28 sierpnia 1946 roku, dokładnie o godz. 6.15, w piwnicy więzienia przy ul. Kurkowej w Gdańsku wykonano dwa komunistyczne wyroki śmierci. Przed plutonem egzekucyjnym stanęli Danuta Siedzikówna „Inka” – sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady AK, której do osiemnastych urodzin brakowało zaledwie sześciu dni – oraz starszy od niej o 24 lata Feliks Selmanowicz „Zagończyk”, doświadczony żołnierz i konspirator. Oboje służyli pod rozkazami mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Oboje odmówili zasłonięcia oczu. Oboje przed śmiercią krzyknęli: „Niech żyje Polska!”. Komunistom nie wystarczyły wyroki – przez dziesięciolecia próbowano zatrzeć także miejsce ich pochówku.
Łączyło ich więcej niż data śmierci.
Ona była siedemnastoletnią sanitariuszką, która wojenną dorosłość rozpoczęła po utracie obojga rodziców. On – przedwojennym żołnierzem, konspiratorem z wieloletnim doświadczeniem, człowiekiem pamiętającym jeszcze walkę o granice odrodzonej Rzeczypospolitej.
Ich życiorysy spotkały się w 5. Wileńskiej Brygadzie Armii Krajowej mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Później spotkały się ponownie w najbardziej tragicznym miejscu – w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku.
Rankiem 28 sierpnia 1946 roku „Inka” i „Zagończyk” stanęli obok siebie przed plutonem egzekucyjnym.
I razem zginęli.
„Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”
Te słowa Danuty Siedzikówny stały się jednym z najbardziej przejmujących świadectw powojennej walki z komunizmem.
Krótko przed egzekucją z więzienia wydostał się jej gryps:
„Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”.
Nie mogła napisać tego rodzicom.
Matkę zabili Niemcy.
Ojca wyniszczył sowiecki łagier.
Rodzina, której wojnę przyniosły dwa totalitaryzmy
Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 roku w Guszczewinie na Podlasiu jako córka Wacława Siedzika i Eugenii z Tymińskich. Rodzina mieszkała w leśniczówce Olchówka koło Narewki. W domu ogromną wagę przywiązywano do tradycji patriotycznych.
Ojciec Danuty już w młodości doświadczył rosyjskich represji. Podczas studiów w Petersburgu prowadził działalność antycarską i został zesłany. Do niepodległej Polski wrócił dopiero w 1926 roku.
Po sowieckiej agresji na Polskę rodzina ponownie znalazła się pod władzą Rosjan.
10 lutego 1940 roku Wacław Siedzik został aresztowany i zesłany w głąb Związku Sowieckiego. Pracował w dramatycznych warunkach w rejonie Nowosybirska. Po układzie Sikorski–Majski odzyskał wolność i zdołał przedostać się wraz z polskim wojskiem do Persji. Był jednak tak wyniszczony, że nie nadawał się już do służby frontowej.
Zmarł 6 czerwca 1943 roku w Teheranie.
Rodzina przez długi czas nie znała jego losu.
Tymczasem matka Danuty, Eugenia Siedzikowa, współpracowała z Armią Krajową. Zadenuncjowana Niemcom, została aresztowana w listopadzie 1942 roku. Przeszła brutalne śledztwo i tortury.
W jednym z grypsów kierowanych do córek napisała:
„Dziewczynki, zemstę zostawcie Bogu”.
We wrześniu 1943 roku została rozstrzelana przez Niemców w nieznanym miejscu w lesie niedaleko Białegostoku.
Danuta miała piętnaście lat.
Piętnastoletnia dziewczyna w Armii Krajowej
W grudniu 1943 roku Danuta i jej starsza siostra Wiesława wstąpiły do Armii Krajowej. Przeszły szkolenie sanitarne i działały w siatce konspiracyjnej.
Kiedy front przeszedł przez Podlasie, wojna formalnie zaczynała zbliżać się do końca. Dla żołnierzy polskiego podziemia nie oznaczało to jednak odzyskania wolności.
Niemiecką okupację zastępowała sowiecka dominacja. NKWD i tworzone pod jego patronatem struktury bezpieczeństwa rozpoczęły aresztowania ludzi związanych z Polskim Państwem Podziemnym.
