• Dwie kobiety, dwa makabryczne morderstwa i jeden przerażający trop prowadzący do SB. Małgorzata Targowska – Grabińska i Aniela Piesiewicz nie były działaczkami opozycji ani politykami. Obie zostały zamordowane w wyjątkowo brutalny sposób: z poderżniętymi gardłami, skrępowanymi ciałami i śladami przypominającymi metody znane ze zbrodni funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Śledztwa szybko ugrzęzły, akta jednej ze spraw zniknęły, a podejrzenia od początku prowadziły w stronę Służby Bezpieczeństwa. Warszawa lat 80. do dziś skrywa tajemnicę, której nikt nie odważył się wyjaśnić do końca. Tajemniczy „robotnik” na Saskiej Kępie Czwartek, 9 maja 1985 roku.Warszawska Saska Kępa tonęła w wiosennym słońcu. Wąskie uliczki pachniały świeżym deszczem i kwitnącymi kasztanami, a mieszkańcy eleganckiej dzielnicy żyli pozorami normalności. Ale pod cienką warstwą codzienności pulsował strach. W PRL ludzie wiedzieli jedno — jeśli aparat władzy postanowił kogoś zastraszyć, nikt nie był bezpieczny. Około godziny 9.15 w mieszkaniu Małgorzaty i Aleksandra Grabińskich rozległ się dzwonek do drzwi. Małgorzata Targowska-Grabińska była tłumaczką. Inteligentna, spokojna, ostrożna. Pracowała nad przekładami zachodnich bestsellerów. Razem z mężem planowali niewielki remont mieszkania. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyła młodego mężczyznę około trzydziestki. Schludny. Uprzejmy. Kulturalny. Nie wyglądał jak robotnik. Przedstawił się spokojnym głosem. Przyniósł farby i lakier do malowania krat. Kobieta była zdziwiona: niczego i nikogo przecież nie zamawiała. Ale mężczyzna znał szczegóły remontu. Mówił pewnie. Nie wyglądał groźnie. W czasach PRL ludzie często załatwiali sprawy „przez spółdzielnię”, bez wcześniejszych zapowiedzi. Małgorzata wpuściła go do środka. To była ostatnia decyzja w jej życiu. Telefon do męża Zaniepokojona kobieta zadzwoniła jeszcze do męża. Aleksander Grabiński był wtedy w pracy. Prowadził ważne rozmowy z zagranicznymi kontrahentami. Odebrał telefon w pośpiechu. — Słuchaj, przyszedł jakiś człowiek z lakierem do krat… zamawiałeś coś? Aleksander był rozkojarzony. — Oddzwonię później. Nie wiedział, że właśnie słyszy głos żony po raz ostatni. Kilka minut później rzeczywiście oddzwonił. Ale tym razem słuchawkę podniósł obcy mężczyzna. Spokojnie wyjaśnił, że zostawi materiały i kartkę z rozliczeniem. Mówił rzeczowo, bez emocji. Aleksander nie wyczuł nic podejrzanego. Nie miał pojęcia, że rozmawia z człowiekiem, który za chwilę zamorduje jego żonę. Brutalna zbrodnia Po zakończonej rozmowie wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Morderca zaatakował Małgorzatę nożem. Podciął jej gardło. Potem skrępował ręce białym sznurkiem. Na końcu przykrył głowę poduszką. Z mieszkania zabrał tylko kilka drobiazgów i biżuterię — jakby chciał upozorować zwykły rabunek. Ale śledczy szybko zrozumieli, że coś się nie zgadzało. To nie wyglądało na przypadkowy napad. To wyglądało jak egzekucja. Aleksander wrócił do domu około 17.30. Już od progu poczuł niepokój. Drzwi były uchylone. Nigdy wcześniej się to nie zdarzało. Wszedł do salonu i zamarł. W kałuży krwi, leżała jego żona.. Małgorzata zginęła niemal dokładnie tak, jak bohaterka powieści „Igła” Kena Folletta, którą właśnie tłumaczyła. Ten szczegół