generałowie mogą być spokojni. Moskwa może być spokojna.
Tak przynajmniej sądzą funkcjonariusze przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie.
Nie wiedzą jeszcze, że właśnie rodzi się organizacja, która w ciągu kilku lat stanie się jednym z największych koszmarów Służby Bezpieczeństwa, KGB i STASI.
Organizacja, która nie będzie negocjowała z komunizmem. Nie będzie prosiła o ustępstwa. Nie będzie domagała się „socjalizmu z ludzką twarzą”. Będzie żądała tylko jednego: całkowitego upadku systemu.
Dzieci Żołnierzy Wyklętych
Historia Solidarności Walczącej nie zaczyna się jednak w czerwcu 1982 roku. Jej korzenie sięgają znacznie głębiej: lasów pełnych partyzantów, piwnic katowni UB, komunistycznych więzień i kazamtów.
Rodzin, które po wojnie zapłaciły wysoką cenę za wierność Polsce.
Wielu późniejszych działaczy SW wychowywało się w domach, gdzie pamięć o Armii Krajowej, Narodowych Siłach Zbrojnych, WiN i powojennym podziemiu była czymś naturalnym.
Ich ojcowie walczyli z Niemcami. Potem często walczyli z komunistami. Niektórzy trafili do więzień, inni stracili pracę. Jeszcze inni zostali skazani na wieloletnie milczenie.
Dzieci tych ludzi dorastały w Polsce Ludowej. W szkołach uczono je, że Armia Czerwona przyniosła wolność.
W domach słyszały coś zupełnie innego: opowiadano o wywózkach, aresztowaniach, torturach i fałszowanych procesach.
Wielu z nich już jako nastolatkowie wiedziało, że komunizm nie jest systemem do naprawienia – jest systemem do obalenia.
Morawiecki myślał inaczej niż większość opozycji
W centrum tych wydarzeń stał człowiek, który już wtedy wyróżniał się sposobem myślenia.
Kornel Morawiecki.
Fizyk. Naukowiec. Działacz opozycji. Redaktor podziemnego „Biuletynu Dolnośląskiego”.
Nie był politykiem w klasycznym znaczeniu. Nie zabiegał o stanowiska. Nie budował własnego kultu.
Ale miał coś, czego brakowało wielu innym.
Potrafił patrzeć dalej.Gdy większość opozycji myślała o odzyskaniu części swobód obywatelskich, on zastanawiał się nad czymś znacznie większym.
Jak doprowadzić do upadku całego imperium. Morawiecki uważał, że Polska nie odzyska wolności dopóki istnieje Związek Sowiecki.
A skoro tak, walka nie może ograniczać się do granic PRL. Musi objąć cały system komunistyczny.
Była to myśl niemal rewolucyjna.
W roku 1982 większość ekspertów uważała ZSRR za mocarstwo wieczne. Morawiecki uważał, że może się rozpaść. Historia pokaże, kto miał rację.

Narodziny ruchu, który przestraszył bezpiekę
W czerwcu 1982 roku we Wrocławiu doszło do konfliktu wewnątrz podziemnej Solidarności.
Spór dotyczył metod walki. Czy organizować kolejne demonstracje? Czy wychodzić na ulice? Czy ryzykować konfrontację z reżimem?
Morawiecki uważał, że tak. Inni byli bardziej ostrożni.
Rozłam stał się nieunikniony.
13 czerwca ukazał się pierwszy numer nowego pisma.
Na jego łamach pojawiła się nazwa, która wkrótce stanie się legendą: Solidarność Walcząca.
Nie był to jeszcze formalny ruch. Była to idea. Bardzo niebezpieczna dla komunistów.
Już pierwsze artykuły nie pozostawiały wątpliwości. Autorzy nie mówili o reformowaniu PRL.
Mówili o zwycięstwie. O walce. O wolności. O odpowiedzialności za przyszłość Polski.
Najbardziej radykalni w całym podziemiu
Z czasem różnice między SW a innymi organizacjami stawały się coraz bardziej widoczne.
Podczas gdy większość środowisk opozycyjnych koncentrowała się na prawach pracowniczych lub odzyskaniu ograniczonej suwerenności, SW otwarcie głosiła:
Polska musi być całkowicie niepodległa.
Nie częściowo. Nie warunkowo. Nie pod kontrolą Moskwy.
Całkowicie.
Co więcej, działacze SW twierdzili, że wolność należy się także Litwinom, Estończykom, Łotyszom, Ukraińcom, Gruzinom, Ormianom i wszystkim narodom zniewolonym przez Kreml.