W czerwcu 1945 roku funkcjonariusze NKWD i UB zatrzymali pracowników nadleśnictwa w Narewce. Wśród aresztowanych była także Danuta.
Konwój został zaatakowany w pobliżu Hajnówki przez żołnierzy podziemia.
Siedzikówna odzyskała wolność – i dołączyła do 5. Wileńskiej Brygady AK „Łupaszki”.
Wtedy na dobre zaczęła używać pseudonimu:
„Inka”.
Brygada „Łupaszki”
- Wileńska Brygada Armii Krajowej wyrosła z konspiracji na Wileńszczyźnie.
Jej dowódcą był mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”. Żołnierze Brygady walczyli w czasie okupacji niemieckiej, a następnie znaleźli się w konflikcie z Sowietami, którzy po wkroczeniu na ziemie polskie rozpoczęli rozbrajanie i likwidację oddziałów AK.
Po przesunięciu granic i zajęciu Polski przez Armię Czerwoną część żołnierzy „Łupaszki” przedostała się na Podlasie.
Wiosną 1945 roku Brygada została odtworzona.
To właśnie z tym środowiskiem związali się Danuta Siedzikówna i Feliks Selmanowicz.
Choć dzieliło ich niemal ćwierć wieku i zupełnie inne doświadczenie, oboje znaleźli się w tej samej formacji walczącej przeciwko narzucanemu Polsce systemowi komunistycznemu.
„Zagończyk”. Żołnierz starszego pokolenia
Feliks Selmanowicz urodził się 6 czerwca 1904 roku w Wilnie.
Pochodził z rodziny Franciszka i Anny z Zacharewiczów. Jego ojciec prowadził zakład szewski.
Selmanowicz należał do zupełnie innego pokolenia niż „Inka”. Dorastał w czasie, kiedy Polska dopiero odzyskiwała niepodległość. Był związany ze strukturami wojskowymi II Rzeczypospolitej, działał w Związku Strzeleckim i przeszedł przygotowanie wojskowe.
W sierpniu 1939 roku został zmobilizowany.
Po agresji Niemiec i Związku Sowieckiego walczył w obronie kraju, a następnie został internowany przez Litwinów. W listopadzie 1939 roku uciekł z obozu i rozpoczął działalność konspiracyjną.
W 1940 roku zatrzymała go litewska policja. Po kilku miesiącach został zwolniony z braku dowodów.
W styczniu 1944 roku znalazł się w 3. Wileńskiej Brygadzie AK Gracjana Fróga „Szczerbca”. Później przeszedł do 5. Wileńskiej Brygady „Łupaszki”, gdzie był zastępcą dowódcy plutonu.
Następnie trafił do 4. Wileńskiej Brygady AK „Narocz” dowodzonej przez Longina Wojciechowskiego „Ronina”.
Po wkroczeniu Sowietów został internowany w Kałudze.
Uciekł 20 kwietnia 1945 roku.
Przedostał się najpierw do Wilna, a następnie – jednym z transportów repatriacyjnych – do Polski.
Ale wojna dla niego również się nie skończyła.
Znów pod rozkazami „Łupaszki”
Na przełomie 1945 i 1946 roku Selmanowicz ponownie nawiązał kontakt z „Łupaszką”.
W styczniu 1946 roku podczas narady w Zajezierzu niedaleko Sztumu otrzymał zadanie zorganizowania własnego zespołu konspiracyjnego.
Dowodzony przez „Zagończyka” samodzielny patrol zajmował się wywiadem, organizacją zaplecza, zdobywaniem środków potrzebnych partyzantom oraz działalnością propagandową.
Wiosną 1946 roku na Pomorzu działały również szwadrony „Łupaszki”.
I właśnie wtedy ponownie w Brygadzie znalazła się „Inka”.
Sanitariuszka „Żelaznego”
Po pierwszym okresie działalności w oddziale Danuta próbowała wrócić do normalnego życia.
Podjęła naukę. Później – posługując się dokumentami wystawionymi na nazwisko Danuta Ina Zalewska – pracowała w nadleśnictwie Miłomłyn koło Ostródy.
Nie trwało to długo.