prześladował go przez lata. Milicyjne metody PRL-owskie śledztwo szybko zamieniło się w koszmar. Zamiast tropić mordercę, funkcjonariusze zaczęli naciskać na Aleksandra Grabińskiego. Przesłuchiwano go godzinami. Bito. Próbowano wymusić przyznanie się do winy. Dopiero po czasie SB zorientowała się, że prawdopodobnie doszło do fatalnej pomyłki. Bo kilka ulic dalej mieszkała… druga Małgorzata Grabińska. To właśnie ten wątek do dziś budzi największe przerażenie. Na Saskiej Kępie mieszkał również Paweł Grabiński z żoną Małgorzatą — syn znanego adwokata Andrzeja Grabińskiego. Nazwisko mecenasa było doskonale znane władzom PRL. Bronił opozycjonistów. Występował w procesach politycznych. A przede wszystkim był oskarżycielem posiłkowym w procesie zabójców księdza Jerzego Popiełuszki. To mogło wystarczyć, by znaleźć się na celowniku Służby Bezpieczeństwa. Według świadków podczas procesu toruńskiego pod adresem adwokata padały jawne groźby. Funkcjonariusze i ludzie związani z aparatem bezpieczeństwa mieli dawać do zrozumienia, że każdy może stać się ofiarą. Także rodzina. Straszliwa pomyłka służb? Istniał jednak problem. Prawdziwa Małgorzata Grabińska — synowa mecenasa — wyprowadziła się z Saskiej Kępy kilka tygodni wcześniej. Czy możliwe, że zleceniodawcy zabójstwa o tym nie wiedzieli?Czy morderca dostał jedynie nazwisko i przybliżony adres? Ta teoria od lat wraca w publikacjach dotyczących nierozwiązanych zbrodni PRL. Bo wszystko pasowało do ostrzeżenia: profesjonalny sprawca, brak świadków, pozorowany rabunek. I brutalność przypominająca działania ludzi wyszkolonych do zastraszania. Świadkowie widzieli mężczyznę przed zbrodnią. Pracownice spółdzielni rzemieślniczej zapamiętały elegancko ubranego człowieka o delikatnych dłoniach. Nie wyglądał jak robotnik. Nie zachowywał się nerwowo. Nie rzucał się w oczy. Był dokładnie taki, jaki powinien być profesjonalista. Portret pamięciowy trafił do mediów. Nigdy go nie rozpoznano. Dziwne wydarzenie Tego samego dnia coś dziwnego spotkało również Pawła Grabińskiego, syna mecenasa Andrzeja Grabińskiego. Znajomy poprosił go o pomoc przy zepsutym samochodzie w okolicach Falenicy. Paweł pojechał na miejsce. Nikogo tam nie było. Ani samochodu. Ani znajomego. Po powrocie Paweł dowiedział się, że nikt nie prosił go o taką przysługę. Przypadek? A może próba wywabienia go z domu? Małgorzata, synowa mecenasa Andrzeja Grabińskiego, mogła być postrzegana przez aparat bezpieczeństwa jako idealny cel nacisku. Uderzenie w nią lub jej najbliższych mogło stanowić brutalny sygnał ostrzegawczy wymierzony w adwokata, który od lat pozostawał w konflikcie z komunistycznym systemem. Andrzej Grabiński wielokrotnie odmawiał współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, przez co znalazł się pod stałą obserwacją i miał otrzymywać pogróżki. W środowisku dobrze wiedziano również, że Małgorzata była dla niego osobą wyjątkowo ważną i darzoną ogromną sympatią. To właśnie dlatego mogła zostać uznana za jego najbardziej wrażliwy „punkt nacisku”. Śledztwo zabójstwa Małgorzaty Targońskiej – Grabińskiej umorzono z powodu niewykrycia sprawców. Aleksander Grabiński składał odwołania. Bezskutecznie. W końcu akta trafiły do archiwum. A później… zniknęły. Dziennikarze po latach ustalili, że dokumentacja sprawy