W czasach, gdy zachodni politycy mówili o „pokojowym współistnieniu”, oni mówili o rozpadzie imperium.
Brzmiało to jak polityczna fantastyka.
A jednak właśnie taki scenariusz miał się spełnić kilka lat później.
Organizacja, której nie mogła rozbić SB
W ciągu kilku lat Solidarność Walcząca stworzyła struktury w całej Polsce.
Powstały oddziały w Katowicach, Poznaniu, Gdańsku, Warszawie, Krakowie, Rzeszowie, Szczecinie i wielu innych miastach.
Ale najważniejsza była konspiracja. Działacze uczyli się, jak wykrywać obserwację.
Jak gubić „ogon”.
Jak prowadzić spotkania.
Jak ukrywać drukarnie.
Jak przechowywać sprzęt.
Jak przetrwać aresztowanie.
W efekcie powstała struktura, która przez lata skutecznie wymykała się bezpiece.
SB była bezradna. Funkcjonariusze przeprowadzali kolejne operacje.
Zakładali podsłuchy. Wysyłali agentów. Prowadzili obserwację.
A mimo to organizacja rosła.
Dla kierownictwa MSW było to upokorzenie.
Operacja „Ośmiornica”
W 1985 roku zapadła decyzja: Solidarność Walcząca musi zostać zniszczona. Za wszelką cenę.
Powstała gigantyczna operacja o kryptonimie „Ośmiornica”.
Była to jedna z największych akcji prowadzonych przez aparat bezpieczeństwa po stanie wojennym.
Do działań włączono nie tylko SB.
Pomagały również: KGB, STASI, służby innych państw bloku wschodniego.
Skala zaangażowania była ogromna.
Powód prosty: w Warszawie i Moskwie zaczęto rozumieć, że SW nie jest kolejną grupą wydającą ulotki.
To organizacja, która zaczyna wpływać na nastroje społeczne. I która coraz skuteczniej ośmiesza komunistyczne państwo.
Polacy ruszyli na Wschód
Najbardziej niezwykły rozdział tej historii rozpoczął się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.
W SW powstał Wydział Wschodni. To była naturalny wybór – większość działaczy Solidarności Walczącej pochodziła z Kresów – a ich rodzice walczyli w V Brrygadzie Wileńskiej i innych polskich formacjach na Kresach.
Członkowie Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej zaczęli robić coś, co jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się niemożliwe.
Nawiązywali kontakty z opozycją działającą w samym Związku Sowieckim. Przerzucali sprzęt drukarski. Pomagali dysydentom. Przemycali wydawnictwa. Tworzyli sieci kontaktów.
Docierali na Litwę, Ukrainę, do Gruzji, Armenii, Estonii i Kazachstanu.
Był to moment historyczny.
Po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej Polacy zaczęli aktywnie wspierać ruchy niepodległościowe wewnątrz imperium sowieckiego.
Moskwa była wściekła.
Kiedy przyszła wolność
Rok 1989.
Komunizm chwieje się w posadach. Przy Okrągłym Stole trwa proces negocjacji. Większość opozycji uznaje go za sukces.
Solidarność Walcząca uważa inaczej. Jej działacze twierdzą, że nie należy zawierać kompromisu z ludźmi odpowiedzialnymi za stan wojenny, represje i zależność Polski od Kremla.
Sprzeciwiają się porozumieniu. Wzywają do bojkotu wyborów.
Przegrywają politycznie.
Ale nie zmieniają poglądów.
Nie chciano ich słuchać
Po 1989 roku wielu działaczy SW znalazło się na marginesie życia politycznego.
Nie uczestniczyli w podziale wpływów. Nie otrzymali najważniejszych stanowisk. Nie stali się elitą III RP.
Przez lata ich historia była spychana na dalszy plan.
A jednak pozostawili po sobie coś niezwykłego.
Pokazali, że nawet w najciemniejszych latach PRL można było wierzyć w pełną niepodległość.
Że można było marzyć o upadku komunizmu wtedy, gdy wydawał się wieczny.
Że można było zachować wierność własnym przekonaniom mimo prześladowań, aresztowań i nieustannej inwigilacji.
Dziś, ponad czterdzieści lat po narodzinach Solidarności Walczącej, coraz wyraźniej widać, że była to nie tylko organizacja konspiracyjna.