Na początku marca 1946 roku ponownie dołączyła do ludzi „Łupaszki”. Została sanitariuszką w szwadronie Zdzisława Badochy „Żelaznego”.
Olgierd Christa „Leszek” wspominał ją jako osobę niezwykle skromną, pogodną i odporną na trudy partyzanckiego życia.
Nie była tylko sanitariuszką.
Pełniła również funkcję łączniczki. Przenosiła meldunki i rozkazy, czasem wykonywała zadania wywiadowcze.
Działała na obcym sobie terenie – Kaszubach, Kociewiu i Powiślu – gdzie partyzanci „Łupaszki” próbowali zbudować zaplecze konspiracyjne.
Zarzuty, które później wykorzystano do wydania wyroku śmierci
„Inka” uczestniczyła między innymi w akcjach na Pomorzu wiosną 1946 roku.
Podczas starcia pod Podjazdami jeden z funkcjonariuszy oskarżył ją później o strzelanie do niego. Siedzikówna zaprzeczała.
W czasie walk w Tulicach, gdzie po starciu zabito dwóch funkcjonariuszy UB, oskarżenie próbowało przypisać jej odpowiedzialność za śmierć funkcjonariuszy.
Jednocześnie istniały świadectwa, że jako sanitariuszka udzielała pomocy także rannym przeciwnikom.
To jednak w procesie nie miało znaczenia.
Ostatnia misja „Inki”
W lipcu 1946 roku otrzymała zadanie zdobycia lekarstw dla oddziału oraz ustalenia, co stało się z „Żelaznym”.
Wyruszyła 13 lipca.
Była w Malborku i Olsztynie. Ostatecznie dotarła do Gdańska.
Choć w mieście przebywali jej krewni, zatrzymała się w konspiracyjnym mieszkaniu sióstr Mikołajewskich przy ul. Wróblewskiego we Wrzeszczu.
Bezpieka znała adres.
Wydała go aresztowana wcześniej łączniczka Regina Żylińska-Modras, która zgodziła się współpracować z UB.
Nad ranem 20 lipca 1946 roku funkcjonariusze wkroczyli do mieszkania.
„Inka” została aresztowana.
Najpierw „Zagończyk”, potem „Inka”
Kilka dni wcześniej w ręce bezpieki dostał się również Feliks Selmanowicz.
„Zagończyka” aresztowano 11 lipca 1946 roku w Gdańsku.
Rozbicie jego grupy również było konsekwencją informacji przekazanych bezpiece przez Reginę Żylińską.
Tak drogi dwojga żołnierzy „Łupaszki” zaczęły ponownie się zbliżać.
Tym razem prowadziły do więzienia przy Kurkowej.
Trzynaście dni od aresztowania do wyroku śmierci
Śledczy WUBP chcieli od Siedzikówny informacji o strukturach „Łupaszki”, jego żołnierzach oraz osobach udzielających im pomocy.
Była zastraszana i brutalnie przesłuchiwana.
Nie wydała swoich ludzi.
Już 31 lipca 1946 roku, zaledwie jedenaście dni po zatrzymaniu, oficer śledczy WUBP Andrzej Stawicki sporządził akt oskarżenia i zażądał dla niej śmierci.
Rozprawę wyznaczono na 3 sierpnia.
Wniosek o zastosowanie trybu doraźnego wystosował naczelnik Wydziału Śledczego WUBP Józef Bik.
Proces trwał około dwóch godzin.
Składowi Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku przewodniczył mjr Adam Gajewski. Oskarżał Wacław Krzyżanowski, a obrońcą z urzędu był mec. Jan Chmielewski.
„Inka” nie przyznała się do strzelania do milicjanta ani nakłaniania kogokolwiek do zabicia funkcjonariuszy UB.
Nie ukrywała natomiast, że należała do oddziału.
O godz. 18 sąd udał się na naradę.
Pół godziny później zapadł wyrok.
Śmierć.
Siedemnastoletnią dziewczynę skazano dwukrotnie na karę śmierci, a dodatkowo na 15 lat więzienia za nielegalne posiadanie broni.
Do pełnoletności brakowało jej kilku dni.