po prostu przepadła. Nie wiadomo kiedy. Nie wiadomo dlaczego. W sprawach związanych z PRL takie „zaginięcia” zdarzały się zadziwiająco często. Kolejna zbrodnia Sobota, 22 lipca 1989 roku. Warszawska Starówka. Polska właśnie wchodziła w okres politycznego chaosu. Dwa dni wcześniej generał Wojciech Jaruzelski został wybrany na prezydenta PRL. Formalnie system się chwiał, ale ludzie dawnej bezpieki nadal pozostawali wpływowi. Tamtego wieczoru Krzysztof Piesiewicz odwiedzał swojego przyjaciela — reżysera Krzysztofa Kieślowskiego. Miał jeszcze pojechać do swojej 82-letniej matki, Anieli. Zadzwonił wcześniej, obiecał pomoc. nAle wyszedł od Kieślowskiego późno. Kiedy podjechał pod kamienicę przy ulicy Długiej, nie wysiadł z samochodu. Było bardzo późno a on był zmęczony. Odjechał. Być może właśnie wtedy uratował sobie życie. Następnego ranka pielęgniarka nie mogła dostać się do mieszkania Anieli Piesiewicz. Adwokat przyjechał natychmiast. Do środka weszli przez taras. Na […]

  • Warszawa, maj 1999 roku. Było już po północy, gdy funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa ruszyli do akcji. Samochody bez oznaczeń zatrzymywały się pod kolejnymi adresami. Drzwi otwierali zaspani emerytowani wojskowi. Jeszcze kilka lat wcześniej należeli do elity Wojskowych służb Informacyjnych. Dziś usłyszeli zarzut, który brzmiał jak echo najciemniejszych czasów zimnej wojny: Szpiegostwo. W ręce śledczych wpadli byli oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych a wcześniej Wojskowej Służby Wewnętrznej. Ludzie, którzy mieli chronić polską armię przed obcymi służbami, sami znaleźli się pod lupą kontrwywiadu. Najważniejszy z nich — Czesław W. — był absolwentem kursu w Moskwie. Według śledczych miał przekazywać Rosjanom tajne dokumenty. Sąd skazał go na cztery lata więzienia i degradację wojskową. Dwaj inni oficerowie — Zbigniew P. i Zbigniew H. — również trafili za kratki. Ale prawdziwy szok dopiero nadchodził. Bo śledczy zaczęli odkrywać coś znacznie groźniejszego niż działalność pojedynczych agentów. Służby stworzone przez Sowietów Po 1989 roku Polacy uwierzyli, że kończy się epoka komunizmu. Zmieniono flagi, nazwy instytucji i polityczne dekoracje. Jednak w wojskowych służbach specjalnych stare układy przetrwały niemal nietknięte. WSI, czyli Wojskowe Służby Informacyjne, oficjalnie były nową formacją wolnej Polski. W praktyce budowano je na fundamentach komunistycznej wojskowej bezpieki. Do nowych struktur bez przeszkód przeszli ludzie, którzy wcześniej: kończyli kursy KGB i GRU, współpracowali z Sowietami, rozpracowywali opozycję, ścigali działaczy „Solidarności”, kontrolowali Kościół w armii. W czasach PRL takie kontakty nie były powodem do wstydu. Wręcz przeciwnie. Oficer, który miał dobre relacje z Moskwą, mógł liczyć na szybki awans. W Wojskowej Służbie Wewnętrznej oficjalnie działali rezydenci KGB. Sowieccy oficerowie swobodnie poruszali się po polskich strukturach wojskowych. Ostatni z nich opuścił Polskę dopiero w 1990 roku. I właśnie z tego środowiska rekrutowali się ludzie WSI. Człowiek, który znał wszystkie tajemnice Jednym z najpotężniejszych ludzi tamtego systemu był generał Edmund Buła. Jego kariera wyglądała jak gotowy scenariusz szpiegowskiego serialu. Do wojskowego kontrwywiadu wstąpił już w 