Był to fenomen pokoleniowy. Ruch ludzi wychowanych w cieniu wojny, represji i komunistycznego terroru.
Ludzi, którzy nie chcieli lepszego komunizmu. Nie chcieli bardziej ludzkiego socjalizmu. Chcieli tylko jednego.
Całkowicie Wolnej Polski
RAMKA:
13 czerwca 1982. Dzień, w którym Polska wyszła na ulice
Minęło dokładnie sześć miesięcy od chwili, gdy w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski ogłosił wprowadzenie stanu wojennego. Władze PRL były przekonane, że opór został złamany. Tysiące działaczy „Solidarności” siedziało w więzieniach i ośrodkach internowania, podziemne struktury dopiero się odradzały, a na ulicach wciąż widoczne były skutki wojskowej operacji wymierzonej we własny naród.
Jednak 13 czerwca 1982 roku okazało się, że duch wolności nie został zdławiony.
W półrocznicę wprowadzenia stanu wojennego w wielu polskich miastach wybuchły masowe demonstracje antykomunistyczne. Na wezwanie podziemnej „Solidarności” tysiące ludzi wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko wojskowej dyktaturze i podporządkowaniu Polski komunistycznemu reżimowi. Był to jeden z największych testów społecznego oporu od czasu grudniowej pacyfikacji kraju.
Najbardziej dramatyczne wydarzenia rozegrały się we Wrocławiu, Nowej Hucie i Gdańsku.
We Wrocławiu tysiące mieszkańców odpowiedziały na apel środowiska skupionego wokół rodzącej się „Solidarności Walczącej”. Demonstranci zajęli ulice w rejonie Placu Grunwaldzkiego. Szybko doszło do wielogodzinnych starć z oddziałami ZOMO, które próbowały rozbić manifestację. W ruch poszły pałki, gaz łzawiący i armatki wodne. Protestujący budowali barykady i przez wiele godzin skutecznie stawiali opór siłom bezpieczeństwa. Tylko tego dnia zatrzymano ponad 300 osób.
Równie dramatyczny przebieg miały wydarzenia w Nowej Hucie. Po mszy świętej odprawionej w kościele Arka Pana tysiące ludzi utworzyły potężny pochód, który ruszył w kierunku Placu Centralnego. Wkrótce doszło do regularnych walk ulicznych. Demonstranci odpowiadali na ataki ZOMO kamieniami i elementami barykad. W trakcie zamieszek zaatakowano i zdemolowano IV Komisariat MO w Bieńczycach. Komunistyczne władze były zaskoczone skalą społecznego gniewu.
Także w Gdańsku, kolebce „Solidarności”, tysiące mieszkańców wyszły na ulice, by zamanifestować sprzeciw wobec reżimu. Demonstracje zostały brutalnie spacyfikowane przez milicję, jednak sam fakt ich organizacji pokazywał, że mimo miesięcy represji społeczeństwo nie zamierzało pogodzić się z narzuconym siłą porządkiem.
Komunistyczne władze odpowiedziały w jedyny znany sobie sposób. Na ulicach pojawiły się kolejne oddziały ZOMO. Używano gazu łzawiącego, armatek wodnych, granatów hukowych i brutalnej siły fizycznej. Setki osób zostały pobite i zatrzymane. Reżim chciał pokazać, że nadal kontroluje sytuację.
Stało się jednak coś odwrotnego.
13 czerwca 1982 roku udowodnił, że mimo stanu wojennego Polska nie została złamana. Tego dnia szczególnie wyraźnie dało się dostrzec narodziny nowego nurtu oporu, którego symbolem miał stać się Wrocław i grupa ludzi skupionych wokół Kornela Morawieckiego.
Właśnie wtedy, w atmosferze ulicznych walk, demonstracji i niezgody na jakikolwiek kompromis z komunistami, zaczęła rodzić się organizacja, która w kolejnych latach stanie się jednym z największych przeciwników PRL.
Solidarność Walcząca. Nie ruch domagający się reform. Nie środowisko liczące na porozumienie z władzą. Lecz podziemna organizacja, która otwarcie postawi sobie za cel obalenie komunizmu, odzyskanie pełnej niepodległości Polski i rozpad sowieckiego imperium. To właśnie 13 czerwca 1982 roku był dniem, w którym ta idea po raz pierwszy wyszła z konspiracyjnych mieszkań na ulice polskich miast.
Przy pisaniu tekstu korzystałam z materiałów Solidarności Walczącej oraz materiałów Instytutu Pamięci Narodowej
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