„Zagończyk” również skazany na śmierć
Proces Feliksa Selmanowicza odbył się 17 sierpnia 1946 roku.
Oskarżono go między innymi o udział w nielegalnej organizacji, posiadanie broni, kierowanie akcjami oraz przygotowywanie i rozpowszechnianie materiałów propagandowych.
Przewodniczącym składu sądu również był mjr Adam Gajewski.
Selmanowicz został skazany na karę śmierci, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych oraz przepadek majątku.
Prosił Bolesława Bieruta o ułaskawienie.
Bezskutecznie.
Podobnie jak w przypadku „Inki”, władza zdecydowała, że ma umrzeć.
Dwa listy przed śmiercią
„Inka” napisała swój słynny gryps do bliskich.
„Zagończyk” również pozostawił po sobie ostatnią wiadomość.
Rankiem w dniu egzekucji napisał list do rodziny – między innymi do syna. Pismo udało się wynieść z więzienia i przetrwało jako jedna z najcenniejszych rodzinnych pamiątek.
Ona miała siedemnaście lat.
On czterdzieści dwa.
Oboje wiedzieli, że pozostały im godziny życia.
28 sierpnia 1946. Godzina 6.15
Do więzienia przy ul. Kurkowej wezwano młodego księdza Mariana Prusaka.
Nie powiedziano mu wcześniej, kim są ludzie, których ma przygotować na śmierć.
Najpierw wszedł do celi Selmanowicza.
Po latach zapamiętał jego ogromny smutek. „Zagończyk”, widząc kapłana, zrozumiał, co oznacza jego obecność.
Powiedział:
„No tak, jednak nie skorzystano z prawa łaski…”
Potem ksiądz spotkał „Inkę”.
Niespełna osiemnastoletnia dziewczyna miała zachowywać niezwykły spokój. Poprosiła duchownego, aby – jeśli tylko będzie mógł – odnalazł jej rodzinę i opowiedział, jak zginęła.
Następnie oboje sprowadzono do piwnicy.
Nie pozwolili zasłonić sobie oczu
Przy egzekucji obecni byli między innymi prokurator mjr Wiktor Suchocki, lekarz, funkcjonariusze więzienni oraz dowódca plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszek Sawicki.
Pluton tworzyli żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
„Inka” i „Zagończyk” odmówili założenia opasek na oczy.
Chcieli patrzeć swoim zabójcom w twarz.
Za plutonem mieli stać funkcjonariusze bezpieki, którzy lżyli skazańców.
Według relacji świadków tuż przed salwą oboje krzyknęli:
„Niech żyje Polska!”
„Inka” jeszcze zawołała:
„Niech żyje Łupaszko!”
Padła komenda.
Rozległa się salwa.
Ale skazańcy nie zginęli.
Dowódca plutonu podszedł z pistoletem
Strzały żołnierzy nie okazały się śmiertelne. „Zagończyk” został ranny.
Wówczas dowodzący egzekucją ppor. Franciszek Sawicki podszedł do skazanych z pistoletem.
To on oddał śmiertelne strzały w głowy skazanych.
Ludzie, którzy wysłali „Inkę” na śmierć
Postacią symbolizującą stalinowski wymiar sprawiedliwości w tej sprawie stał się przede wszystkim mjr Adam Gajewski, przewodniczący składu sądowego.
Po wojnie kontynuował karierę prawniczą. Zmarł w 1993 roku i nigdy nie został prawomocnie skazany za udział w stalinowskim sądownictwie.
Jeszcze bardziej znamienny był los Wacława Krzyżanowskiego, prokuratora domagającego się śmierci dla siedemnastoletniej „Inki”.
Po latach został oskarżony przez Instytut Pamięci Narodowej w związku z jego działalnością w okresie stalinowskim. Procesy nie doprowadziły jednak do jego prawomocnego skazania.
Zmarł w 2014 roku.
Kontrowersje wywołał fakt, że został pochowany z wojskową asystą honorową.
Także Franciszek Sawicki, który według świadków oddał śmiertelne strzały do „Inki” i „Zagończyka”, nigdy nie odpowiedział przed sądem za egzekucję. Zmarł w 1989 roku.