1945 roku. Polska była wtedy krajem podporządkowanym Stalinowi, a służby specjalne budowano według sowieckiego wzorca. Trafił do Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego odpowiedzialnego za masowe represje, inwigilację i terror wobec żołnierzy oraz oficerów Wojska Polskiego. Buła szybko piął się po szczeblach kariery. Trafiał do najbardziej elitarnych struktur wojskowej bezpieki. W latach 50. został wysłany na specjalistyczne szkolenie do Wyższej Szkoły KGB w Moskwie. To nie było zwykłe seminarium. Do Moskwy wysyłano wyłącznie najbardziej zaufanych funkcjonariuszy. Uczono ich metod kontrwywiadu, pracy operacyjnej, werbunku i prowadzenia tajnych operacji. I wiernego oddania Sowietom. Po powrocie Buła robił błyskawiczną karierę. W końcu został szefem Wojskowej Służby Wewnętrznej — jednej z najbardziej wpływowych struktur wojskowych PRL. W czasie stanu wojennego należał do ludzi generała Wojciech Jaruzelski. Komunistyczne władze nagradzały go za „szczególne zasługi dla socjalistycznej Ojczyzny”. Gen Buła skupił w swoich rękach wszelkie decyzje personalne, co zaowocowało dobieraniem ludzi na stanowiska według kryterium posłuszeństwa, nie zaś według kryteriów merytorycznych. Co więcej, ludzie uzależniani byli przez niego materialnie, gdyż decydował on o nagrodach pieniężnych, asygnatach na samochody czy też przydziałach na mieszkania. Ważnym mechanizmem uzależniania były decyzje o wyjazdach zagranicznych, zarówno krótkoterminowych, służbowych, bądź wypoczynkowych, jak i długoterminowych na placówki dyplomatyczne bądź na misje wojskowe.  Ale prawdziwa bomba wybuchła dopiero pod koniec PRL. Akta dla Moskwy Lata 1988–1989. Komunistyczny system zaczyna się chwiać. W Polsce trwa polityczna gorączka. Opozycja rośnie w siłę. W Moskwie imperium zaczyna pękać. I właśnie wtedy — według ustaleń śledczych — w wojskowych służbach rusza tajna operacja. Na rozkaz generała Buły zaczęto niszczyć ogromną część archiwów Wojskowej Służby Wewnętrznej oraz Głównego Zarządu Informacji MON. Chodziło o dokumenty dotyczące: agentury, operacji kontrwywiadowczych, tajnych współpracowników, wojskowych operacji specjalnych. Ale najważniejsze było coś jeszcze. Zanim akta trafiły do niszczarek, wcześniej je fotografowano. Tworzono mikrofilmy. Według ustaleń śledczych kopie zostały przekazane Sowietom. Moskwa otrzymała gigantyczną bazę wiedzy o polskich służbach, armii i agenturze. To był jeden z największych skandali transformacji ustrojowej. A jednak po latach generał Buła usłyszał zaskakująco łagodny wyrok — dwa lata więzienia w zawieszeniu. Alkohol, prostytutki i ludzie STASI Prawdziwy koszmar zaczął wychodzić na jaw dopiero wiele lat później, po publikacji słynnego „Raportu z weryfikacji WSI” przygotowanego pod nadzorem wiceministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza, który doprowadził do rozwiązania i zlikwidowania WSI. Raport opisywał środowisko wojskowych służb jako podatne na wpływy obcych wywiadów, biznesowych układów i dawnych agenturalnych relacji. Tutaj pisałam o „Raporcie z weryfikacji WSI”: https://dorotakania.pl/2026/02/16/raport-wsi-dokument-ktory-wstrzasnal-iii-rp/ Jedna ze spraw wyglądała jak scenariusz filmu szpiegowskiego. W centrum wydarzeń znalazł się tajemniczy biznesmen oznaczony inicjałami A.B. — obywatel RFN urodzony w Polsce, mający kontakty z ludźmi dawnej STASI i środowiskami powiązanymi z postsowieckim Wschodem. Oficjalnie prowadził interesy transportowe. Nieoficjalnie – organizował coś znacznie bardziej niebezpiecznego. A.B. zaczął obracać się w środowisku polskich oficerów. Zapraszał ich: na alkoholowe libacje, do luksusowych willi, na zagraniczne wyjazdy, do agencji towarzyskich. Według raportu spotkania były fotografowane i nagrywane kamerami wideo. Materiały kompromitujące miały później trafiać za granicę. Mechanizm wyglądał jak klasyczna operacja werbunkowa: budowanie relacji, uzależnianie finansowe, kompromitacja obyczajowa, potencjalny szantaż. Polscy oficerowie i mundury Bundeswehry Jedna ze scen opisana w dokumentach wyglądała wręcz surrealistycznie. Podczas imprezy organizowanej w „willach generalskich” A.B. i jego żona mieli chodzić w mundurach Bundeswehry w obecności kompletnie pijanych polskich oficerów. Na innych spotkaniach pojawiali się ludzie związani z dawną STASI oraz absolwenci sowieckich akademii wojskowych. Organizowano nawet wyjazdy na zawody strzeleckie w Niemczech. Według raportu część polskich oficerów przyjeżdżała tam w mundurach Wojska Polskiego — bez zgody przełożonych. Najbardziej niepokojące było jednak to, że A.B. interesował się przede wszystkim ludźmi: mającymi perspektywy awansu, zajmującymi ważne stanowiska, szkolonymi wcześniej w ZSRR. W dokumentach nazwano ich wręcz „naturalną bazą werbunkową”. Państwo, które bało się ruszyć własne służby Najbardziej niewiarygodne jest jednak coś innego. O tych powiązaniach mówiono od początku lat 90. Ostrzegały komisje sejmowe, dziennikarze i część polityków. Mimo to przez wiele lat: nie przeprowadzono pełnej weryfikacji, nie odsunięto ludzi szkolonych przez Sowietów, nie przecięto dawnych układów. Jeszcze w 2006 roku w WSI służyli oficerowie po kursach KGB i GRU. Tutaj pisałam o Marku Dukaczewskim, człowieku po kursie w Moskwie: https://dorotakania.pl/2026/04/28/dukaczewscy-od-ub-i-wsi-po-wladze-wplywy-i-tajemnice-iii-rp/ Dla wielu ludzi był to dowód, że po 1989 roku Polska zmieniła ustrój, ale część mechanizmów dawnego państwa przetrwała w ukryciu. A pytanie, ile wpływów Moskwa zachowała w polskich […]

  • Radni Koalicji Obywatelskiej zdecydowali o przeznaczeniu 9,5 mln zł z miejskiej kasy na zakup historycznego „Zajazdu Napoleońskiego” w warszawskim Wawrze. To właśnie ten luksusowy hotel i restauracja miały wcześniej trafić do spółki Srebrna i stać się siedzibą Instytutu Lecha Kaczyńskiego. Transakcję pilotował Kazimierz Kujda, wieloletni współpracownik Jarosława Kaczyńskiego i były prezes spółki Srebrna, który znał właścicielki obiektu jeszcze z czasów studiów w SGPiS. Dotarłam do dokumentów, z których wynika, że ojciec oraz dwie córki — obecne właścicielki zajazdu — byli zarejestrowani jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa PRL. Część akt została zniszczona tuż po upadku komunizmu. W tle sprawy pojawiają się również kontakty z wojskowym wywiadem PRL, tajemnicze niszczenie dokumentów, wpływowe znajomości oraz wielomilionowe transakcje dotyczące jednej z najbardziej zagadkowych nieruchomości w Warszawie. Tajemnice „Zajazdu Napoleońskiego” Ta historia mogłaby posłużyć za scenariusz sensacyjnego filmu