Ksiądz, który zobaczył ich śmierć
Jednym z najważniejszych świadków wydarzeń z 28 sierpnia 1946 roku był ks. Marian Prusak.
Sam wcześniej należał do Armii Krajowej. Po wojnie również znalazł się pod presją komunistycznego aparatu represji, został aresztowany i skazany na więzienie.
Przez dziesięciolecia nie mógł swobodnie opowiadać o tym, co zobaczył w piwnicy więzienia przy Kurkowej.
Dopiero po upadku komunizmu jego relacja stała się jednym z podstawowych świadectw pozwalających odtworzyć ostatnie chwile „Inki” i „Zagończyka”.
Zmarł w 2008 roku.
Komuniści ukryli ich ciała
Po egzekucji rodzinom nie wydano zwłok.
Miejsca pochówku utajniono.
Przez dziesiątki lat nie było wiadomo, gdzie znajdują się szczątki dwojga żołnierzy „Łupaszki”.
W 1991 roku sąd unieważnił stalinowski wyrok wobec Danuty Siedzikówny, wskazując, że działała ona na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego.
Wyrok wobec Feliksa Selmanowicza został unieważniony w latach 90.
Ale ich grobów nadal nie było.
Odnalezieni po niemal siedemdziesięciu latach
Przełom nastąpił dzięki pracom zespołu poszukiwawczego kierowanego przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka.
Na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku rozpoczęto poszukiwania ofiar terroru komunistycznego.
12 września 2014 roku odnaleziono szczątki Feliksa Selmanowicza.
Odnaleziono również szczątki Danuty Siedzikówny.
Po badaniach genetycznych możliwe było oficjalne potwierdzenie ich tożsamości.
Komunistom nie udało się więc osiągnąć ostatniego celu – wymazać swoich ofiar z historii.
Po 70 latach znów obok siebie
Dokładnie 28 sierpnia 2016 roku, w 70. rocznicę egzekucji, w Gdańsku odbył się państwowy pogrzeb Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”.
Po siedemdziesięciu latach od wspólnej śmierci zostali pochowani z honorami na Cmentarzu Garnizonowym.
Obok siebie.
„Inka” została pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a następnie mianowana na pierwszy stopień oficerski.
Feliks Selmanowicz został pośmiertnie awansowany do stopnia podpułkownika i odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Uroczysty pogrzeb „Inki” i „Zagończyka zorganizowali Instytut Pamięci Narodowej – w szczególności jego gdański oddział, którym kierował dr Karol Nawrocki we współpracy z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”.
Jedna godzina, dwa pokolenia, ta sama Polska
Historia „Inki” i „Zagończyka” jest szczególna właśnie wtedy, kiedy opowiada się ją razem.
Nie tylko dlatego, że zostali zamordowani w tym samym miejscu i tej samej godzinie.
Feliks Selmanowicz był przedstawicielem pokolenia, które pamiętało narodziny II Rzeczypospolitej, służbę w jej wojsku i wrzesień 1939 roku.
Danuta Siedzikówna należała do pokolenia dzieci, którym wojna odebrała dzieciństwo. Najpierw Sowieci zabrali jej ojca. Potem Niemcy zamordowali matkę. W wieku piętnastu lat znalazła się w Armii Krajowej. W wieku siedemnastu lat komunistyczny sąd skazał ją na śmierć.
Spotkali się pod rozkazami „Łupaszki”.
Ostatni raz spotkali się w piwnicy gdańskiego więzienia.
28 sierpnia 1946 roku o godz. 6.15 patrzyli swoim oprawcom w oczy.
Nie zgodzili się na opaski.
I zanim padły śmiertelne strzały, oboje zdążyli powiedzieć to, co miało przetrwać znacznie dłużej niż system, który wydał na nich wyrok:
„Niech żyje Polska!”.
Przy pisaniu tekstu korzystałam z materiałów Instytutu Pamięci Narodowej
- Dziękuję, że przeczytałeś /przeczytałaś artykuł do końca. Jeżeli chcesz, by powstawały na tej tego typu materiały, włącz się proszę jako Patron.
- Twoje wsparcie jest bezcenne!
- buycoffee.to/dorota-kania
- patronite.pl/dorota.kania