szpiegowskiego. Nikt jej jednak nie wymyślił — wydarzyła się naprawdę. W centrum tej opowieści znajduje się historyczny „Zajazd Napoleoński” w warszawskim Wawrze oraz zamożna rodzina, której losy splatają się z działalnością komunistycznych służb specjalnych, tajnych współpracowników SB i wielomilionowych transakcji dotyczących zabytkowej nieruchomości. Według dokumentów ojciec oraz dwie córki mieli zostać zarejestrowani jako tajni współpracownicy cywilnej bezpieki PRL, a brat ojca miał utrzymywać kontakty z II Zarządem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, czyli wojskowym wywiadem PRL. W tle tej historii pojawiają się także: niszczenie akt, niejasna dzierżawa zabytkowego obiektu od Skarbu Państwa, środowisko warszawskich elit oraz kontrowersyjny plan utworzenia tam Muzeum Lecha Kaczyńskiego. Zabytkowa austeria i legenda o Napoleonie „Zajazd Napoleoński”, dawniej znany jako Austeria Wawerska, został wybudowany w latach 20. XIX wieku. Według przekazywanych ustnie informacji w 1812 roku miał zatrzymać się tam sam Napoleon Bonaparte podczas marszu na Moskwę. Przez lata obiekt był jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc w tej części Warszawy. W czasach PRL historyczny budynek wykorzystywano jako mieszkania kwaterunkowe. Sytuacja zmieniła się dopiero w 1981 roku, kiedy zajazd został wydzierżawiony od Skarbu Państwa rodzinie Walczyków. To właśnie wtedy rozpoczęto przekształcanie dawnej austerii w motel i restaurację działające pod nazwą „Zajazd Napoleoński”. Jak „prywaciarz” mógł dostać tak atrakcyjną nieruchomość w PRL? Wokół całej sprawy od lat pojawia się fundamentalne pytanie: jak w realiach PRL zwykły „prywaciarz” — jak określano wówczas prywatnych przedsiębiorców — mógł wejść w posiadanie tak atrakcyjnej dzierżawy? Chodziło przecież o ogromny, zabytkowy obiekt położony w wyjątkowo atrakcyjnej lokalizacji, stojący na działce o powierzchni ponad 3570 metrów kwadratowych. W czasach Polski Ludowej dostęp do podobnych nieruchomości był praktycznie niemożliwy bez odpowiednich kontaktów politycznych lub powiązań ze służbami specjalnymi. Tym bardziej interesująco wyglądają dziś informacje dotyczące członków rodziny Walczyków. Nazwiska pojawiają się w archiwach Ze znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej dokumentów, wynika, że Anna Walczyk, rocznik 1964, miała zostać zarejestrowana w ramach sprawy obiektowej dotyczącej międzynarodowego ruchu o kryptonimie „Pierścień”. Lilianna Walczyk, rocznik 1956, miała zostać zarejestrowana jako TW „Kalina”. Rejestracji dokonała porucznik Barbara Bartnicka w 1987 roku do sprawy „Barka” Jan Walczyk został zarejestrowany w 1986 roku jako TW „Wilhelm” do sprawy obiektowej „Pierścień”. Szczególne kontrowersje budzi fakt, że — jak wynika z dokumentów — akta wszystkich tych osób zostały zniszczone w 1990 roku. W protokole brakowania zapisano, że powodem był „brak wartości operacyjnej”. To właśnie tego typu sformułowania od lat budzą ogromne emocje historyków badających działalność Służby Bezpieczeństwa PRL. W wielu przypadkach niszczenie dokumentacji następowało bowiem tuż przed upadkiem systemu komunistycznego. Wojskowy wywiad PRL i zmiana nazwiska Jeszcze bardziej tajemniczo wygląda wątek dotyczący brata Jana Walczyka. Według dostępnych informacji miał on zmienić nazwisko oraz utrzymywać kontakty z II Zarządem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Była to jedna z najbardziej tajnych i wpływowych struktur PRL — wojskowy wywiad odpowiedzialny za działania operacyjne poza granicami kraju. Kontakty z tą formacją nie należały do przypadkowych. Plan utworzenia Muzeum Lecha Kaczyńskiego Po latach „Zajazd Napoleoński” ponownie znalazł się w centrum politycznych i biznesowych wydarzeń. Obiekt miał zostać kupiony przez spółkę Srebrna z przeznaczeniem na siedzibę Muzeum Lecha Kaczyńskiego. Transakcją zajmował się między innymi Kazimierz Kujda, ówczesny prezes spółki Srebrna, zarejestrowany jako TW ps. „Ryszard”. Znał się z Lilianną Walczyk jeszcze z czasów studiów. Oboje studiowali w latach 70. w SGPiS, czyli Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Marmury, apartamenty i warszawskie elity „Zajazd Napoleoński” to nie była zwykła restauracja przy trasie. Obiekt obejmował hotel i restaurację o powierzchni około 2 tys. metrów kwadratowych. W środku znajdowały się apartamenty, marmury, obrazy i złocenia, a całość otaczał rozległy ogród. Przez lata miejsce uchodziło za jeden z punktów spotkań warszawskiej elity biznesowej i towarzyskiej. A także – na początku lat 90. – miejsce spotkań funkcjonariuszy służb specjalnych PRL i tworzącej się mafii. Nieruchomość odziedziczyły córki Jana Walczyka — Lilianna i Anna Walczyk — od których spółka Srebrna chciała odkupić obiekt. Milionowa umowa i nagły zwrot akcji 31 stycznia 2025 roku spółka Srebrna podpisała z siostrami Walczyk umowę przedwstępną i wpłaciła zadatek w wysokości 1,2 mln zł. Cena zakupu całej nieruchomości miała wynieść ponad 12 mln zł. Problemem okazała się jednak niewielka działka o powierzchni zaledwie 44 metrów kwadratowych. Jej własność była przedmiotem sporu sądowego prowadzonego przez sąsiada. Ostatecznie sąd potwierdził prawa sąsiada do tego fragmentu gruntu. 15 lipca nowy zarząd spółki Srebrna przesłał właścicielkom „Zajazdu Napoleońskiego” oświadczenie o odstąpieniu od umowy. Jako powody wskazano: zatajenie postępowania sądowego, brak własności działki nr 104/3. Pod względem prawnym były to wystarczające przesłanki do zerwania umowy. Warszawa kupuje „Zajazd Napoleoński” za 9,5 mln zł W drugiej połowie kwietnia 2026 roku okazało się, że historyczny obiekt przejmie miasto stołeczne Warszawa. Warszawa zdecydowała się wydać na zakup nieruchomości 9,5 mln zł. Współwłaścicielki „Zajazdu Napoleońskiego” złożyły władzom miasta propozycję sprzedaży zabytkowego obiektu obejmującego hotel i restaurację. Dzielnica Wawer wyraziła zainteresowanie zakupem, ponieważ planowana jest likwidacja dotychczasowej siedziby Urzędu Stanu Cywilnego przy ul. Włókienniczej 1. Nowo pozyskany budynek miałby stać się nową siedzibą USC. W projekcie uchwały podkreślano, że „Zajazd Napoleoński”, dawniej Karczma Wawer, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Wawra, a stworzenie tam miejsca służącego mieszkańcom pozwoli zachować pamięć historyczną tego miejsca. Za zakupem głosowało 37 radnych, głównie z Koalicji Obywatelskiej. Przeciw było 11 radnych, a trzech wstrzymało się od głosu. Radni alarmują. „Projekt uchwały jest zadziwiający” Sprawa zakupu od początku budziła jednak kontrowersje. — „Projekt […]